Uwaga!

Fanfiction yaoi, czyli traktujące o związkach męsko-męskich. Blog zawiera również treści erotyczne.
Nie lubisz, nie czytaj - ja do niczego nie zmuszam.
Możesz skomentować dowolną notkę, każdy komentarz zostanie przeczytany! :)

piątek, 30 sierpnia 2013

"Hypnotised" Część 1 (KakaNaru)

Fanfik jest trochę o muzyce, ostrzegam więc przed nisko latającymi odniesieniami do zespołów głównie z lat 70-90, aczkolwiek to co naprawdę jest konieczne, będzie linkowane, więc żadna wiedza nie jest potrzebna. Akcja dzieje się w Niemczech z powodów czysto pragmatycznych, co jednak staram się wykorzystać i wycisnąć, ile można z otoczenia.
Sam tytuł opowiadania to tytuł piosenki szkockiego zespołu Simple Minds, z płyty „Good News From The Next World”. 

Tekst dla Ird. <3 I czekam na SasuNeji!


Beta: Skidayo <3



Hypnotised

Część I

            Nie, nie dzwoń, nawet się nie fatyguj, żeby dzwonić. Ja zadzwonię, ja sam do ciebie zadzwonię, dobrze? Dzisiaj do wieczora się odezwę, na pewno. No, do usłyszenia.

            Nie odzywał się już nigdy więcej. Ciasny uścisk na pożegnanie, może jakiś pocałunek całkiem pozbawiający oddechu i chyba obiecujący prawdziwe fajerwerki na kolejnym spotkaniu in spe i… tyle. Koniec historii. Karteczki z numerami darł na malutkie kawałki i wrzucał do ulicznych koszów; w mieszkaniu wpadał do łazienki i numery zapisane w pośpiechu na przedramionach i dłoniach tarł namydloną szczotką tak długo aż liczby w końcu zniknęły i skóra była czerwona — znak, że nawet cień cyfry nie da się teraz odczytać. Komórki szczęśliwie nigdy wtedy ze sobą nie zabierał, z jej pamięci więc nie musiał niczego usuwać. A pytania o swój numer zbywał jakimś mało śmiesznym żarcikiem o braku pamięci do liczb, czy może postępującej sklerozie. Co dziwne raczej nie nalegali. Pytanie padało, potem odpowiedź i najczęściej temat się urywał, jakby nigdy nie został zaczęty.
            Więc już nic, już nic; żadnych pokus, żadnych prostych ścieżek — kontakt właściwie urwany. W tak dużym mieście, nawet bez specjalnych starań, nietrudno było nawet, żeby to „właściwie” zmieniło się w „naprawdę”, więc Kakashi czuł się całkiem spokojny.
Gdyby miał zapytać sam siebie, dlaczego tak robił — nie odpowiedziałby od razu. Prawdopodobnie sam nie do końca wiedział dlaczego i udzielenie odpowiedzi tak z marszu, byłoby zdecydowanie za trudne. Na pewno w ten sposób czuł się trochę bezpieczniej — nie nawiązując z ludźmi bardziej zażyłych emocjonalnie kontaktów, niż te co miały miejsce. Nie angażując się tak naprawdę w nic, nie wychodząc poza granice zmuszające człowieka do zobowiązań lub, co gorsza, do przywiązania. Takie zaangażowanie było właśnie poniekąd przerażające i Kakashi mimo ponad trzydziestki na karku wolał trzymać się od niego z daleka.
Więc po głębszym zastanowieniu najprawdopodobniej odpowiedziałby, że chodzi właśnie o zawsze kiedyś się pojawiającą kwestię zaangażowania, zobowiązań i przywiązania. A mu było dobrze samemu ze sobą i nie sądził, że chce to zmieniać, że chce zmieniać cokolwiek. Pozostawało darcie kartek z numerami i wariackie ścieranie tuszu z dłoni.

***

— I jak ci tam, dobrze, źle, Kakashi? Jesz śniadania i obiady? Czy tam w ogóle mają coś innego do jedzenia poza kiełbasą i golonką?
— Tak, dobrze. I tak, jem i coś poza kiełbasą też mają.
— Co? Sałatkę ziemniaczaną z piwem?!
— Też. A tak poza tym, to nie wiem, wszystko…?
Westchnął do mikrofonu i oparł się ręką o parapet, zerkając przez okno. Laboratorium znajdowało się na poziomie minus jeden, trochę poniżej poziomu gruntu, więc większą część pola widzenia zajmowała trawa i niebo; dopiero jak się wychylić widać było jakieś fragmenty bliższych zabudowań uniwersyteckich. No i od czasu do czasu nogi przechadzających się chodnikiem ludzi. Kakashi nie wiedział, co jest nudniejsze, patrzenie przez okno, za którym nic nie ma, czy rozmowa. Bo dzwoniła do niego matka, oczywiście. Przynajmniej raz w tygodniu stał w tym ogniu telefonicznych pytań, z których każde było albo totalnie głupie, albo całkiem wręcz idiotyczne. Tyle dobrego, że teraz, wyjechawszy do Niemiec na pół roku, nie musiał znosić podobnych pytań twarzą w twarz — bo  zwykle zdarzało mu się to raz na dwa tygodnie, ale na żywo przy obiedzie. Co znaczy, że wtedy chyba jednak było dużo gorzej, bo tutaj mógł czasem albo nie odebrać, albo powiedzieć, że nie ma czasu, a tam nie mógł uciec do tak paskudnych wymówek.
Ciężko było coś takiego mówić, ale matka dość mocno go męczyła. Sama jej obecność — tak jakoś denerwująco ekstrawertyczna, choleryczna i gadatliwa. Czasem podczas takiego obiadu myślał sobie, że coś musiało kiedyś pójść nie tak i sam Kakashi urodził się zgorzkniałym staruchem, a jego matka dzięki temu otrzymała wieczną młodość. Nawet mimo tej drobnej siateczki zmarszczek przy oczach. No albo że po prostu wdał się w ojca całkowicie, nie tylko w kwestii wyglądu i przedwczesnego siwienia.
— Jak to wszystko, co znaczy „wszystko”?
— Że w sumie wszystko to samo co u nas. Mamo, naprawdę, to nie jest drugi koniec świata, jak byłem w Azji to nawet nie zadzwoniłaś, a teraz…
— Tam byłeś tydzień, tutaj masz być całe pół roku! — pisnęła. — Po prostu się troszczę, jesteś moim jedynym dzieckiem i w ogóle jakoś tak mi smutno, jak nie ma cię obok i martwię się, że nikt ci śniadania nie zrobi, ani kolacji…
— Umiem sobie zrobić śniadanie i zrobię, nawet jeżeli będzie to tylko i wyłącznie ta twoja golonka. Mamo, serio, jestem już na to za stary.
— Jak sobie chcesz, ale martwiłabym się mniej, gdybyś miał kogoś, kto mógłby być odpowiedzialny za twoje odżywianie i wysypianie się. Bo pewnie nadal zamiast pójść wcześniej spać, chlejesz kawę i śpisz po cztery godziny na dzień, bo myślisz, że tak lepiej sobie organizujesz czas.
Kakashi przewrócił oczami — to nie prowadziło donikąd. No i przy okazji było niebezpiecznie bliskie prawdy.
— Muszę kończyć, kataliza nie może czekać dłużej, wiesz. Zadzwonię kiedyś, okej? Pa.
Szybko nacisnął czerwoną słuchawkę i odłożył telefon na parapet. Sięgnął po papierowy kubek z kawą z automatu, który położył tam wcześniej.
To nieco przerażające, jak strasznie nadopiekuńcza była ta kobieta — myślałby kto, że pewne rzeczy kończą się z wiekiem, że jak dziecko skończy tę dwudziestkę, czy trzydziestkę, to matkom ten kwoczy instynkt trochę przechodzi, ale gdzie tam. Lepiej dzwonić i w każdej rozmowie napomykać, jak to by Kakashiemu dobrze zrobiło, gdyby się ożenił w końcu, nawet z również chemiczką, nawet z Niemką, nieważne, ale powinna gotować pożywne angielskie śniadania, bo Kakashi bez tych pewnie na obczyźnie usycha i już dawno ledwo trzyma się na anemicznych nogach, napędzanych jedynie tą okropnie mocną niemiecką kawą. 
Cóż — Kakashiemu nie pomagał fakt, że sam gotować nie umiał. Jego dania nie okazywały się co prawda przesolonymi, spalonymi węgielkami, ale były po prostu niesmaczne w taki bezbarwny tekturowy sposób. Jego śniadania więc, o ile już były, nie prezentowały sobą wysokiego poziomu pożywności, jedynie taki, który wystarczał do przeżycia. Jedyne co mu wychodziło to dekorowanie talerzy; przynajmniej ta niezjadliwa papka, jaką zwykle okazywały się efekty jego kucharzenia, prezentowała się zachęcająco. Chociaż ciężko było uznać to za jakiś wielki plus.

            Kakashi wypił duszkiem resztkę kawy i zgniótłszy kubek, wyrzucił go do kosza. Kataliza nie może czekać? Mając na uwadze, że nic nawet nie zaczął i że było już po szesnastej, nie było nawet sensu brać się do tego, jeżeli znowu nie chciał siedzieć w laboratorium do późnej nocy. Nadgodziny jakoś tak się nie opłacały, skoro miał płaconą stałą kwotę miesięcznie i pieniądze z grantu na badania, niezależnie od tego ile godzin faktycznie spędzał, siedząc w masce nad odczynnikami. Wyniki liczyły się tutaj dużo bardziej.
Raz został do dwunastej i skończyło się na tym, że zamknięto go w budynku i siłą rzeczy zmuszony był do spędzenia nocy samotnie wśród zlewek i czyichś notatek na temat sit molekularnych, które znalazł na stole. Jeden z jego współpracowników, doktorant, Sasuke Uchiha, prawie dostał zawału rano, kiedy nadepnął mu na nogę i nawet z tego zaskoczenia Kakashi został oblany praktycznie wrzącą herbatą. Zresztą, od tego czasu Kakashi najwyraźniej stał się podejrzanym o zbyt daleko idący patologiczny pracoholizm, co chyba odrobinę zagrało na ambicji Sasuke — co prawda jeszcze nie zdecydował się na nocleg, ale w pracowni jakoś częściej pojawiał się o świcie.

            No cóż, pomyślał Kakashi, pewnie i na noclegi przyjdzie czas, jeżeli doktorat Uchihy wejdzie w fazę krytyczną przepisywania całości od nowa po raz pięćdziesiąty, a wyniki badań nagle zupełnie przestaną pokrywać się z hipotezą i nie będzie miał w sumie nic istotnego do zaprezentowania na bardzo ważnej konferencji, o której przypomni mu się na tydzień przed. Ale do tej pory miną jeszcze co najmniej dwa lata i Kakashiego już tutaj nie będzie, więc raczej nie będą musieli razem dzielić się podłogą i ostatnimi łyczkami kawy, jak dwaj rozbitkowie na bezludnej wyspie.
            Mając na uwadze to z jaką szybkością zbliżała się godzina siedemnasta, Kakashi  zdecydował, że najlepszym co może teraz zrobić, będzie spakowanie swoich gratów i wyniesienie się z laboratoriów jak najprędzej. Jeszcze musi wstąpić do sklepu po drodze, bo jego lodówka świeciła pustkami i poza zeschniętym żółtym serem, nie znajdzie w niej pewnie nic szczególnego. Och, no i dobrze by było, gdyby napisał w końcu jakieś sprawozdanie dotyczące tej syntezy dodatków do paliw silnikowych, bo inaczej kolejne dni będzie musiał przekradać się korytarzami, żeby czasem nie wpaść na profesora Orochimaru, któremu mocno na sercu leżały właśnie te cholerne paliwa. Dość powiedzieć, że były to badania nie tylko istotne, ale też opłacalne w związku z dotacjami od kilku dość prominentnych firm z Zagłębia Ruhry. Ale pisać, to wszystko napisze sobie w domu; wszystkie dane ma zapisane albo na komputerze, albo na pendrivie, więc chyba nic prostszego, jak potem to zebrać do kupy.
…pod warunkiem, że mu się jednak dzisiaj będzie chciało.

            Kakashi kiwnął na pożegnanie dwóm kolegom, których udało mu się minąć w korytarzu i wyszedł na piętro, gdzie mógł odebrać z szatni swój płaszcz. Zapiął guziki, chwycił torbę z laptopem i wymaszerował z instytutu, wychodząc praktycznie prosto na Universitätsstraße. Teraz tylko dojść na przystanek i przejechać te dwa kilometry do Merowingerplatz, obok którego wynajmował na okres tego semestru nieduże mieszkanie. Autobus powinien pojawić się maksymalnie za dziesięć minut i, znając nieco punktualność Niemców, mógł raczej być pewny, że przyjedzie co do sekundy.
            Stanął przy koszu, kilka kroków obok plastikowej budki z wielkim, zielonym „H” nad napisem „Universität Süd”  i zapalił papierosa. Słyszał stłumiony szum samochodów jadących znajdującą się trochę niżej Münchener Straße, od której oddzielał go dość wysoki i gęstawy pas drzew. Na ulicy Uniwersyteckiej jednak było pusto i leniwie, jak to tylko może być w czwartkowe, jesienne popołudnie. Nie minęło jednak jeszcze pięć minut, a względny spokój został zburzony.
            — Hatake, sir! — usłyszał z lewej strony i zobaczył, już wcześniej wspomnianego, Sasuke Uchihę biegnącego w jego stronę. Wyglądał jakby naprawdę bardzo spieszył się, żeby jeszcze dogonić Kakashiego; miał niedopiętą kurtkę, zwykle starannie ułożone czarne włosy były rozczochrane, a do piersi przyciskał plik pogniecionych kartek, najpewniej z jakimś modelem. — Oh God, I thought I wouldn’t make it, but fortunately I did. — Tutaj pewnie Sasuke uśmiechnąłby się, gdyby uśmiechał się na co dzień, ale uśmiech był u niego tylko na specjalne okazje, więc rzadko sobie na niego pozwalał. To raczej nie była specjalna okazja.
Yeah, seems so — potwierdził Kakashi — i proszę, nie mów do mnie „sir” — i płynnie przeszedł na niemiecki, który właściwie nie był aż tak płynny, jak mógł marzyć, ale na pewno odrobinę lepszy niż angielski Sasuke. — Masz jakąś niecierpiącą zwłoki sprawę, że goniłeś za mną aż tutaj?
            — Tak. I jeśli masz wolne popołudnie, mam też propozycję.
            Oho, pomyślał sobie Kakashi, jakąż to propozycję może mu ten młodziutki doktorant składać i czy może być to propozycja nieprzyzwoita, skoro jest składana już za murami laboratorium?
            — Zależy od tego, jak interesująca jest ta twoja propozycja — zażartował Kakashi.
            — Obawiam się, że nie aż tak bardzo. Chciałem się skonsultować w pewnych kwestiach dotyczących materiałów węglowych. Znaczy, wiem, że w tym momencie ten dział nie jest pana wiodącym, ale szukałem w Internecie jakichś pozycji na ten temat i znalazłem abstrakt pańskiej pracy magisterskiej o materiałach węglowych jako katalizatorach, więc pomyślałem, że mógłby mi pan pomóc z kilkoma kwestiami.
            Kakashi zgniótł peta na pokrywce śmietnika. No, ewentualnie…
            — Okej, Sasuke, mam wolne popołudnie. Mam rozkładać się z komputerem tutaj, na przystanku, czy myślałeś o jakimś innym miejscu?
            — O moim mieszkaniu.
            Prześlicznie, ta propozycja jest chyba bardziej nieprzyzwoita, niż same materiały węglowe mogą być.
            — Dobra, a dojedziemy tym — wskazał na właśnie nadjeżdżający czerwono-żółty autobus — czy będziemy musieli w którymś momencie się przesiąść?
            — Pojedziemy moim samochodem.
            Sasuke mieszkał w dystrykcie drugim, około sześciu-siedmiu kilometrów od Uniwersytetu Henryka Heinego, w Południowym Flingern. Droga nie była bardzo skomplikowana, ale Kakashi niezbyt orientował się w topografii miasta i poza tym, że przez moment jechali przez Werstener Straße, która prowadzi do Wuppertalu, nie bardzo wiedział, jakimi ulicami się poruszali. Flingern, które jawiło się z okien szarej vectry Uchihy, wyglądało na dzielnicę mocno przemysłową; co i rusz mijali salony samochodowe oraz jakieś fabryki, czy przetwórnie otoczone zeszpeconymi przez nieudolnych grafficiarzy murami. Nie wyglądało na specjalnie studencką dzielnicę, bardziej na typowo robotniczą; nie było też zbyt piękne, ale przy tym wszystkim pewnie wynajmowanie mieszkania w tej części miasta wypadało trochę taniej, niż gdyby uprzeć się koniecznie na dystrykt trzeci, w którym znajdował się uniwersytet. Zresztą, dojazdy, gdy posiadało się auto, a parking pod Instytutem Chemii Organicznej i Makromolekularnej był tak ogromny, nie sprawiały Sasuke raczej większych problemów.
            Sasuke zaparkował na poboczu, przy rządku kolorowych, niewysokich kamienic. Wysiedli z samochodu i zatrzasnęli za sobą drzwiczki; Kakashi podążył za Uchihą w kierunku bramy do jednego z budynków, zielonego. Mieszkanie Sasuke znajdowało się praktycznie tuż nad dużą i ruchliwą, szczególnie o godzinie siedemnastej, krzyżówką czterech dwukierunkowych ulic oraz torowiska tramwajowego. Samochody teraz stały praktycznie zderzak przy zderzaku; gdyby ktoś chciał niepostrzeżenie przebiec na drugą stronę ulicy, nie dałby rady, nie wpadając pod jakąś ciężarówkę, czy może nawet tramwaj. No, i nie dusząc się przypadkiem od spalin. Że też Kakashi zostawił swoje maseczki ochronne w instytucie!
            — Balkon mamy na szczęście od podwórka, nie od ulicy — powiedział Sasuke, kiedy wspięli się już na ostatnie, czwarte piętro. — Inaczej chyba bym zwariował, gdybym miał się uczyć, a ci kretyni z dołu nagle postanowili sobie zrobić korek albo jakąś stłuczkę i zaczęli trąbić i się wydzierać.
            Sasuke otworzył mieszkanie, wpuścił Kakashiego do środka.
            — Pewnie jest pan głodny.
            Kakashi nie odpowiedział od razu, ale z samej miny wynikało, że istotnie, najedzonym by się nie nazwał: — Cóóóż, nie zaprzeczę.
            — Ciężka sprawa, bo tak się złożyło, że w lodówce nie mam nic zdatnego do jedzenia, chyba że chciałbym pana poczęstować makaronem z keczupem. Niech pan uwierzy, że nie chcę.
            Kakashi nie był tym bardzo zdziwiony — sam miał praktycznie pustą lodówkę. To najwyraźniej rzecz typowa dla chemików, nie mieć nic w lodówce i żywić się kawą, ewentualnie mocną herbatą. Szczególnie dla chemików aspirujących do bycia naukowcami — musi to być jakaś cecha gatunkowa.
            — Zrobię panu herbaty — zaoferował Uchiha, odwieszając płaszcz Kakashiego na wieszak obok swojej kurtki i wskazując mu ręką, w którym kierunku iść — i zadzwonię do kolegi. Zaraz kończy pracę, więc przyniesie nam coś do jedzenia. Poszedłbym sam, ale to by pewnie zabrało trochę czasu, a naprawdę nie chcę pana zatrzymywać nie wiadomo na jak długo. Przecież na pewno ma pan dużo ważniejsze zajęcia.
            — Spokojnie, nie ma sprawy. Tylko wolałbym napić się jednak kawy, jeśli to nie problem.
            Rozsiedli się w wąskiej, beżowej kuchni, w której każdy centymetr ścian był zawalony przez szafki i regały wypełnione albo książkami, albo paczkami z makaronem. Książki i luźne kartki papieru zagracały również parapet, górę lodówki i częściowo podłogę. 
W czasie gdy woda się gotowała, Sasuke wyciągnął filtr do kawy i zadzwonił do tego wspomnianego kolegi, mówiąc, żeby kupił jakiś obiad na wynos i przytargał do mieszkania. Aha, no i żeby kupił cztery porcje, a nie trzy, bo mają gościa. Słuchawka coś odburknęła, ale chyba godząc się z rolą dostarczyciela jedzenia i Uchiha po krótkiej chwili odłożył ją na bok. Na szczyt niewielkiej góry uformowanej z książek, oczywiście. Sądząc po tytułach widocznych na grzbietach, były to jakieś antologie romantycznych wierszy — co nie było już aż tak oczywiste, a zwyczajnie dziwne, jeżeli wziąć pod uwagę profesję Sasuke i to że na pasjonata poezji nie wyglądał.

            Zanim pół godziny później kolega Sasuke wpadł do mieszkania, trzaskając drzwiami, Kakashi i Uchiha mieli za sobą już większą część tych konsultacji, które tak w praktyce, wbrew przewidywaniom Kakashiego, okazały się bardziej chemiczne, a mniej nieprzyzwoite. Faktycznie omawiali tylko materiały węglowe i ewentualnie przydatne pozycje z bibliografii, czasami przerywane chemicznymi żarcikami. Dość słabymi, porównywalnie do wiązań wodorowych, ale zawsze to była jakaś odskocznia od nanorurek. Nie żeby Kakashi faktycznie chciał, aby te konsultacje były nieprzyzwoite, z całym szacunkiem dla przystojnego wyglądu Sasuke, ale raczej trudno byłoby to rozwiązać w odpowiedni sposób, kiedy widzą się praktycznie codziennie. Nie byłaby to wtedy bardzo komfortowa sytuacja, powiedzmy sobie szczerze.
            — Heeej, Sasuke, już jestem! O, a pana nie znam.
            Do kuchni wparował średniego wzrostu blondyn, praktycznie rzucając na stół foliówkami ze styropianowymi opakowaniami.
            — Naruto, kretynie — burknął Sasuke na powitanie. — Ostrożniej z tym, co? Upaprałbyś mi całe notatki. I komputer pana Hatake.
            — Dobra, dobra, przecież wszystko cacy, nie? Rozwaliło się? Nie, nie rozwaliło. Więc może teraz jakieś: „dzięki, Naruto, jesteś wspaniałym przyjacielem i uratowałeś mnie od śmierci głodowej”?
            — No, dzięki — odpowiedział Sasuke i poszedł wyciągać talerze i sztućce.
            — To taki trochę nerwus, widzi pan. O — jakby mu się nagle przypomniało, rzucił się w stronę Kakashiego z wyciągniętą dłonią — Naruto Uzumaki, współlokator tego tam gbura, pana magistra.
            — Kakashi Hatake. — Kakashi wstał, żeby uścisnąć dłoń chłopaka. — Pracuję z Sasuke w laboratorium.
            — Nie widziałem tam pana wcześniej — stwierdził chłopak i usiadł przy stole, zerkając pobieżnie na zapisane drobnym maczkiem notatki — a czasem byłem u Sasuke, żeby mi pożyczył piątaka, czy coś, jak mi brakło, a brakowało mi… no, czasem.
            — Przyjechałem na semestr, w ramach specjalnego projektu badań oraz wymiany kadry, więc faktycznie mogłeś mnie nie widzieć — wytłumaczył.
            — Aaano, i w sumie trochę pan brzmi, jakby nie stąd. Jest pan może z Berlina? Oni tak trochę czasem inaczej mówią; bełkoczą, że nie można zrozumieć. Nie żeby coś, noale.
            Kakashi poczuł się dziwnie — więc bełkotał. A do tej pory myślał, że jego niemiecki jest w porządku. Może nie że jest idealny, bo zawsze miał problemy z wymową „r” i z reguły trafiał w zły wariant, ale, no, mówił gramatycznie i… wyraźnie, no.
            — Naruto, pan Hatake jest Anglikiem — wtrącił się Sasuke znad blatu o dwa kroki od stołu.
            — Połowicznie — poprawił Kakashi.
            — O, serio? — Naruto zdziwił się niepomiernie. Możliwe, że przez myśl mu przeszło, że Kakashi jakoś jednak podłapał berliński (1), będąc tam przypadkiem na wycieczce, ale tego już nie powiedział. Wykrzyknął za to: — Ej, to świetnie, zawsze chciałem sobie tak pojechać do Londynu pozwiedzać i takie tam. Na zdjęciach wygląda ślicznie. Sasuke mógłby mnie kiedyś zabrać, ale on chyba aspiruje do bycia chemikiem-teoretykiem. Bo wie pan, hehe, chemik teoretyk to ten, którego nie stać na odczynniki, a Sakura, jego narzeczona, to tak jakby spokojnie mu konto czyści co miesiąc. Tylko lepiej niech pan się aby nie wygada, bo mnie ukatrupi i moja oszałamiająca kariera naukowa skończy się na długo przed tym, zanim się zacznie.
            Naruto uśmiechnął się szeroko, ukazując cały garnitur białych zębów. Potem talerz trzymany przez Sasuke tryknął go w głowę; spojrzenie Uchihy praktycznie ciskało gromy i wystarczyło do tego, żeby Naruto szybko wstał, kiwnął głową na pożegnanie i z talerzem w jednej ręce zniknął w korytarzu.
            — Przepraszam, jest trochę nadpobudliwy.
            — Nie myśl, że nie słyszałem, Sasuke! — Blond czupryna wyłoniła się na moment zza futryny.
            Sasuke przewrócił oczami i zanurzył swój widelec w makaronie.
            — Nie masz co przepraszać, to bardzo sympatyczny chłopak — zaśmiał się Hatake i również sięgnął po sztućce.

            ***

Około godziny dziewiętnastej trzydzieści wszystko, co miało zostać skonsultowane, zostało skonsultowane, a wszystko, co miało zostać skonsumowane, zostało skonsumowane. To drugie nawet znacznie wcześniej. Kakashi zbierał się do wyjścia i próbował właśnie grzecznie odmówić propozycji, żeby Sasuke odwiózł go do domu.
— Dobra, Sasuke, pokaż mi tylko, gdzie jest najbliższy przystanek i jakoś trafię.
— Nie darowałbym sobie…
— Niech będzie, że to za ten obiad. — Kakashi puścił doktorantowi perskie oko, ale na Sasuke nie zrobiło to żadnego wrażenia.
— Panie Hatake…!
I w tym momencie zadzwonił telefon komórkowy Sasuke. Uchiha zerknął na wyświetlacz i przeprosiwszy, odebrał. Z tonu i ze słów Kakashi wywnioskował, że dzwoni ta jego narzeczona i faktycznie nie złoży się na to, żeby Sasuke Kakashiego odwiózł. Przynajmniej: „Ale jak to kupiłaś szafę i dlaczego mają ją nam przywieźć za moment? Kochanie, czy ty masz pojęcie, gdzie my ją postawimy?!” zabrzmiało jakby Sasuke trochę nie było po drodze z odwożeniem Kakashiego.
Sasuke cmoknął zdegustowany i najwyraźniej po prostu wkurzony.
— No, to w którą stronę powinienem pójść? — spróbował jeszcze raz Kakashi.
— Ja… niech pan poczeka jeszcze moment.
I Sasuke zniknął w jednych z kilku drzwi przylegających do korytarza.
Kakashi westchnął. Położył laptop na ziemi, na jasnych drewnianych panelach, i wziął się za porządniejsze zapinanie płaszcza; teraz pewnie już będzie trochę chłodniej, a nie wiadomo, ile taki spacer do przystanku może mu zająć. Widział tutaj tory tramwajowe, jakiś przystanek był też niedaleko jego domu, może więc jakoś uda mu się dotaszczyć się do tego mieszkania.
— Naruto pana odwiezie — przerwał mu rozmyślania Sasuke — mam nadzieję, że to nie będzie dla pana problem. I jeszcze raz bardzo dziękuję za pana pomoc i przepraszam, ze zabrałem panu aż tyle czasu.
Problemem to nie było, tak naprawdę. Poczekał moment aż blondyn zasznuruje swoje adidasy i chwyci z wieszaka pomarańczową, sportową kurtkę. Pożegnał się z Sasuke i wyszli na klatkę schodową, a potem już w ogóle na ulicę, szukając samochodu.
— Muszę się panu do czegoś przyznać — odezwał się blondyn, kiedy już zamknęli za sobą bramę do kamienicy. — Nie jeździłem autem od spokojnie dwóch lat, z jakimś tam jednym, czy dwoma wyjątkami, więc jak przypadkiem spowoduję jakąś małą stłuczkę, muszę mieć z panem sztamę. W sensie, że od razu ustalamy, że walnął w nas nieznany sprawca i odjechał zanim zdążyliśmy się obejrzeć, a w ogóle to był zamaskowany. No i taką oficjalną wersję mówimy Sasuke. Zgoda?
— Dlaczego tak pesymistycznie?
— Strzeżonego Pan Bóg strzeże, czy coś. Oho, jest i ten nasz śliczny, srebrny opel. — Naruto wyciągnął kluczyki i po niedługiej chwili obaj z Kakashim już siedzieli wewnątrz samochodu. — Gdybym to auto potłukł, Sasuke udusiłby mnie gołymi rękami, a potem pewnie poćwiartował i polał kwasem ot tak, dla stylu. Bo on może przy panu na takiego nie wygląda, ale faktycznie jest strasznym człowiekiem. Znamy się z gimnazjum, wie pan, a to szmat czasu, więc mogę to z całą pewnością powiedzieć. Gdzie pan mieszka?
— Przy uniwersytecie, Plac Merowingów, te okolice.
— To blisko. Myślałem, że będziemy musieli gdzieś na drugi brzeg Renu jechać, czy na północ. Istnieje szansa, że stłuczki nie będzie, bo znam drogę… Chyba. Nieważne, przekonamy się za chwilę. — Naruto przekręcił kluczyk w stacyjce i uruchomił silnik. Potem trochę cofnął i już za moment włączył się do ruchu ulicznego, stając na światłach skrzyżowania. — Będziemy jechać koło Kiefernstraße (2). Nie wiem, miał pan okazję zawitać w skromne progi tej ulicy?
— Nie, jeszcze nie — przyznał Kakashi.
— Niech pan żałuje. Teraz nie ma co tam jechać, bo o dwudziestej już ciemno, ale tak w dzień to prześlicznie. Zaczęło się od squatersów w latach osiemdziesiątych, punk-rock takie tam, to samo zresztą pewnie co w Wielkiej Brytanii, czy w Berlinie na Kreuzbergu; no i rezultatem dzisiaj jest właśnie taka punk-rockowa ulica z każdym budynkiem ozdobionym graffiti. A różne najprzeróżniejsze są; jak będzie miał pan kiedy czas albo jak będzie pan odwiedzał Sasuke, niech pan mu każe się zaprowadzić. To zresztą blisko od nas, bo jakieś sześćset metrów. O, albo jak ja kiedyś pana spotkam na mieście, to sam pana zaprowadzę.
Naruto był zdecydowanie rozgadaną osobą. Usta mu się nie zamykały od momentu kiedy opuścili mieszkanie i nic nie zapowiadało tego, że zamkną się przez najbliższe piętnaście-dwadzieścia minut podróży.
— Jak będę miał dzień wolny, chętnie się wybiorę. Uwielbiam takie klimaty, mimo że teraz bardziej by mi pasował pewnie jazz i jakieś francuskie wino — stwierdził Hatake. — Kiedyś, ładnych kilka lat temu, zdarzyło mi się nawet być w zespole rockowym. Ale mocno nie wypaliło i jednak nie zostałem gwiazdą rocka. Zresztą, grałem i tak tylko na klawiszach, nie zostałbym bożyszczem nastolatków.
— O, o, właśnie minęliśmy tę ulicę! — Naruto wskazał głową na szybę po swojej stronie. Kakashi nie zauważył na niej zbyt wiele, tylko że były tam jakieś niezbyt wysokie kamienice i zapalone lampy przy drodze. — I no co pan. Ja mam praktyczne zero umiejętności muzycznych plus ewentualne pięć, jeżeli coś wypiję, bo wtedy mogę iść na karaoke i jak towarzystwo jest odpowiednio znieczulone, to jakoś tak przestają zwracać uwagę na to, jak strasznie fałszuję. Więc takie klawisze przy mnie to jak niebo i ziemia, niech pan nie przesadza. Dobry syntezator, to dobry syntezator, no i ja je bardzo lubię. A teraz chyba skręcimy w lewo… — Naruto włączył kierunkowskaz i zmienił pas ruchu na skrajny.
— Mówiłeś, że często bywałeś u Uchihy w laboratorium; też coś tam studiujesz? — zainteresował się Kakashi, kiedy już wyjechali ze skrzyżowania. Mijali bloki mieszkalne i rozświetlone witryny sklepów umiejscowione na parterach tychże; nic szczególnie ciekawego.
— Noo tak, ale szczęśliwie dla świata nie chemię ani nic, czym można ludziom i sobie zrobić krzywdę. Rok bawiłem na mediewistyce, ale to nie dla mnie, no i po raz kolejny spróbowałem na literaturze, no i tadam! Licencjat obroniłem w tym roku, teraz jestem na studiach magisterskich. Oczywiście Sasuke mówi, że to najgorszy możliwy kierunek i że powinienem raczej pójść na informatykę, czy cokolwiek przydatnego. No ale niech mi pan szczerze powie, jaki jest sens zostać słabym informatykiem, co egzaminy zdaje na piątej poprawce, o ile ma to szczęście, że w ogóle, i koniec końców nawet prostego programu nie napisze, bo nie. No jak dla mnie ma to mało sensu. Dla pana ma?
— Nie, nie ma — uśmiechnął się Kakashi, chociaż Naruto zaaferowany prowadzeniem samochodu raczej tego nie zauważył. — Zawsze przecież możesz dostać Nobla z literatury.
— Haha, no oczywiście. Ale literatura jest ogólnie ciekawa, chociaż mam fakultet bardziej z niemieckiej, niż ogólnoświatowej, ale zawsze. Na przykład pracę licencjacką pisałem na temat dwujęzyczności, w sensie, że jak autor posługuje się dwoma językami i tworzy w obu, to ten ojczysty z reguły częściej zostaje dla takich spraw uczuciowych, a ten drugi, obcy, dla spraw bardziej zawodowych i mniej… duchowych, że tak powiem.
— Nigdy o tym nie słyszałem.
— No, gdybym miał na przykład teraz przyjaciela z Chin, to on musiałby mi mówić, że mnie lubi po chińsku, a ja mu po niemiecku, chociaż wtedy nie sadzę, że bym go zrozumiał, bo nie umiem chińskiego. Och, i znowu w lewo…
            Byli już praktycznie na miejscu, Kakashi doskonale rozpoznawał sylwetki kilku budynków przy praktycznie przyległej do jego ulicy Himmelgeisterstraße. Wszystkie tutaj wyglądały bardzo do siebie podobnie; miały biało-brązowe elewacje, co czyniło je również klonami kamienicy, w której mieszkał Hatake.
            — W ogóle to przepraszam, że tak ględzę i ględzę bez ładu i składu, ale chyba się trochę denerwuję. Pewnie jazdą tym cholernym, wychuchanym cackiem Sasuke, ale może też tym, że jadę z panem. I w efekcie zamiast siedzieć cicho po prostu gadam jak nakręcony. Nie wiem, ale to trochę okropne, bo pewnie pana na śmierć zanudziłem, skoro nie mógł pan wtrącić więcej niż po dwa słowa w mój monolog, bo rzecz jasna nie dałem panu szansy.
            Naruto zwolnił do trzydziestu kilometrów na godzinę, szukając odpowiedniego zakrętu, o którym domyślał się, że gdzieś tutaj powinien być.
            — A to naprawdę dziwnie wyszło, bo tak naprawdę to chciałem raczej dowiedzieć się czegoś o panu, skoro już się poznaliśmy, a skończyło się na tym, że w sumie wiem tylko, że pracuje pan z Sasuke. No i że jest pan nieodkrytą gwiazdą rocka i gdyby nie chemia, byłby pan co najmniej tak sławny jak Sex Pistols czy The Beatles.
            — Bardziej jak The Stranglers, obawiam się. I możesz mnie wysadzić tutaj, mieszkam o rzut beretem i na pewno trafię.
            Naruto zwolnił i zatrzymał auto na pustej ulicy, kilkanaście metrów przed wjazdem na plac.
            — Chyba powinienem od pana wziąć autograf tak na zaś. W razie gdyby pan chciał jednak zostać gwiazdą rocka. Pech, że nie wziąłem żadnego zeszytu!
            — To innym razem. Miło się jechało, Naruto. Do zobaczenia kiedyś; może wtedy będziesz miał notes.

***

(1) Gdyby kogoś interesowało, jak faktycznie niemiecki z Berlina różni się od niemieckiego standardowego (tzw. Hochdeutsch, którym jednak w Niemczech mówi większość), to takie podstawowe różnice wynikają z zamiany „ich” na „ick”, końcówek „-es” na „-et” oraz „g” na „j”, więc np. klasyczne „etwas gutes” może wyjść jako „etwat jutet”. Przykładem dialektu berlińskiego jest ta piosenka. Warto zauważyć, że w dialekcie berlińskim występuje ogromna ilość słów z pochodzenia polskich – w vidzie ok. 1:40 min. słychać słowo „Penunze” (które widać też ok. 0:35 min.) znaczące nic innego jak „pieniądze”.


(2) Kiefernstraße na zdjęciach wygląda w ten sposób.  Gdyby ktoś chciał pooglądać jeszcze więcej tych malunków, znalazłam też filmik ze zdjęciami co ciekawszych z bliska.

8 komentarzy:

  1. Studiujesz germanistykę??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, anglistykę. Ale niemiecki znam całkiem dobrze i go bardzo lubię.W sumie to interesuję się językoznawstwem ogólnie - stąd to może trochę tak wyglądać, jakbym była germanistką. ;)

      Usuń
  2. Obyczajówka, ale w twoim wydaniu jakoś idzie przełknąć...
    Nie zmienia faktu, że nie trawie takich rzeczy.
    PS. I tak dobrze ci idzie.
    Pozdro

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie żeby tutaj było dużo innych opowiadań, które żadnych znamion obyczajowości nie mają. XD
      Dzięx za komcia.

      Usuń
  3. Hej,
    bardzo, bardzo m się podoba.... hhahah Naruto cały czas gada, nawet nie dopuści do głosu Kakashiego....
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz - bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się podoba. ;)
      Ściskam,
      mecha

      Usuń
  4. haha, nie wiem jak chemicy, ale wiem z doświadczenia, że chemiczki lodówki mają całkiem wypchane :D to tak na marginesie.
    fajnie się czyta twoja opowiadania. nawet jak nie lubię niemieckiego. jest coś w tym stylu, co sprawia, że w zasadzie czyta się samo, płynnie i przyjemnie. Sasuke trochę za mało gburowaty jak na siebie, ale pozostali zupełnie autentyczni wyszli. drugą część zostawiam sobie na deser na jutro, bo jak od razu wszystko przeczytam to nie będę miała się przy czym relaksować później :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie za komentarz! ;) Jeżeli od osoby z chemicznych kręgów, to cieszy tym bardziej - może jednak nie udało mi się palnąć żadnego wielkiego głupstwa. :D

      Z mojego doświadczenia mogę w sumie wypowiadać się tylko o zawartości lodówek anglistów - zawartość lodówki anglisty obejmuje światełko w lodówce i koniecznie jakiś jogurcik. Szaleństwo. XD

      Ściskam serdecznie. :)
      mecha

      Usuń