Postanowiłam się w końcu odezwać - ŻYJĘ, o to się martwić nie musicie. :)
Inna kwestia, że nie mam czasu na pisanie, więc średnio mam rzeczy do publikowania tutaj. Tekst wrzucony poniżej, to pierwszy rozdział tekstu o tematyce pirackiej napisanego na pojedynek na Forum SasuNaru - mój tekst wygrał, chociaż formalnie skończony nie został. Kolejny rozdział oraz, mam nadzieję, ostatni KN zamiaruję napisać w wakacje, jak skończę sprawy związane z BA i uczelnią.
Ostrzegam, że w tym opowiadaniu pojawią się przekleństwa, przemoc i takie tam. I że jest to AU totalne w realiach współczesnych, opowiadające, przynajmniej w zamiarze, o piratach.
A z mojej strony, do, cóż, do napisania kiedyś w wakacje. ;)
mecha
mecha
Miasto ze złota
Głową uderzył o ścianę baraku; tępy ból
oślepił go na moment, a chwilę później poczuł, że ma w ustach coś twardego i
zimnego. Metal. Nóż zatrzymał się w poprzek, tępą stroną naciskając na kąciki
ust i język — to sprawiało, że miał ochotę zwymiotować. Metal szczękał o zęby,
kiedy bezskutecznie starał się go wypchnąć.
— Powinienem go obrócić? — Usłyszał pytanie
tuż przy swoim uchu; oprawca trzymał nóż mocno, za mocno. Nie widział jego
twarzy, tylko czuprynę gęstych, czarnych włosów. —
Obrócić i uderzyć?
Naruto jęknął niewyraźnie. Obrócić… przecież
wtedy całkowicie przetnie mu usta i jeśli akurat się nie wykrwawi na śmierć, to
na pewno zafunduje mu uśmiech Jokera na resztę życia. Raczej… no, nie miał
ochoty.
— Hm? To jak, obracać, czy jednak uznałeś już,
że łażenie za mną to wyjątkowo głupi pomysł?
***
Wieczór był dziwnie wilgotny
i po prostu upalny, prawie bezwietrzny. Wystarczyło wyjść na zewnątrz z
klimatyzowanego hotelu, żeby poczuć, jakby dostało się w twarz mokrym, gorącym
ręcznikiem. Noc powinna przynieść trochę otuchy, ale najwyraźniej nie dzisiaj —
o godzinie dwudziestej temperatura nadal wynosiła ponad trzydzieści stopni.
Naruto Uzumaki zszedł kilka stopni ze schodów prowadzących do frontowego
wejścia do hotelu na chodnik i stanął tam, czekając na taksówkę. Było jeszcze
jasno, ale schody już były rzęsiście oświetlone, żeby turyści, zostawiający
miliardy dolarów rocznie w mieście, nie mieli wątpliwości, gdzie wstąpić. Cały
Dubaj zresztą był rozświetlony milionami świateł — samochodowych reflektorów,
ulicznych lamp i jasnych prostokątów okien wysokich na dziesiątki pięter
apartamentowców. Dubaj, kwiat pustyni — metropolia wyrosła wśród pustynnych
wydm, rozrastająca się w zastraszającym tempie mimo targających kraj susz. Miejsce,
gdzie przyszłość dzieje się teraz, a nowe sztuczne wyspy, nowe luksusowe
hotele, nowe sięgające chmur apartamentowce wyrastają z jałowej ziemi
praktycznie co chwila.
Wystarczy jednak opuścić te bajeczne dzielnice
zamieszkałe przez bogatych zachodnich biznesmenów, szejków i arabskich książąt,
żeby trafić do całkiem innego świata. Naruto doskonale zdawał sobie z tego
sprawę; nie przyjechał tutaj, żeby pisać artykuł opiewający bajońskie sumy,
jakie trzeba zapłacić za obiad w jakiejś hotelowej restauracji, ani śmiesznie
niskie ceny benzyny. Jedna strona Dubaju, ta prezentowana światu, olśniewa
bogactwem — jest zupełnie nowoczesna i rozświetlona przez miliardy świateł; ta
druga jest mniej oślepiająca, stanowi miasto w mieście zamieszkałe jakby przez
ludzi, którzy nie powinni mieć prawa nawet podziwiać dubajskich luksusów.
Zresztą, umówmy się, gdyby nie to że opłacają mu delegację, Naruto też nie
byłoby stać na taki wyjazd i nie mógłby nawet marzyć o napisaniu artykułu o
„dwóch” Dubajach i ludziach zamieszkujących różne dzielnice tego miasta.
Taksówka podjechała. Naruto sprawdził jeszcze,
czy ma ze sobą wszystko — portfel, aparat, zapasowe akumulatorki, telefon,
dyktafon — i wsiadł do samochodu.
— Najpierw pod ten adres — powiedział po
angielsku i wyjął notatkę z adresem z portfela. — Pojedziemy po mojego
tłumacza.
Kierowca kiwnął głową. Naruto nie był pewny,
czy zrozumiał, czy wystarczył mu sam nabazgrany po arabsku adres na świstku
papieru. Ale nieważne, o ile trafią tam, gdzie powinni.
Potem pojadą na przedmieścia do „dzielnicy”
gastarabeiterów — Muhaisnah, ironicznie przez Hindusów zamieszkujących to
miejsce nazywanej Sonapur, złotym miastem. Tam Naruto miał umówione spotkanie z
Kersanem, dziewiętnastoletnim chłopakiem z Indonezji. Kersan był imigrantem z
Indonezji i, jak większość imigrantów w Dubaju, pracował na wszechobecnych
budowach. Sześć dni w tygodniu, w czterdziestostopniowym upale i rażącym słońcu,
po czternaście godzin dziennie. Tyle dobrego, że nie tak dawno rząd
przeforsował ustawę, która uniemożliwiała (przynajmniej w większości
przypadków) zmuszanie pracowników do pracy w tych najgorszych godzinach między dwunastą
i czwartą po południu.
Naruto poczuł, że
taksówka zaczęła hamować. Na chodniku stał mężczyzna ubrany w jasne szaty —
Ali, jego tłumacz. Kiedy tylko wsiadł do taksówki, odpowiednio poinstruował
kierowcę i jakieś pół godziny później już wysiadali w Muhaisnah, osiedlu położonym
daleko od luksusowych hoteli i domów arabskich książąt.
Naruto był tutaj już wcześniej, w ciągu dnia,
i już wtedy dzielnica sprawiała przerażające wrażenie zatłoczonego obozu pracy.
Wówczas jednak większość zamieszkujących dystrykt mężczyzn była w pracy i na
miejscu kręciły się głównie kobiety i dzieci. Teraz jednak na wąskich uliczkach
Sonapur obecny był prawdziwy tłum gastarbeiterów; sądząc po twarzach, pochodzili
głównie z południowej Azji. Dzielnica była całkiem zapuszczona, mężczyźni
snujący się po wąskich uliczkach między barakami mieli całkiem ogorzałe od
słońca twarze, ubrani byli w workowate, niebieskie uniformy budowlane i
sfatygowane klapki. Kiedy szli tak, Naruto i Ali, ramię w ramię z ludźmi
przepływającymi uliczkami „złotego miasta”, słychać było głownie chóralne klap, klap podeszew klapek uderzających
o gołe stopy robotników.
— Czy kiedykolwiek — zapytał Naruto Alego z
nagła — zdecydowali się zastrajkować?
Ali wzruszył ramionami:
— Oczywiście, ale to nic nie daje. Kompanie
mają swoje sposoby na utrzymywanie pracowników w ryzach. Strajkować po prostu
się nie opłaca; nie, jeśli chcesz dostać jakiekolwiek pieniądze.
— Nic nie daje… — powtórzył Naruto, patrząc na
barak, przed którym czekał na nich Kersan. Przed wejściem do klitki, na ulicy,
stał ściek. Przy tym upale i wilgotności powietrza fetor był nieznośny i jak
ciężka zasłona wisiał w powietrzu.
— Tutaj mieszkasz? — zapytał Naruto i poczekał
aż Ali przełoży pytanie na arabski; Kersan nie znał angielskiego.
Chłopak kiwnął głową, lekko onieśmielony.
— Ile osób mieszka tu razem z tobą?
— W jednym pokoju?
— Tak, w jednym pokoju.
— Dziewięciu. Jest nas dziesięciu włącznie ze
mną.
Naruto wyjął aparat z torby; wieczór był
jeszcze w miarę jasny, może uda mu się zrobić parę dobrych zdjęć baraków i ludzi,
których o tej porze wcale nie brakowało. Oddalił się na kilka kroków, żeby ująć
front baraku wraz z Kersanem stojącym na jego tle — obdarta ściana budynku i na
jego tle szczupły, ubrany w brudny od zaprawy murarskiej, nieco za duży,
niebieski uniform chłopak. Pstryk!
— Musi być wam bardzo ciasno — powiedział
Naruto, zanim weszli do środka i na własne oczy przekonał się, jak ciasno.
Pokój był mały, pomalowany wyblakłą nieco
farbą, która gdzieniegdzie od ścian poodpadała. Pełen był łóżek i niewielkich
szafeczek. Łóżka były piętrowe, metalowe, poustawiane jak najciaśniej można,
żeby zmieścić ich jak najwięcej na raz — jakby „projektant” tego wnętrza
zafascynowany był Tetrisem. Wszędzie w ściany powijane były haczyki, a na nich
wieszaki z ubraniami, sznurki na pranie i reklamówki.
Pstryk!
Przeszli potem z tego małego pomieszczenia do
innego jeszcze budynku, gdzie mieściły się kuchnie i łaźnie. Kuchnia była
brudna i ogromna, jakby podzielona na boksy, a każdy z nich miał płytę z
palnikami, kawałek blatu składającego się z otłuszczonych płytek, dwie szafki
na dole i splątane, biegnące górą, dołem przewody gazowe. Zapachy
przygotowanych potraw mieszały się ze sobą, słychać było skwierczenie i
drapanie łyżkami po dnie patelń i garnków. Plątaniny kabli zwisały tuż nad
płytami gazowymi, na których ludzie przygotowywali sobie posiłki — w każdej
chwili możliwe było zagrożenie wybuchem. Pstryk!
Łaźnie również sprawiały wrażenie przybytku dalekiego od higieny, z
przestrzeniami między płytkami wypełnionymi czarną pleśnią i popękanymi
lustrami nad umywalkami. W niezbyt wielkim pomieszczeniu mieściło się dziesięć
bardzo wąskich kabin. Pstryk!
Naruto zrobił jeszcze kilka zdjęć na uliczkach
— o, tam jest fryzjer, tam jest targ, tutaj bar, czasem grają tam w gry. Smutni
ludzie powłóczący noga za nogą, niektórzy nadal ubrani w robotnicze uniformy,
przesuwali się uliczkami wraz z nimi aż doszli z powrotem do baraku, w którym
mieszkał Kersan.
— Nie mogę wrócić — powiedział chłopak —
zatrzymali mi paszport. Powiedzieli, że nie mogę sobie po prostu przyjechać,
trochę popracować, zarobić pieniądze i wrócić do siebie. Muszę popracować
dłużej, inaczej będę dla firmy nieopłacalny.
— Ile tutaj jesteś?
— Dwa lata.
Kersan nie zarabiał też jakoś ponadprzeciętnie
dobrze — wychodziło około stu dwudziestu dolarów miesięcznie, z czego sporą
część wysyłał do swojej rodziny w Indonezji.
— Przyjechałem — powiedział Kersan — bo
myślałem, że tutaj czeka mnie lepsze życie. Nie do końca. Teraz chciałbym
wrócić do domu.
Naruto zasępił się, oni wszyscy tak sądzili,
wszyscy, którzy tutaj przyjechali. Że będzie świetnie, bo tutaj jest praca, bo
tutaj są pieniądze… nie dla nich. W tym jednak momencie, kiedy zatrzymał
dyktafon, jego uwagę zwróciła osoba, która stała oparta o nieco zniszczony
fotel za załomem budynku. Czarnowłosy, wytatuowany mężczyzna o niespodziewanie
bladej skórze, jak na pracownika fizycznego w takich warunkach atmosferycznych.
Mężczyzna otoczony był przez grupę robotników siedzących po turecku na
piaszczystej ziemi. Dwóch innych stało obok i cała ta zbieranina zdawała się tę
parę obserwować.
— Kto to jest?
Kersan zmarszczył brwi.
— Uchiha. Lepiej… z nim nie rozmawiać.
— Dlaczego?
Kersan milczał przez długą chwilę.
— To niebezpieczny człowiek. Nawet tutaj nie
mieszka, przychodzi co kilka tygodni, czasem miesięcy. Zajmuje się niezbyt
legalnymi sprawami — powiedział w końcu. No, to zabrzmiało interesująco. Naruto
podziękował Kersanowi, ale postanowił jednak zobaczyć, co takiego tam się
działo. Może i ten Uchiha zgodzi się z nim porozmawiać? Może to jakiś nowy
ciekawy wątek do prześledzenia?
Podszedł bliżej. Dwójka stojących mężczyzn w
coś grała, pozostali obserwowali ich ruchy. Pstryk!
Odgłos aparatu i błysk zwróciły uwagę tego Uchihy — mężczyzna w jednej chwili
odbił się od fotela i ruszył w jego stronę, krzycząc bardzo oburzonym głosem.
— Masz usunąć to zdjęcie na jego oczach —
podpowiedział mu Ali. — Nie chce być na żadnych zdjęciach.
— Tak jakby… — Naruto włączył przeglądarkę
zdjęć w aparacie oraz rzeczoną kontrowersyjną fotografię — nawet go na nim nie
było.
Pokazał wyświetlacz rozdrażnionemu mężczyźnie.
Na zdjęciu widać było tylko dwóch stojących ludzi, kilku siedzących i kawałek fotela.
— Może zostać? — zapytał Naruto, ale zanim Ali
zdołał przetłumaczyć jego pytanie, Uchiha sam odpowiedział po angielsku.
— Może. Ale żadnych więcej zdjęć.
— A może… — zaczął Naruto.
— Nie, żadnych zdjęć — odburknął brunet. —
Ogłuchłeś?
— Chciałem zapytać, czy nie zechciałbyś mi
powiedzieć, co robicie. Jestem dziennikarzem.
— Dziennikarzem. — W jego ustach to słowo
zabrzmiało jak najgorsza obelga, jaką Naruto kiedykolwiek usłyszał. — W swoim
życiu nie przepracowałeś uczciwie ani jednego dnia, co?
Naruto mocno zacisnął szczękę, żeby się nie
odgryźć, bo tym całkowicie zaprzepaści sobie szanse na rozmowę. Uchiha
faktycznie wydawał się niebezpieczny i agresywny, ale tym samym… dość
interesujący. Skóra prawie całkowicie blada przy tym klimacie i przy pracy,
prawdopodobnie, fizycznej, tatuaże na odsłoniętych, wyglądających na mocne,
ramionach i ten irytujący uśmieszek pełen wyższości na wąskich, jasnych
wargach. Był zdecydowanie osobą, o której warto opowiedzieć innym.
— Tylko gadacie i gadacie, jeździcie sobie od
kraju do kraju za darmo. To nie jest praca, to zabawa — prychnął mężczyzna.
— A ty co, niby pracowałeś uczciwie? — nie
mógł powstrzymać się Naruto.
— Pierdol się — wycedził Uchiha. Zmierzył
Naruto lodowatym wzrokiem i odwróciwszy się, wrócił do fotela.
Naruto, nic nie robiąc sobie z prawie jawnej
groźby, jaką stanowiło mroźne spojrzenie bandyty, podszedł bliżej, żeby
zobaczyć, co dokładnie robili inni.
— Gramy. — Usłyszał jeszcze raz głos Uchihy, a
potem pstryknięcie zapalniczki. Blada twarz Uchihy teraz otoczona była dymem. —
Na pieniądze.
Gra polegała na rzucaniu nożem w ziemię między
stopy drugiego gracza rozstawione na początku zupełnie szeroko. Zależnie od
miejsca lądowania noża, drugi gracz przesuwał bliższą stopę do tego miejsca, a
zadaniem osoby rzucającej było postawić na ilość rzutów, dzięki której stopy
drugiego gracza się zbiegną. Im mniej, tym lepiej. Im dalej tym
niebezpieczeństwo wbicia noża w stopę było większe, szczególnie jeśli weźmie
się pod uwagę klapki na stopach graczy.
— Często gracie? — zapytał Naruto.
— Nie. — Usłyszał krótką odpowiedź jeszcze raz
z ust Uchihy. I ani słowa więcej, żadnego rozszerzenia tematu. No, to wyglądało
słabo. Uchiha chyba zwyczajnie go nie polubił i nie miał zamiaru niczego
ułatwiać.
Uzumaki poczuł dotyk Alego na łokciu.
— Bardzo przepraszam — powiedział mężczyzna —
ale już powinniśmy iść.
— Ach, tak. Już faktycznie późno — uświadomił
sobie Naruto. Było po jedenastej.
Kiedy razem szli jednak przez wąskie uliczki
Sonapur, Naruto nie mógł przestać myśleć o Uchisze i co może stracić, jeśli po
prostu wróci do hotelu. Reportaż i bez tego faceta będzie bardzo dobry i
ciekawy, ale jakoś tak… sama myśl o tym, kim jest Uchiha, co robi, dlaczego to
robi i jak się tutaj znalazł, wśród baraków zamieszkiwanych przez robotników,
nie dawała mu spokoju. On tutaj naprawdę… nie pasował. Jego obecność tam, przy
tych grających facetach, wydawała się jakby nie na miejscu.
Taksówka czekała na nich przy połowicznie
zasypanej piaskiem drodze; dwa snopy świateł samochodu przecinały wciąż
przejrzyście granatowy mrok zalewający przedmieścia Dubaju.
— Ja… — zawahał się Naruto, trzymając drzwi
taksówki. — Zapomniałem obiektywu, chyba zostawiłem go u Kersana. Wyślij mi
rachunek do hotelu; wrócę kolejną taryfą.
Szybko bez zbędnych słów trzasnął drzwiami.
Samochód odjechał w chmurze wzniesionego w powietrze piasku.
No, dobra, może to nie była najlepsza decyzja,
pomyślał Naruto już sekundę po tym, jak tylne światła zniknęły z widoku. Nie
znał ani arabskiego, ani miasta. Do tego jeśli wysiądzie mu telefon, nie będzie
w stanie zrobić praktycznie nic.
Szybkim
krokiem wrócił do serca Sonapur. Minęła tylko chwila, od kiedy szedł tędy w
drugą stronę, więc mimo że wszystkie uliczki i baraki wyglądały i śmierdziały
podobnie, nie miał większych problemów z powrotem tam, gdzie mieszkał Kersan i
spodziewał się zastać Uchihę. Miejsce odnalazł bez większych problemów — fotel,
nadal kilku mężczyzn bawiących się z użyciem noża, ten sam barak, w którym
mieszkał Kersan… ani śladu Uchihy.
Niedobrze, pomyślał. Stanął oparty o
chropowatą ścianę baraku, obserwując garstkę grających mężczyzn i jakby
czekając, aż Uchiha wróci na miejsce, oprze się o fotel, a Naruto znowu go
zapyta, czy mogą porozmawiać. Może to chwila, może zaraz wróci i porozmawiają,
a z tej rozmowy wyniknie najbardziej fascynujący reportaż w dziejach dziennikarstwa…
Z drugiej strony, może bez sensu tak tutaj po
prostu stać. Może odszedł tylko na kilka metrów i wystarczy przejść ten kawałek
i znajdzie go bez problemu.
Naruto odbił się od ściany i ruszył wąziutką
uliczką ze ściekiem sączącym się płytko wyżłobionym rowkiem przy ścianach
budynków. Minął fotel i grupkę najwytrwalszych hazardzistów, potem niewielki
jasny murek odgradzający kawałek jakiejś parodii ogrodu i wszedł w pierwszy
zakręt, jaki napotkał. Tutaj było trochę ciemniej — od tej strony praktycznie
nie było okien, nie wspominając, rzecz jasna, o jakichkolwiek latarniach.
Prawie jak jakiś
labirynt, pomyślał Naruto. Z bardzo wąskimi, bardzo ciemnymi przejściami.
W chwili, gdy już
wyciągał dłonie na boki, żeby zmierzyć, jak bardzo wąskie jest to przejście,
poczuł mocne szarpnięcie. Świat nagle obrócił się wokół niego, a grunt usunął
spod stóp. Głową uderzył o ścianę baraku; tępy ból oślepił go na moment, a
chwilę później poczuł, że ma w ustach coś twardego i zimnego. Metal. Nóż
zatrzymał się w poprzek, tępą stroną naciskając na kąciki ust i język — to
sprawiało, że miał ochotę zwymiotować. Metal szczękał o zęby, kiedy
bezskutecznie starał się go wypchnąć.
— Powinienem go obrócić? — Usłyszał pytanie
tuż przy swoim uchu; oprawca trzymał nóż mocno, za mocno. Nie widział jego
twarzy, tylko czuprynę gęstych, czarnych włosów. — Obrócić i uderzyć?
Naruto jęknął niewyraźnie. Obrócić… przecież
wtedy całkowicie przetnie mu usta i jeśli akurat się nie wykrwawi na śmierć, to
na pewno zafunduje mu uśmiech Jokera na resztę życia. Raczej… no, nie miał
ochoty.
— Hm? To jak, obracać, czy jednak uznałeś już,
że łażenie za mną to wyjątkowo głupi pomysł? — Teraz bandzior odsunął się nieco
i oczy Naruto napotkały twarde, czarne
spojrzenie Uchihy. Gdyby cała ta sytuacja go wystarczająco nie zmroziła, to
spojrzenie na pewno przesłałoby mu nieprzyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
Naruto zamrugał gwałtownie; nie mógł nic innego zrobić w tej chwili, jeśli nie
chciał ryzykować żadnych trwałych uszkodzeń.
Metal, po niemożliwie długiej chwili, w końcu
szczęknął o zęby i opuścił usta Naruto. Uzumaki otarł mokrą od śliny brodę.
— Dlaczego to zrobiłeś? — zapytał.
— Chcę zapytać o to samo. — Usłyszał. Uchiha
odsunął się i oparł jedną ręką o ścianę baraku. — Dlaczego tutaj węszysz?
Dlaczego za mną łazisz?
— Nie łaż… — zaczął, ale nie dokończył. Faktycznie
za nim poszedł. — Ja… zaintrygowałeś mnie. Po prostu.
— Wolałbym, żebyś przestał, bo możesz nie
skończyć dobrze. Po prostu. Pamiętaj, że to ja mam nóż.
— Trudno zapomnieć — stwierdził, dotykając
popękanych ust. — Zrobiłbyś to?
— A czy już nie poinformowali cię, że jestem
bandytą? — parsknął Uchiha. — Zrobiłbym. Nie takie rzeczy robiłem. — Zamilkł na
chwilę, a później zapytał: — To mówiłeś, że jesteś dziennikarzem? Dla jakiej
gazety pracujesz?
O, czyżby zmienił zdanie?
— Guardian.
— Guardian — powtórzył. — W porządku.
Kolejnym, co Naruto poczuł, był oślepiający
ból z tyłu głowy i żelazisty smak krwi w ustach. Potem zrobiło się ciemno.
***
Naruto obudziło gorąco i mdłości. Miał
wrażenie, jakby po solidnie zakrapianej imprezie położył się spać w piecu i
zrozumiał swój błąd dopiero po paru godzinach — było mu za ciepło, coś świeciło
mu w oczy, strasznie bolała go głowa i do tego miał ochotę zwymiotować. A na
domiar złego podłoga trzęsła się pod nim. Czyżby nadal był pijany?
Z drugiej strony… Nie pamiętał żadnej imprezy.
I nie że nie pamiętał jej urywków, czy tam momentu powrotu do domu, czy jakichś
fragmentów ze środka — nie pamiętał nic w ogóle. Nawet był w stanie przysiąc,
że na żadnej imprezie wczoraj nie był.
Naruto przesunął się po
najwyraźniej galaretowatej podłodze w bardziej cień, żeby umknąć od gorąca
rozlewającego się na jego twarzy. I dopiero wtedy olśniło go, że ta galaretowata
podłoga nawet odrobinę nie przypomina jego hotelowej. Otworzenie oczu tylko to
potwierdziło — nie kojarzył, żeby w jego pokoju znajdowała się jakakolwiek
metalowa, wielka szafa, do której mógłby wpełznąć i się zamknąć. A jednak jakoś
znalazł się w wielkiej metalowej szafie.
Uzumaki usiadł. Niemal natychmiast z tyłu
czaszki odezwał się ból głowy. Kiedy wyciągnął dłoń, zamiast włosów, pod
palcami poczuł kawałek materiału — bandaż? Oparł się o ścianę i powoli wstał;
miał problemy z utrzymaniem równowagi. Kurczowo przyciskając dłonie do ściany,
przeszedł pół metra pod niewielkie, prostokątne okienko w ścianie — to które
obudziło go wpadającą przez nie plamą słońca. Wspiął się na palce i… to, co
zobaczył było dość zaskakujące — woda, fale, kilka ogromnych kontenerów.
Znajdował się na statku? No nieźle, tylko co teraz. Przecież stąd nie wyskoczy,
nie da rady przemknąć przez to wąskie okienko. No i kto wie, jak daleko od lądu
właśnie się znajduje. Obrócił się i ogarnął wzrokiem całe pomieszczenie.
Nie było tutaj dużo do ogarniania — było
stosunkowo niewielkie, takie że kiedy leżał bez problemu zmieścił się na
długość, ale na szerokość już miałby problem. Było dość wąskie, całe metalowe z
fragmentami urozmaiconymi przez rdzę i fantazyjnie poumieszczane nity.
Największe skupisko nitów i warstwa metalu znajdowało się naprzeciwko okna.
Miało też kolejny dekoracyjny detal — klamkę. Naruto przesunął się wzdłuż ścian
i nacisnął klamkę, a potem zaparł się i pociągnął. Oczywiście, jak można było
się domyślić — drzwi nie ustąpiły. Był zamknięty w jakimś malutkim
pomieszczeniu na statku. Nie tylko nie miał przy sobie żadnych dokumentów, nie
wspominając o aparacie i telefonie, ale nie było tutaj nawet szklanki z wodą. A
z każdą chwilą robiło się coraz bardziej gorąco.
— Haaalo! — krzyknął, uderzając pięściami o
metalowe drzwi. Strasznie hałasowały; jeżeli ktoś znajdował się gdzieś blisko,
nie ma mowy, że nie usłyszy. — Wypuśćcie mnie, haaaalo!
Ten… Uchiha. To na pewno
on go tak załatwił, przypomniał sobie Naruto. Jednak pójście za nim było
najgłupszym pomysłem, na jaki wpadł. I nie wiedział w tym momencie, czy będzie
miał okazję popełnić jeszcze jakiś głupszy błąd, czy ostatecznie po prostu
ugotuje się żywcem w tej metalowej klitce. Rozpaczliwie jeszcze raz chwycił za
klamkę i zaparłszy się, pociągnął za nią — ale zamek nie puścił. No świetnie.
Naruto przesunął się i
oparł o ścianę obok drzwi. Może ktoś go usłyszał i zaraz przyjdzie. Napiłby się
wody, bo od tych kilku minut krzyku, praktycznie zdarł sobie gardło. Nie
wiedział, ile dokładnie czasu spędził na gapieniu się na rdzę na ścianach
pomieszczenia, ale w końcu usłyszał dudniące kroki dochodzące zza drzwi i
zgrzyt klucza w zamku. Uzumaki niewiele myśląc, gdy drzwi tylko otworzyły się
na rozsądną szerokość, a osobnik otwierający je postawił stopy w pokoju, rzucił
się na niego. Połowicznie był to sukces — mężczyzna został powalony na ziemię,
w międzyczasie uderzywszy głową o ścianę, ale chwilę później to Naruto leżał
pod nim na podłodze z szyją w silnym uścisku… Uchihy.
— Ty mały pojebie —
wycharczał brunet. — Jeszcze jeden taki numer i jesteś trupem. Czaisz?
Naruto zamknął oczy i
powoli, na tyle był w stanie, skinął głową. Uchiha cofnął dłonie i odskoczył od
Uzumakiego, a ten rozkaszlał się na dobre. Przez łzy zmierzył Uchihę wzrokiem.
Przedtem nie miał czasu tak naprawdę dokładnie mu się przyjrzeć — ubrany był w
czarną koszulkę bez rękawów i jasne spodenki z kieszeniami. Bladą skórę ramion
i części barku przecinał czarny tatuaż. Twarz przysłaniały dłuższe pasma
grzywki.
— Gdzie jestem? — zapytał
Naruto.
— Chwilowo jesteśmy
gdzieś między Zatoką Adeńską a Oceanem Indyjskim, trudno powiedzieć mi z całą
pewnością.
— Na statku?
— Nie, w twoim
pięciogwiazdkowym hotelu — parsknął Uchiha. — Trochę przepłaciłeś, bo warunki
nie zachwycają.
— Super, dzięki. Później
złożę reklamację — mruknął Naruto. — Czemu tutaj w ogóle jestem?
— Uznałem, że ci się spodoba.
Chciałeś napisać sobie artykuł, więc masz najlepszą możliwą okazję, a my przy
okazji, cóż, spróbujemy wyciągnąć z tego trochę pieniędzy. Guardian już dostał
info, że ich dziennikarz zaginął; teraz czekamy na jakieś ich kroki. — Uchiha
rzucił w stronę Uzumakiego torbę z aparatem. — Przejrzałem zdjęcia, część może
zostać. Tutaj też możesz porobić, ale jeśli znajdę się na jakimkolwiek…
pożałujesz. W środku jest też portfel, pieniądze sobie wziąłem, dokumenty
chwilowo przełożyłem w bezpieczniejsze miejsce.
— A dyktafon? Telefon?
— Zobacz w środku. —
Uchiha wzruszył ramionami.
— Dyktafon jest —
stwierdził Naruto.
— Ciesz się, że chociaż
to.
— Czemu to robisz?
— Co?
— Nie wiem, porywasz
ludzi, atakujesz ich w zaułkach, trzymasz w metalowych, potwornie rozgrzanych
trumnach.
— Ojej, skąd wiesz? —
sarknął Uchiha. Naruto zrobił niewyraźną minę. — Taka praca, po prostu —
odpowiedział w końcu. — Nie masz ochoty stąd wyjść? Pod warunkiem, że obiecasz,
że nie będziesz skakał za burtę i starał się uciekać. Tutaj nie masz za bardzo
dokąd zresztą. Nie wspominając, że nie masz ani pieniędzy, ani dokumentów, ani
telefonu.
— Widzę, że doskonale
sobie to obmyśliłeś.
— Tja, lata praktyki.
Zejdziemy do mesy, zostawiłem ci trochę żarcia.
Naruto nadal dość powoli
ruszył w ślad za Uchihą korytarzem równie przerdzewiałym co pokój. Zanim doszli
do mesy, musieli przejść kilka takich korytarzy i zejść kilkoma wyślizganymi
drabinkami w dół. Najwyraźniej Uchiha zamknął go na najwyższym możliwym
piętrze; nic dziwnego, że było tam tak gorąco. Do momentu wejścia do kantyny,
nie spotkali żywej duszy. Wystarczyło jednak szarpnąć za kolejne przeżarte rdzą
drzwi, a w uszy Naruto uderzył gwar ludzkich głosów. Przy kilku stolikach
siedziało około dziesięciu mężczyzn, głównie Murzynów — wszyscy ubrani podobnie
jak Uchiha, w krótkie spodenki i koszulki. Byli też podobnie wytatuowani.
— Siadaj — rozkazał
Uchiha. — Przyniosę ci coś.
Naruto zrobił, co mu
kazano. Czuł na sobie zainteresowane spojrzenia reszty… hm, załogi statku. O
nogi coś mu się otarło.
— Kot? — zapytał,
zerknąwszy pod stolik. — Jeszcze go nie zjedliście? Też został porwany?
— Łapie szczury.
Dobrowolnie — wyjaśnił Uchiha, rzucając miskę z jakąś breją na blat i stawiając
kubek z wodą. — Jeszcze letnie, powinno smakować w miarę znośnie. I nie, akurat
nie jest ze szczurów.
Naruto z powątpieniem
spojrzał na brązową substancję wypełniającą miskę. Miała w sobie jakieś
kawałki, również brązowawe. I chyba widział w środku ryż. Szczurzych ogonków
faktycznie brak.
Uchiha uniósł kota z
podłogi i położył na swoich kolanach. Kociak mruczał, kiedy mężczyzna drapał go
za uszami.
— Jak ma na imię? —
zapytał Naruto między jedną łyżką gulaszu a drugą.
— Hmmm, nie wiem. Kot —
odparł Uchiha po chwili. — Nie ma imienia, po co mu imię.
— Żeby go można było
zawołać?
— „Kici, kici” daje radę.
— A ty jak masz na imię?
— Po co ci ta informacja?
— Skrzywił się.
— Żebym nie musiał używać
w artykule twojego nazwiska, bo pewnie za to byś mnie zabił.
— Faktycznie. Sasuke —
podał po chwili.
— Dzięki.
***
Statek był piracki.
Naruto przekonał się kilka chwil później, kiedy przeszli się z Sasuke po
pokładzie. Wielkie kontenery miały zawierać dostawę broni przemycaną z
Bliskiego Wschodu do Somalii. Było jeszcze kilka innych kontenerów, a pod
podkładem kilka mniejszych pudeł z kontrabandą i klatek z żywymi wężami, które
docelowo miały trafić na Zachód.
— Można powiedzieć, że
jesteśmy przemytnikami — powiedział Sasuke, zwijając papierosa. Chwilę potem go
zapalił, osłaniając płomień przed wiatrem. — Poza przemytem zdarza się nam
atakować statki handlowe, dlatego można równie dobrze powiedzieć, że jesteśmy
piratami.
— Jak tutaj trafiłeś?
— Przypadkiem.
— Opowiesz mi?
— Nie — uciął Sasuke. —
Muszę sprawdzić, co na twoje porwanie ten cały Guardian.
Naruto oparł się o
metalową barierkę przy burcie statku i spojrzał w bezkres morza. Na horyzoncie
nie było ani śladu lądu; faktycznie bezsensownie byłoby stąd uciekać. Nie był
tylko pewny, jak bezpieczną decyzją jest pozostanie na pokładzie i czekanie na
rozwój wypadków. Odetchnął i przeszedł w cień jednego z wielu kontenerów
ustawionych na głównym pokładzie. Silniki wyły głośno, nieustannie popychając
statek do przodu. Sasuke mówił, że jutro mogą już dobić do Somalii, do prawdziwego
wolnorynkowego raju i jednocześnie absolutnego piekła dla ludzi. Somalia była
państwem całkiem upadłym — Naruto o tym wiedział, ale nigdy nie miał okazji
przekonać się o tym na własne oczy. Aż do… prawdopodobnie jutra.
Naruto wyjął aparat i
zrobił kilka fotografii. Metal oślepiał w pełnym słońcu, a gorące powierzchnie
sprawiały, że miał ochotę się roztopić i spłynąć do chłodniejszych oceanicznych
toni. Kiedy wspinał się na kolejne piętro wyższych pokładów statku, natrafił na
Sasuke. Znowu miał papierosa w ustach, drugą dłoń wplataną we włosy, a dym
kłębił się w słońcu pod sufitem. Musiał stać tutaj od kilku minut i nie mógł
być to jego pierwszy papieros, o czym świadczyła gęstość dymu i kilka petów
leżących u jego stóp. Wyglądał na jeszcze bardziej zdenerwowanego, niż… no,
wyglądał na identycznie zdenerwowanego jak przy ich pierwszym spotkaniu, a może
odrobinę bardziej. Naruto nie był pewny, czy można zdenerwować się o wiele
bardziej.
— Co się stało? —
zapytał, zapobiegawczo zasłaniając obiektyw dłonią. Zrobienie zdjęcia tak
kusiło. Pod tym kątem prawie ciemna, muskularna, a jednak szczupła sylwetka
Sasuke na tle dymu i wpadającego przez okno słońca. To był obraz pełen siły i
jakiegoś… zrezygnowania.
— Nic. Właśnie, kurwa,
nic — wycedził. — Kapitanowi się nie podoba, że w ogóle cię zabrałem. Guardian
cię kompletnie olał. Zero kontaktu, zero odzewu w mediach. Mają cię po prostu w
dupie.
Naruto nie wiedział, co
odpowiedzieć.
— Możesz mi zrobić
zdjęcie. — Usłyszał. — Wyjątkowo możesz.
— Na pewno?
Nie powiedział już nic.
Naruto włączył aparat, ustawił go i zrobił kilka zdjęć— tych zdjęć, które sam
tak bardzo chciał zrobić. Powoli, tak jakby robił zdjęcia nie człowiekowi, który
sam o nie poprosił, ale bardzo niebezpiecznemu, łatwemu do spłoszenia
zwierzęciu.
— Jutro będziemy w Somalii
— powiedział Sasuke, wydmuchując dym przez nozdrza. — Jeżeli do tej pory
Guardian się nie odezwie, kapitan właśnie tam cię wywali. Możesz przehandlować
aparat; myślę, że za to dostaniesz wystarczająco dużo pieniędzy, żeby trafić do
Egiptu, stamtąd już prosto pojedziesz, dokądkolwiek chcesz. Jeżeli chciałbyś go
sobie zostawić… możesz nie przeżyć.
— Dzięki — odpowiedział i
oparł się o ścianę naprzeciwko. Sasuke nadal miał jedną z dłoni wplątaną we
włosy, a w drugiej trzymał papierosa. — Jesteś Japończykiem?
— Tak — odpowiedział po
chwili. — Pewnie widać, że średnio pasowałem do tego całego tałatajstwa w
Sonapur.
— Właśnie dlatego mnie…
zaintrygowałeś. Wyróżniałeś się.
— Intrygują cię okropni
ludzie. Często pakujesz się w takie sytuacje?
— To pierwsza. Nie licząc
jednej imprezy, a właściwie momentu, w którym z niej wracałem.
— Było gorzej niż tutaj?
— Tam było mniej gorąco —
zaśmiał się Naruto. — I byłem pijany.
— Alkohol to nie problem —
stwierdził Sasuke. — W ładowni mamy tego pełno. Myślisz, że ci wszyscy dziani
Arabowie z Dubaju nie piją alkoholu, tak jak Mahomet przykazał? Łoją równo,
jebani hipokryci.
— Jak tam w ogóle
trafiłeś?
— Hm. — Sasuke zaciągnął
się jeszcze raz, zatrzymał dym w płucach i wypuścił go po dłuższej chwili. —
Nie mówiłem już? Przypadkiem.
— Myślałem, że może
powiesz mi coś więcej.
— Nie.
— Gdzie będę spał? —
zapytał Naruto nagle. — W tej samej metalowej szafie?
— Jeżeli ci pasowała… Dwa
piętra niżej są pomieszczenia dla załogi; jeżeli znajdziesz wolne łóżko, możesz
się tam kimnąć. Ale nie zostawiałbym aparatu na widoku, tak jakby co.
— A jeżeli nie?
— To wracasz do szafy.
Nie mam żadnych alternatyw. Nie za tyle, ile miałeś w portfelu. I tak masz zbyt
luksusowe warunki, jak na kogoś porwanego.
Sasuke rzucił peta na
podłogę obok reszty, po czym nieuważnie go zdeptał i zszedł po drabinie na
niższe piętra.
Naruto nie miał przy
sobie zegarka, nie mógł więc stwierdzić, która naprawdę była godzina. Może w
Londynie jeszcze nikogo nie było w pracy, kiedy piraci wysłali im informację,
że został porwany? A może zrobili to w taki sposób, że uznali to za jakiś głupi
żart, a nie za prawdziwe zagrożenie życia człowieka. Gdyby tylko go zapytali o
zdanie, podpowiedziałby im, że mogli kazać mu zadzwonić do redaktora naczelnego
i błagać o pieniądze.
Jeżeli wywalą go w
Somalii… naprawdę może nie być dobrze. Tam ciągle trwała wojna domowa. Zgiń
albo zabij. Sprzedaj, co możesz sprzedać; kup, co dasz radę kupić i uważaj na fałszywe
banknoty, których na rynku jest tyle, że możesz w nich praktycznie pływać,
wyławiając pojedyncze prawdziwe banknoty. No i oczywiście narkotyki, terroryści,
piraci i rebelianci. Wszystko na raz.
W co on się, do jasnej
cholery, wpakował.
***
Resztę dnia Naruto
przechadzał się po statku. Na głównym pokładzie, między kontenerami, nietrudno
było znaleźć zwoje stalowych linek i okryte brezentem motorówki, niechybnie
używane do szybkich ataków na inne statki opływające Róg Afryki. Nie zszedł do
ładowni, ale patrząc na ciemnoskórych piratów uzbrojonych w karabiny maszynowe,
był praktycznie pewny, co może tam znaleźć. Inni piraci nie reagowali aż tak
gwałtownie jak Sasuke na aparat i zdjęcia — nie protestowali, nie rzucali się
mu do gardła, ani nie próbowali wykonać na nim szybkiej egzekucji. Bez problemu
dokumentował uzbrojonych mężczyzn przechadzających się po pokładzie,
pociągających za jakieś liny, czy ustawiających towar. Niestety na trzy próby
nawiązania kontaktu, wszystkie okazały się być niewypałem — piraci mówili tylko
po arabsku. Jedyną osobą, z którą był w stanie w ogóle porozmawiać był więc
Sasuke. Ten sam Sasuke zdawał się być też dość mocno po jego stronie — jak na
pirackie standardy, oczywiście — i wydawał się jednocześnie mieć sporo władzy.
Oczywiście, nikt z
Londynu się nie odezwał. Kapitana Naruto nie zobaczył, ale wystarczył rzut oka
w mesie na minę Sasuke, żeby przekonać się, że sytuacja ta nie była najbardziej
pożądaną. Normalnie, zresztą, pewnie by go zabili — na co im taki bezużyteczny
koleś na pokładzie, ale czemuś tego nie zrobili.
Gwar wokół był nieco
przyciszony, atmosfera dość napięta i nieprzyjemna. Naruto skończył swoją
porcję kolacji, wydaną mu przez Sasuke. Nieuważnie pogłaskał kręcącego się przy
jego nogach kota i wstał. Czuł, że powinien jak najszybciej stąd zniknąć.
Już miał pchnąć drzwi
oddzielające kantynę od korytarza, kiedy poczuł mocny uścisk na przedramieniu.
— Przyniosę ci dokumenty
— powiedział Sasuke. — Tam, gdzie widzieliśmy się wcześniej.
Zabrzmiało to na tyle
poważnie, że Naruto tylko kiwnął głową i wyszedł.
Słońce już prawie całkiem
zaszło, kiedy wyszedł znowu na pokład. Powietrze było też widocznie
chłodniejsze, chociaż rozgrzany metal kontenerów i elementów nadal nie obniżył swojej
temperatury. Wspiął się na jeden z tych wyższych pokładów — każdy z nich
wyglądał prawie identycznie, pomijając pety na podłodze tego jednego — i oparłszy
się o ścianę, zaczekał. Przez okienko widział, jak niebo zmienia kolor z
pomarańczu, przez szarawy błękit aż po głęboki granat. Dookoła nie było prawie
żadnych sztucznych świateł, doskonale więc było widać gwiazdy.
Pac!
Dokumenty zostały rzucone
na podłogę.
— Trzymaj. — Usłyszał, a
potem Sasuke wspiął się po drabinie i stanął obok niego. — Chyba będziemy mieli
wieczorem… małą akcję. Ciężko mi powiedzieć, jak to się skończy, dlatego
wolałem dać ci papiery już teraz.
— A jak może się
skończyć?
— Różnie. Mamy sporo
broni, ale trochę za mało ludzi. Nigdy do końca nie wiesz, jak to się skończy —
dodał po chwili, uśmiechając się jednym kącikiem ust.
— Będziecie atakować tym
statkiem?
— Co ty, jesteśmy
stosunkowo niedaleko wybrzeża i naszej bazy wypadowej. Dwie mniejsze łodzie już
stamtąd wyruszyły, do tego wystarczy nam zwodować jakąś motorówkę do odwrócenia
uwagi. Robią wystarczająco dużo hałasu. Całość nie powinna zająć dłużej niż
godzinę.
— Czy to bardzo
niebezpieczne? — zapytał Naruto.
— Stosunkowo. Nie
bardziej niż samotna przechadzka nocą w Sonapur w pogoni za piratem, ale
wystarczająco blisko tego.
— Haha — Naruto zaśmiał
się krótko. — Powiesz mi teraz, jak trafiłeś do Dubaju?
— Biorąc po uwagę, że
możemy się widzieć zupełnie po raz ostatni… dobrze. — Sasuke sięgnął do
kieszeni po tytoń i szybko zwinął skręta. — To krótka i nudna historia, nie
wiem, czy nie lepiej wypadałem jako tajemniczy bandyta, o którym nic nie
wiedziałeś.
— Spróbuj.
— Trafiłem tutaj przez
długi. Spiralę długów, których moja rzekomo bogata, szlachecka rodzina spłacić
nie mogła. A ja szukałem dobrej i szybkiej alternatywy zdobycia dużej ilości
pieniędzy.
— I dlatego Dubaj?
— Tak. Miasto możliwości,
niezwykle szybko się rozwijające, ale… Wiesz, jak tam wygląda typowy dzień
pracy dla osób bez żadnych pleców, nie? Dwanaście godzin, pełne słońce, praca
fizyczna. Byłeś w Sonapur, wiesz, co jest dalej. Nie zbiłem na tym fortuny i
nigdy w życiu bym nie zbił. Wkręciłem się najpierw nielegalny biznes, to co
tutaj, alkohol, narkotyki, drobne sprawy. Potem poznałem kapitana,
zaangażowałem się w przemyt grubszych towarów, a w końcu trafiłem na statek.
Dostałem własny karabin, swoje obowiązki i stałą działkę.
— Planujesz długo tak
żyć?
— Mam jakąś lepszą
alternatywę? — zaśmiał się. — Tutaj szybko się starzejesz. Albo jakoś sam
zadbasz o swoją emeryturę, albo zadba o nią wojsko i spędzisz ją, siedząc w
więzieniu.
Coś zaskrzypiało
przeraźliwie od strony głównego pokładu.
— Wodują motorówkę —
wyjaśnił Uchiha, rzucając peta na podłogę obok sterty innych. — Sprzęt jest
trochę przerdzewiały, dlatego tak skrzypi. Idę — odwrócił się i zniknął bez
słowa pożegnania.
Naruto wyłączył dyktafon
i usiadł pod ścianą. To naprawdę mógł być ostatni raz, kiedy widział Sasuke.
Teraz na statku było już prawie
chłodno i od długiego siedzenia bez ruchu Naruto całkiem zdrętwiał. Z pokładu
nie dochodził żaden dźwięk — nie tylko skrzypienie żurawia podciągającego
motorówkę z powrotem na statek, ale jakikolwiek inny odgłos. A potem — nadal
była granatowa, bardzo ciemna noc — usłyszał bezustanny terkot karabinów
maszynowych i kawałek nieba widoczny przez okno rozjaśnił wybuch. Kolejny
wybuch miał obudzić Naruto jeszcze kilka godzin później, kiedy statek w końcu dobił
do wybrzeża Somalii.
Po Sasuke nie było wtedy
nawet śladu — tak samo po motorówce, znacznej części dostawy broni oraz
narkotyków i sfałszowanych pieniędzy.
Hura! Żyjesz! Jak dobrze Cię słyszeć :)
OdpowiedzUsuńWrocilas :D mam nadzieje ze wena cie nie oposcila i niedlugo bedzie nowy rozdzial "Hypnosited" :3 tak sie w to wciagnelam i nie moge sie doczekac co bedzie dalej :c mam tylko nadzieje ze bedzie to happy end ;)
OdpowiedzUsuńOstatnio trafiłam na Twojego bloga i jakże niezmierna była moja radość, gdy zobaczyłam, że ostatnia notka pojawiła się stosunkowo nie dawno! Przeczytałam wszystkie opowiadania KakaNaru i mam nadzieję, że jeszcze jakieś się pojawi! Tym bardziej, że jest to jeden z niewielu blogów, na jakie trafiłam, który jest poprawny językowo i naprawdę miło się go czyta :)
OdpowiedzUsuńHej jak tam twoja wena? :) tesknie za twoimi tekstami.... w szczegolnosci za kakanaru....
OdpowiedzUsuńHej żyjesz? :c
OdpowiedzUsuńCześć :D kiedy znów coś dodasz? :(
OdpowiedzUsuńPrzepraszam najmocniej, ja czekam od długiego czasu na Twoją aktywność.. Nie zostawiaj nas, proszę :<
OdpowiedzUsuńWitam,
OdpowiedzUsuńcóż jeszcze nie przeczytałam tego tekstu (brak kiedy, jeszcze borykałam się z odzyskaniem adresów blogów na które wchodzę)
ale mam pytanie autorko, to już rok, pamiętasz o nim...
Dużo weny życzę Tobie...
Pozdrawiam serdecznie Basia
Witam,
OdpowiedzUsuńkochana pamiętasz o tym blogu, o tych historiach... ja tutaj od czasu do czasu zaglądam mając nadzieję, że zobaczę coś nowego...
Dużo weny życzę Tobie...
Pozdrawiam serdecznie Basia
46 yr old Sales Representative Cale Edmundson, hailing from Laurentiens enjoys watching movies like Doppelganger and Photography. Took a trip to Laurisilva of Madeira and drives a Ferrari 275 GTB. przeczytaj artykul
OdpowiedzUsuńHejeczka,
OdpowiedzUsuńkochana powróć tutaj do nas, bardzo tęsknię...
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Aga
Hejeczka,
OdpowiedzUsuńkurcze opowiadania świetne, szkoda że już nie piszesz...
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Iza