Uwaga!

Fanfiction yaoi, czyli traktujące o związkach męsko-męskich. Blog zawiera również treści erotyczne.
Nie lubisz, nie czytaj - ja do niczego nie zmuszam.
Możesz skomentować dowolną notkę, każdy komentarz zostanie przeczytany! :)

sobota, 27 czerwca 2015

"Miasto ze złota" (SasuNaru) Rozdział 1



Postanowiłam się w końcu odezwać - ŻYJĘ, o to się martwić nie musicie. :) 
Inna kwestia, że nie mam czasu na pisanie, więc średnio mam rzeczy do publikowania tutaj. Tekst wrzucony poniżej, to pierwszy rozdział tekstu o tematyce pirackiej napisanego na pojedynek na Forum SasuNaru - mój tekst wygrał, chociaż formalnie skończony nie został. Kolejny rozdział oraz, mam nadzieję, ostatni KN zamiaruję napisać w wakacje, jak skończę sprawy związane z BA i uczelnią. 
Ostrzegam, że w tym opowiadaniu pojawią się przekleństwa, przemoc i takie tam. I że jest to AU totalne w realiach współczesnych, opowiadające, przynajmniej w zamiarze, o piratach.
A z mojej strony, do, cóż, do napisania kiedyś w wakacje. ;)
mecha


Miasto ze złota

 Głową uderzył o ścianę baraku; tępy ból oślepił go na moment, a chwilę później poczuł, że ma w ustach coś twardego i zimnego. Metal. Nóż zatrzymał się w poprzek, tępą stroną naciskając na kąciki ust i język — to sprawiało, że miał ochotę zwymiotować. Metal szczękał o zęby, kiedy bezskutecznie starał się go wypchnąć.
 — Powinienem go obrócić? — Usłyszał pytanie tuż przy swoim uchu; oprawca trzymał nóż mocno, za mocno. Nie widział jego twarzy, tylko czuprynę gęstych, czarnych włosów.  — Obrócić i uderzyć?
 Naruto jęknął niewyraźnie. Obrócić… przecież wtedy całkowicie przetnie mu usta i jeśli akurat się nie wykrwawi na śmierć, to na pewno zafunduje mu uśmiech Jokera na resztę życia. Raczej… no, nie miał ochoty.
 — Hm? To jak, obracać, czy jednak uznałeś już, że łażenie za mną to wyjątkowo głupi pomysł?

***

 Wieczór był dziwnie wilgotny i po prostu upalny, prawie bezwietrzny. Wystarczyło wyjść na zewnątrz z klimatyzowanego hotelu, żeby poczuć, jakby dostało się w twarz mokrym, gorącym ręcznikiem. Noc powinna przynieść trochę otuchy, ale najwyraźniej nie dzisiaj — o godzinie dwudziestej temperatura nadal wynosiła ponad trzydzieści stopni. Naruto Uzumaki zszedł kilka stopni ze schodów prowadzących do frontowego wejścia do hotelu na chodnik i stanął tam, czekając na taksówkę. Było jeszcze jasno, ale schody już były rzęsiście oświetlone, żeby turyści, zostawiający miliardy dolarów rocznie w mieście, nie mieli wątpliwości, gdzie wstąpić. Cały Dubaj zresztą był rozświetlony milionami świateł — samochodowych reflektorów, ulicznych lamp i jasnych prostokątów okien wysokich na dziesiątki pięter apartamentowców. Dubaj, kwiat pustyni — metropolia wyrosła wśród pustynnych wydm, rozrastająca się w zastraszającym tempie mimo targających kraj susz. Miejsce, gdzie przyszłość dzieje się teraz, a nowe sztuczne wyspy, nowe luksusowe hotele, nowe sięgające chmur apartamentowce wyrastają z jałowej ziemi praktycznie co chwila.
 Wystarczy jednak opuścić te bajeczne dzielnice zamieszkałe przez bogatych zachodnich biznesmenów, szejków i arabskich książąt, żeby trafić do całkiem innego świata. Naruto doskonale zdawał sobie z tego sprawę; nie przyjechał tutaj, żeby pisać artykuł opiewający bajońskie sumy, jakie trzeba zapłacić za obiad w jakiejś hotelowej restauracji, ani śmiesznie niskie ceny benzyny. Jedna strona Dubaju, ta prezentowana światu, olśniewa bogactwem — jest zupełnie nowoczesna i rozświetlona przez miliardy świateł; ta druga jest mniej oślepiająca, stanowi miasto w mieście zamieszkałe jakby przez ludzi, którzy nie powinni mieć prawa nawet podziwiać dubajskich luksusów. Zresztą, umówmy się, gdyby nie to że opłacają mu delegację, Naruto też nie byłoby stać na taki wyjazd i nie mógłby nawet marzyć o napisaniu artykułu o „dwóch” Dubajach i ludziach zamieszkujących różne dzielnice tego miasta.
 Taksówka podjechała. Naruto sprawdził jeszcze, czy ma ze sobą wszystko — portfel, aparat, zapasowe akumulatorki, telefon, dyktafon — i wsiadł do samochodu.
 — Najpierw pod ten adres — powiedział po angielsku i wyjął notatkę z adresem z portfela. — Pojedziemy po mojego tłumacza.
 Kierowca kiwnął głową. Naruto nie był pewny, czy zrozumiał, czy wystarczył mu sam nabazgrany po arabsku adres na świstku papieru. Ale nieważne, o ile trafią tam, gdzie powinni.
 Potem pojadą na przedmieścia do „dzielnicy” gastarabeiterów — Muhaisnah, ironicznie przez Hindusów zamieszkujących to miejsce nazywanej Sonapur, złotym miastem. Tam Naruto miał umówione spotkanie z Kersanem, dziewiętnastoletnim chłopakiem z Indonezji. Kersan był imigrantem z Indonezji i, jak większość imigrantów w Dubaju, pracował na wszechobecnych budowach. Sześć dni w tygodniu, w czterdziestostopniowym upale i rażącym słońcu, po czternaście godzin dziennie. Tyle dobrego, że nie tak dawno rząd przeforsował ustawę, która uniemożliwiała (przynajmniej w większości przypadków) zmuszanie pracowników do pracy w tych najgorszych godzinach między dwunastą i czwartą po południu.
 Naruto poczuł, że taksówka zaczęła hamować. Na chodniku stał mężczyzna ubrany w jasne szaty — Ali, jego tłumacz. Kiedy tylko wsiadł do taksówki, odpowiednio poinstruował kierowcę i jakieś pół godziny później już wysiadali w Muhaisnah, osiedlu położonym daleko od luksusowych hoteli i domów arabskich książąt.
 Naruto był tutaj już wcześniej, w ciągu dnia, i już wtedy dzielnica sprawiała przerażające wrażenie zatłoczonego obozu pracy. Wówczas jednak większość zamieszkujących dystrykt mężczyzn była w pracy i na miejscu kręciły się głównie kobiety i dzieci. Teraz jednak na wąskich uliczkach Sonapur obecny był prawdziwy tłum gastarbeiterów; sądząc po twarzach, pochodzili głównie z południowej Azji. Dzielnica była całkiem zapuszczona, mężczyźni snujący się po wąskich uliczkach między barakami mieli całkiem ogorzałe od słońca twarze, ubrani byli w workowate, niebieskie uniformy budowlane i sfatygowane klapki. Kiedy szli tak, Naruto i Ali, ramię w ramię z ludźmi przepływającymi uliczkami „złotego miasta”, słychać było głownie chóralne klap, klap podeszew klapek uderzających o gołe stopy robotników.
 — Czy kiedykolwiek — zapytał Naruto Alego z nagła — zdecydowali się zastrajkować?
 Ali wzruszył ramionami:
 — Oczywiście, ale to nic nie daje. Kompanie mają swoje sposoby na utrzymywanie pracowników w ryzach. Strajkować po prostu się nie opłaca; nie, jeśli chcesz dostać jakiekolwiek pieniądze.
 — Nic nie daje… — powtórzył Naruto, patrząc na barak, przed którym czekał na nich Kersan. Przed wejściem do klitki, na ulicy, stał ściek. Przy tym upale i wilgotności powietrza fetor był nieznośny i jak ciężka zasłona wisiał w powietrzu.
 — Tutaj mieszkasz? — zapytał Naruto i poczekał aż Ali przełoży pytanie na arabski; Kersan nie znał angielskiego.
 Chłopak kiwnął głową, lekko onieśmielony.
 — Ile osób mieszka tu razem z tobą?
 — W jednym pokoju?
 — Tak, w jednym pokoju.
 — Dziewięciu. Jest nas dziesięciu włącznie ze mną.
 Naruto wyjął aparat z torby; wieczór był jeszcze w miarę jasny, może uda mu się zrobić parę dobrych zdjęć baraków i ludzi, których o tej porze wcale nie brakowało. Oddalił się na kilka kroków, żeby ująć front baraku wraz z Kersanem stojącym na jego tle — obdarta ściana budynku i na jego tle szczupły, ubrany w brudny od zaprawy murarskiej, nieco za duży, niebieski uniform chłopak. Pstryk!
 — Musi być wam bardzo ciasno — powiedział Naruto, zanim weszli do środka i na własne oczy przekonał się, jak ciasno.
 Pokój był mały, pomalowany wyblakłą nieco farbą, która gdzieniegdzie od ścian poodpadała. Pełen był łóżek i niewielkich szafeczek. Łóżka były piętrowe, metalowe, poustawiane jak najciaśniej można, żeby zmieścić ich jak najwięcej na raz — jakby „projektant” tego wnętrza zafascynowany był Tetrisem. Wszędzie w ściany powijane były haczyki, a na nich wieszaki z ubraniami, sznurki na pranie i reklamówki.
 Pstryk!
 Przeszli potem z tego małego pomieszczenia do innego jeszcze budynku, gdzie mieściły się kuchnie i łaźnie. Kuchnia była brudna i ogromna, jakby podzielona na boksy, a każdy z nich miał płytę z palnikami, kawałek blatu składającego się z otłuszczonych płytek, dwie szafki na dole i splątane, biegnące górą, dołem przewody gazowe. Zapachy przygotowanych potraw mieszały się ze sobą, słychać było skwierczenie i drapanie łyżkami po dnie patelń i garnków. Plątaniny kabli zwisały tuż nad płytami gazowymi, na których ludzie przygotowywali sobie posiłki — w każdej chwili możliwe było zagrożenie wybuchem. Pstryk! Łaźnie również sprawiały wrażenie przybytku dalekiego od higieny, z przestrzeniami między płytkami wypełnionymi czarną pleśnią i popękanymi lustrami nad umywalkami. W niezbyt wielkim pomieszczeniu mieściło się dziesięć bardzo wąskich kabin.  Pstryk!
 Naruto zrobił jeszcze kilka zdjęć na uliczkach — o, tam jest fryzjer, tam jest targ, tutaj bar, czasem grają tam w gry. Smutni ludzie powłóczący noga za nogą, niektórzy nadal ubrani w robotnicze uniformy, przesuwali się uliczkami wraz z nimi aż doszli z powrotem do baraku, w którym mieszkał Kersan.
 — Nie mogę wrócić — powiedział chłopak — zatrzymali mi paszport. Powiedzieli, że nie mogę sobie po prostu przyjechać, trochę popracować, zarobić pieniądze i wrócić do siebie. Muszę popracować dłużej, inaczej będę dla firmy nieopłacalny.
 — Ile tutaj jesteś?
 — Dwa lata.
 Kersan nie zarabiał też jakoś ponadprzeciętnie dobrze — wychodziło około stu dwudziestu dolarów miesięcznie, z czego sporą część wysyłał do swojej rodziny w Indonezji.
 — Przyjechałem — powiedział Kersan — bo myślałem, że tutaj czeka mnie lepsze życie. Nie do końca. Teraz chciałbym wrócić do domu.
 Naruto zasępił się, oni wszyscy tak sądzili, wszyscy, którzy tutaj przyjechali. Że będzie świetnie, bo tutaj jest praca, bo tutaj są pieniądze… nie dla nich. W tym jednak momencie, kiedy zatrzymał dyktafon, jego uwagę zwróciła osoba, która stała oparta o nieco zniszczony fotel za załomem budynku. Czarnowłosy, wytatuowany mężczyzna o niespodziewanie bladej skórze, jak na pracownika fizycznego w takich warunkach atmosferycznych. Mężczyzna otoczony był przez grupę robotników siedzących po turecku na piaszczystej ziemi. Dwóch innych stało obok i cała ta zbieranina zdawała się tę parę obserwować.
 — Kto to jest?
 Kersan zmarszczył brwi.
 — Uchiha. Lepiej… z nim nie rozmawiać.
 — Dlaczego?
 Kersan milczał przez długą chwilę.
 — To niebezpieczny człowiek. Nawet tutaj nie mieszka, przychodzi co kilka tygodni, czasem miesięcy. Zajmuje się niezbyt legalnymi sprawami — powiedział w końcu. No, to zabrzmiało interesująco. Naruto podziękował Kersanowi, ale postanowił jednak zobaczyć, co takiego tam się działo. Może i ten Uchiha zgodzi się z nim porozmawiać? Może to jakiś nowy ciekawy wątek do prześledzenia?
 Podszedł bliżej. Dwójka stojących mężczyzn w coś grała, pozostali obserwowali ich ruchy. Pstryk! Odgłos aparatu i błysk zwróciły uwagę tego Uchihy — mężczyzna w jednej chwili odbił się od fotela i ruszył w jego stronę, krzycząc bardzo oburzonym głosem.
 — Masz usunąć to zdjęcie na jego oczach — podpowiedział mu Ali. — Nie chce być na żadnych zdjęciach.
 — Tak jakby… — Naruto włączył przeglądarkę zdjęć w aparacie oraz rzeczoną kontrowersyjną fotografię — nawet go na nim nie było.
 Pokazał wyświetlacz rozdrażnionemu mężczyźnie. Na zdjęciu widać było tylko dwóch stojących ludzi, kilku siedzących i kawałek fotela.
 — Może zostać? — zapytał Naruto, ale zanim Ali zdołał przetłumaczyć jego pytanie, Uchiha sam odpowiedział po angielsku.
 — Może. Ale żadnych więcej zdjęć.
 — A może… — zaczął Naruto.
 — Nie, żadnych zdjęć — odburknął brunet. — Ogłuchłeś?
 — Chciałem zapytać, czy nie zechciałbyś mi powiedzieć, co robicie. Jestem dziennikarzem.
 — Dziennikarzem. — W jego ustach to słowo zabrzmiało jak najgorsza obelga, jaką Naruto kiedykolwiek usłyszał. — W swoim życiu nie przepracowałeś uczciwie ani jednego dnia, co?
 Naruto mocno zacisnął szczękę, żeby się nie odgryźć, bo tym całkowicie zaprzepaści sobie szanse na rozmowę. Uchiha faktycznie wydawał się niebezpieczny i agresywny, ale tym samym… dość interesujący. Skóra prawie całkowicie blada przy tym klimacie i przy pracy, prawdopodobnie, fizycznej, tatuaże na odsłoniętych, wyglądających na mocne, ramionach i ten irytujący uśmieszek pełen wyższości na wąskich, jasnych wargach. Był zdecydowanie osobą, o której warto opowiedzieć innym.
 — Tylko gadacie i gadacie, jeździcie sobie od kraju do kraju za darmo. To nie jest praca, to zabawa — prychnął mężczyzna.
 — A ty co, niby pracowałeś uczciwie? — nie mógł powstrzymać się Naruto.
 — Pierdol się — wycedził Uchiha. Zmierzył Naruto lodowatym wzrokiem i odwróciwszy się, wrócił do fotela.
 Naruto, nic nie robiąc sobie z prawie jawnej groźby, jaką stanowiło mroźne spojrzenie bandyty, podszedł bliżej, żeby zobaczyć, co dokładnie robili inni.
 — Gramy. — Usłyszał jeszcze raz głos Uchihy, a potem pstryknięcie zapalniczki. Blada twarz Uchihy teraz otoczona była dymem. — Na pieniądze.
 Gra polegała na rzucaniu nożem w ziemię między stopy drugiego gracza rozstawione na początku zupełnie szeroko. Zależnie od miejsca lądowania noża, drugi gracz przesuwał bliższą stopę do tego miejsca, a zadaniem osoby rzucającej było postawić na ilość rzutów, dzięki której stopy drugiego gracza się zbiegną. Im mniej, tym lepiej. Im dalej tym niebezpieczeństwo wbicia noża w stopę było większe, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę klapki na stopach graczy.
 — Często gracie? — zapytał Naruto.
 — Nie. — Usłyszał krótką odpowiedź jeszcze raz z ust Uchihy. I ani słowa więcej, żadnego rozszerzenia tematu. No, to wyglądało słabo. Uchiha chyba zwyczajnie go nie polubił i nie miał zamiaru niczego ułatwiać.
 Uzumaki poczuł dotyk Alego na łokciu.
 — Bardzo przepraszam — powiedział mężczyzna — ale już powinniśmy iść.
 — Ach, tak. Już faktycznie późno — uświadomił sobie Naruto. Było po jedenastej.
 Kiedy razem szli jednak przez wąskie uliczki Sonapur, Naruto nie mógł przestać myśleć o Uchisze i co może stracić, jeśli po prostu wróci do hotelu. Reportaż i bez tego faceta będzie bardzo dobry i ciekawy, ale jakoś tak… sama myśl o tym, kim jest Uchiha, co robi, dlaczego to robi i jak się tutaj znalazł, wśród baraków zamieszkiwanych przez robotników, nie dawała mu spokoju. On tutaj naprawdę… nie pasował. Jego obecność tam, przy tych grających facetach, wydawała się jakby nie na miejscu.
 Taksówka czekała na nich przy połowicznie zasypanej piaskiem drodze; dwa snopy świateł samochodu przecinały wciąż przejrzyście granatowy mrok zalewający przedmieścia Dubaju.
 — Ja… — zawahał się Naruto, trzymając drzwi taksówki. — Zapomniałem obiektywu, chyba zostawiłem go u Kersana. Wyślij mi rachunek do hotelu; wrócę kolejną taryfą.
 Szybko bez zbędnych słów trzasnął drzwiami. Samochód odjechał w chmurze wzniesionego w powietrze piasku.
 No, dobra, może to nie była najlepsza decyzja, pomyślał Naruto już sekundę po tym, jak tylne światła zniknęły z widoku. Nie znał ani arabskiego, ani miasta. Do tego jeśli wysiądzie mu telefon, nie będzie w stanie zrobić praktycznie nic.
  Szybkim krokiem wrócił do serca Sonapur. Minęła tylko chwila, od kiedy szedł tędy w drugą stronę, więc mimo że wszystkie uliczki i baraki wyglądały i śmierdziały podobnie, nie miał większych problemów z powrotem tam, gdzie mieszkał Kersan i spodziewał się zastać Uchihę. Miejsce odnalazł bez większych problemów — fotel, nadal kilku mężczyzn bawiących się z użyciem noża, ten sam barak, w którym mieszkał Kersan… ani śladu Uchihy.
 Niedobrze, pomyślał. Stanął oparty o chropowatą ścianę baraku, obserwując garstkę grających mężczyzn i jakby czekając, aż Uchiha wróci na miejsce, oprze się o fotel, a Naruto znowu go zapyta, czy mogą porozmawiać. Może to chwila, może zaraz wróci i porozmawiają, a z tej rozmowy wyniknie najbardziej fascynujący reportaż w dziejach dziennikarstwa…
 Z drugiej strony, może bez sensu tak tutaj po prostu stać. Może odszedł tylko na kilka metrów i wystarczy przejść ten kawałek i znajdzie go bez problemu.
 Naruto odbił się od ściany i ruszył wąziutką uliczką ze ściekiem sączącym się płytko wyżłobionym rowkiem przy ścianach budynków. Minął fotel i grupkę najwytrwalszych hazardzistów, potem niewielki jasny murek odgradzający kawałek jakiejś parodii ogrodu i wszedł w pierwszy zakręt, jaki napotkał. Tutaj było trochę ciemniej — od tej strony praktycznie nie było okien, nie wspominając, rzecz jasna, o jakichkolwiek latarniach.
 Prawie jak jakiś labirynt, pomyślał Naruto. Z bardzo wąskimi, bardzo ciemnymi przejściami.
 W chwili, gdy już wyciągał dłonie na boki, żeby zmierzyć, jak bardzo wąskie jest to przejście, poczuł mocne szarpnięcie. Świat nagle obrócił się wokół niego, a grunt usunął spod stóp. Głową uderzył o ścianę baraku; tępy ból oślepił go na moment, a chwilę później poczuł, że ma w ustach coś twardego i zimnego. Metal. Nóż zatrzymał się w poprzek, tępą stroną naciskając na kąciki ust i język — to sprawiało, że miał ochotę zwymiotować. Metal szczękał o zęby, kiedy bezskutecznie starał się go wypchnąć.
 — Powinienem go obrócić? — Usłyszał pytanie tuż przy swoim uchu; oprawca trzymał nóż mocno, za mocno. Nie widział jego twarzy, tylko czuprynę gęstych, czarnych włosów. — Obrócić i uderzyć?
 Naruto jęknął niewyraźnie. Obrócić… przecież wtedy całkowicie przetnie mu usta i jeśli akurat się nie wykrwawi na śmierć, to na pewno zafunduje mu uśmiech Jokera na resztę życia. Raczej… no, nie miał ochoty.
 — Hm? To jak, obracać, czy jednak uznałeś już, że łażenie za mną to wyjątkowo głupi pomysł? — Teraz bandzior odsunął się nieco i oczy Naruto napotkały  twarde, czarne spojrzenie Uchihy. Gdyby cała ta sytuacja go wystarczająco nie zmroziła, to spojrzenie na pewno przesłałoby mu nieprzyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Naruto zamrugał gwałtownie; nie mógł nic innego zrobić w tej chwili, jeśli nie chciał ryzykować żadnych trwałych uszkodzeń.
 Metal, po niemożliwie długiej chwili, w końcu szczęknął o zęby i opuścił usta Naruto. Uzumaki otarł mokrą od śliny brodę.
 — Dlaczego to zrobiłeś? — zapytał.
 — Chcę zapytać o to samo. — Usłyszał. Uchiha odsunął się i oparł jedną ręką o ścianę baraku. — Dlaczego tutaj węszysz? Dlaczego za mną łazisz?
 — Nie łaż… — zaczął, ale nie dokończył. Faktycznie za nim poszedł. — Ja… zaintrygowałeś mnie. Po prostu.
 — Wolałbym, żebyś przestał, bo możesz nie skończyć dobrze. Po prostu. Pamiętaj, że to ja mam nóż.
 — Trudno zapomnieć — stwierdził, dotykając popękanych ust. — Zrobiłbyś to?
 — A czy już nie poinformowali cię, że jestem bandytą? — parsknął Uchiha. — Zrobiłbym. Nie takie rzeczy robiłem. — Zamilkł na chwilę, a później zapytał: — To mówiłeś, że jesteś dziennikarzem? Dla jakiej gazety pracujesz?
 O, czyżby zmienił zdanie?
 — Guardian.
 — Guardian — powtórzył. — W porządku.
 Kolejnym, co Naruto poczuł, był oślepiający ból z tyłu głowy i żelazisty smak krwi w ustach. Potem zrobiło się ciemno.

***

 Naruto obudziło gorąco i mdłości. Miał wrażenie, jakby po solidnie zakrapianej imprezie położył się spać w piecu i zrozumiał swój błąd dopiero po paru godzinach — było mu za ciepło, coś świeciło mu w oczy, strasznie bolała go głowa i do tego miał ochotę zwymiotować. A na domiar złego podłoga trzęsła się pod nim. Czyżby nadal był pijany?
 Z drugiej strony… Nie pamiętał żadnej imprezy. I nie że nie pamiętał jej urywków, czy tam momentu powrotu do domu, czy jakichś fragmentów ze środka — nie pamiętał nic w ogóle. Nawet był w stanie przysiąc, że na żadnej imprezie wczoraj nie był.
 Naruto przesunął się po najwyraźniej galaretowatej podłodze w bardziej cień, żeby umknąć od gorąca rozlewającego się na jego twarzy. I dopiero wtedy olśniło go, że ta galaretowata podłoga nawet odrobinę nie przypomina jego hotelowej. Otworzenie oczu tylko to potwierdziło — nie kojarzył, żeby w jego pokoju znajdowała się jakakolwiek metalowa, wielka szafa, do której mógłby wpełznąć i się zamknąć. A jednak jakoś znalazł się w wielkiej metalowej szafie.
 Uzumaki usiadł. Niemal natychmiast z tyłu czaszki odezwał się ból głowy. Kiedy wyciągnął dłoń, zamiast włosów, pod palcami poczuł kawałek materiału — bandaż? Oparł się o ścianę i powoli wstał; miał problemy z utrzymaniem równowagi. Kurczowo przyciskając dłonie do ściany, przeszedł pół metra pod niewielkie, prostokątne okienko w ścianie — to które obudziło go wpadającą przez nie plamą słońca. Wspiął się na palce i… to, co zobaczył było dość zaskakujące — woda, fale, kilka ogromnych kontenerów. Znajdował się na statku? No nieźle, tylko co teraz. Przecież stąd nie wyskoczy, nie da rady przemknąć przez to wąskie okienko. No i kto wie, jak daleko od lądu właśnie się znajduje. Obrócił się i ogarnął wzrokiem całe pomieszczenie.
 Nie było tutaj dużo do ogarniania — było stosunkowo niewielkie, takie że kiedy leżał bez problemu zmieścił się na długość, ale na szerokość już miałby problem. Było dość wąskie, całe metalowe z fragmentami urozmaiconymi przez rdzę i fantazyjnie poumieszczane nity. Największe skupisko nitów i warstwa metalu znajdowało się naprzeciwko okna. Miało też kolejny dekoracyjny detal — klamkę. Naruto przesunął się wzdłuż ścian i nacisnął klamkę, a potem zaparł się i pociągnął. Oczywiście, jak można było się domyślić — drzwi nie ustąpiły. Był zamknięty w jakimś malutkim pomieszczeniu na statku. Nie tylko nie miał przy sobie żadnych dokumentów, nie wspominając o aparacie i telefonie, ale nie było tutaj nawet szklanki z wodą. A z każdą chwilą robiło się coraz bardziej gorąco.
 — Haaalo! — krzyknął, uderzając pięściami o metalowe drzwi. Strasznie hałasowały; jeżeli ktoś znajdował się gdzieś blisko, nie ma mowy, że nie usłyszy. — Wypuśćcie mnie, haaaalo!
 Ten… Uchiha. To na pewno on go tak załatwił, przypomniał sobie Naruto. Jednak pójście za nim było najgłupszym pomysłem, na jaki wpadł. I nie wiedział w tym momencie, czy będzie miał okazję popełnić jeszcze jakiś głupszy błąd, czy ostatecznie po prostu ugotuje się żywcem w tej metalowej klitce. Rozpaczliwie jeszcze raz chwycił za klamkę i zaparłszy się, pociągnął za nią — ale zamek nie puścił. No świetnie.
 Naruto przesunął się i oparł o ścianę obok drzwi. Może ktoś go usłyszał i zaraz przyjdzie. Napiłby się wody, bo od tych kilku minut krzyku, praktycznie zdarł sobie gardło. Nie wiedział, ile dokładnie czasu spędził na gapieniu się na rdzę na ścianach pomieszczenia, ale w końcu usłyszał dudniące kroki dochodzące zza drzwi i zgrzyt klucza w zamku. Uzumaki niewiele myśląc, gdy drzwi tylko otworzyły się na rozsądną szerokość, a osobnik otwierający je postawił stopy w pokoju, rzucił się na niego. Połowicznie był to sukces — mężczyzna został powalony na ziemię, w międzyczasie uderzywszy głową o ścianę, ale chwilę później to Naruto leżał pod nim na podłodze z szyją w silnym uścisku… Uchihy.
 — Ty mały pojebie — wycharczał brunet. — Jeszcze jeden taki numer i jesteś trupem. Czaisz?
 Naruto zamknął oczy i powoli, na tyle był w stanie, skinął głową. Uchiha cofnął dłonie i odskoczył od Uzumakiego, a ten rozkaszlał się na dobre. Przez łzy zmierzył Uchihę wzrokiem. Przedtem nie miał czasu tak naprawdę dokładnie mu się przyjrzeć — ubrany był w czarną koszulkę bez rękawów i jasne spodenki z kieszeniami. Bladą skórę ramion i części barku przecinał czarny tatuaż. Twarz przysłaniały dłuższe pasma grzywki.
 — Gdzie jestem? — zapytał Naruto.
 — Chwilowo jesteśmy gdzieś między Zatoką Adeńską a Oceanem Indyjskim, trudno powiedzieć mi z całą pewnością.
 — Na statku?
 — Nie, w twoim pięciogwiazdkowym hotelu — parsknął Uchiha. — Trochę przepłaciłeś, bo warunki nie zachwycają.
 — Super, dzięki. Później złożę reklamację — mruknął Naruto. — Czemu tutaj w ogóle jestem?
 — Uznałem, że ci się spodoba. Chciałeś napisać sobie artykuł, więc masz najlepszą możliwą okazję, a my przy okazji, cóż, spróbujemy wyciągnąć z tego trochę pieniędzy. Guardian już dostał info, że ich dziennikarz zaginął; teraz czekamy na jakieś ich kroki. — Uchiha rzucił w stronę Uzumakiego torbę z aparatem. — Przejrzałem zdjęcia, część może zostać. Tutaj też możesz porobić, ale jeśli znajdę się na jakimkolwiek… pożałujesz. W środku jest też portfel, pieniądze sobie wziąłem, dokumenty chwilowo przełożyłem w bezpieczniejsze miejsce.
 — A dyktafon? Telefon?
 — Zobacz w środku. — Uchiha wzruszył ramionami.
 — Dyktafon jest — stwierdził Naruto.
 — Ciesz się, że chociaż to.
 — Czemu to robisz?
 — Co?
 — Nie wiem, porywasz ludzi, atakujesz ich w zaułkach, trzymasz w metalowych, potwornie rozgrzanych trumnach.
 — Ojej, skąd wiesz? — sarknął Uchiha. Naruto zrobił niewyraźną minę. — Taka praca, po prostu — odpowiedział w końcu. — Nie masz ochoty stąd wyjść? Pod warunkiem, że obiecasz, że nie będziesz skakał za burtę i starał się uciekać. Tutaj nie masz za bardzo dokąd zresztą. Nie wspominając, że nie masz ani pieniędzy, ani dokumentów, ani telefonu.
 — Widzę, że doskonale sobie to obmyśliłeś.
 — Tja, lata praktyki. Zejdziemy do mesy, zostawiłem ci trochę żarcia.
 Naruto nadal dość powoli ruszył w ślad za Uchihą korytarzem równie przerdzewiałym co pokój. Zanim doszli do mesy, musieli przejść kilka takich korytarzy i zejść kilkoma wyślizganymi drabinkami w dół. Najwyraźniej Uchiha zamknął go na najwyższym możliwym piętrze; nic dziwnego, że było tam tak gorąco. Do momentu wejścia do kantyny, nie spotkali żywej duszy. Wystarczyło jednak szarpnąć za kolejne przeżarte rdzą drzwi, a w uszy Naruto uderzył gwar ludzkich głosów. Przy kilku stolikach siedziało około dziesięciu mężczyzn, głównie Murzynów — wszyscy ubrani podobnie jak Uchiha, w krótkie spodenki i koszulki. Byli też podobnie wytatuowani.
 — Siadaj — rozkazał Uchiha. — Przyniosę ci coś.
 Naruto zrobił, co mu kazano. Czuł na sobie zainteresowane spojrzenia reszty… hm, załogi statku. O nogi coś mu się otarło.
 — Kot? — zapytał, zerknąwszy pod stolik. — Jeszcze go nie zjedliście? Też został porwany?
 — Łapie szczury. Dobrowolnie — wyjaśnił Uchiha, rzucając miskę z jakąś breją na blat i stawiając kubek z wodą. — Jeszcze letnie, powinno smakować w miarę znośnie. I nie, akurat nie jest ze szczurów.
 Naruto z powątpieniem spojrzał na brązową substancję wypełniającą miskę. Miała w sobie jakieś kawałki, również brązowawe. I chyba widział w środku ryż. Szczurzych ogonków faktycznie brak.
 Uchiha uniósł kota z podłogi i położył na swoich kolanach. Kociak mruczał, kiedy mężczyzna drapał go za uszami.
 — Jak ma na imię? — zapytał Naruto między jedną łyżką gulaszu a drugą.
 — Hmmm, nie wiem. Kot — odparł Uchiha po chwili. — Nie ma imienia, po co mu imię.
 — Żeby go można było zawołać?
 — „Kici, kici” daje radę.
 — A ty jak masz na imię?
 — Po co ci ta informacja? — Skrzywił się.
 — Żebym nie musiał używać w artykule twojego nazwiska, bo pewnie za to byś mnie zabił.
 — Faktycznie. Sasuke — podał po chwili.
 — Dzięki.

***

 Statek był piracki. Naruto przekonał się kilka chwil później, kiedy przeszli się z Sasuke po pokładzie. Wielkie kontenery miały zawierać dostawę broni przemycaną z Bliskiego Wschodu do Somalii. Było jeszcze kilka innych kontenerów, a pod podkładem kilka mniejszych pudeł z kontrabandą i klatek z żywymi wężami, które docelowo miały trafić na Zachód.
 — Można powiedzieć, że jesteśmy przemytnikami — powiedział Sasuke, zwijając papierosa. Chwilę potem go zapalił, osłaniając płomień przed wiatrem. — Poza przemytem zdarza się nam atakować statki handlowe, dlatego można równie dobrze powiedzieć, że jesteśmy piratami.
 — Jak tutaj trafiłeś?
 — Przypadkiem.
 — Opowiesz mi?
 — Nie — uciął Sasuke. — Muszę sprawdzić, co na twoje porwanie ten cały Guardian.
 Naruto oparł się o metalową barierkę przy burcie statku i spojrzał w bezkres morza. Na horyzoncie nie było ani śladu lądu; faktycznie bezsensownie byłoby stąd uciekać. Nie był tylko pewny, jak bezpieczną decyzją jest pozostanie na pokładzie i czekanie na rozwój wypadków. Odetchnął i przeszedł w cień jednego z wielu kontenerów ustawionych na głównym pokładzie. Silniki wyły głośno, nieustannie popychając statek do przodu. Sasuke mówił, że jutro mogą już dobić do Somalii, do prawdziwego wolnorynkowego raju i jednocześnie absolutnego piekła dla ludzi. Somalia była państwem całkiem upadłym — Naruto o tym wiedział, ale nigdy nie miał okazji przekonać się o tym na własne oczy. Aż do… prawdopodobnie jutra.
 Naruto wyjął aparat i zrobił kilka fotografii. Metal oślepiał w pełnym słońcu, a gorące powierzchnie sprawiały, że miał ochotę się roztopić i spłynąć do chłodniejszych oceanicznych toni. Kiedy wspinał się na kolejne piętro wyższych pokładów statku, natrafił na Sasuke. Znowu miał papierosa w ustach, drugą dłoń wplataną we włosy, a dym kłębił się w słońcu pod sufitem. Musiał stać tutaj od kilku minut i nie mógł być to jego pierwszy papieros, o czym świadczyła gęstość dymu i kilka petów leżących u jego stóp. Wyglądał na jeszcze bardziej zdenerwowanego, niż… no, wyglądał na identycznie zdenerwowanego jak przy ich pierwszym spotkaniu, a może odrobinę bardziej. Naruto nie był pewny, czy można zdenerwować się o wiele bardziej.
 — Co się stało? — zapytał, zapobiegawczo zasłaniając obiektyw dłonią. Zrobienie zdjęcia tak kusiło. Pod tym kątem prawie ciemna, muskularna, a jednak szczupła sylwetka Sasuke na tle dymu i wpadającego przez okno słońca. To był obraz pełen siły i jakiegoś… zrezygnowania.
 — Nic. Właśnie, kurwa, nic — wycedził. — Kapitanowi się nie podoba, że w ogóle cię zabrałem. Guardian cię kompletnie olał. Zero kontaktu, zero odzewu w mediach. Mają cię po prostu w dupie.
 Naruto nie wiedział, co odpowiedzieć.
 — Możesz mi zrobić zdjęcie. — Usłyszał. — Wyjątkowo możesz.
 — Na pewno?
 Nie powiedział już nic. Naruto włączył aparat, ustawił go i zrobił kilka zdjęć— tych zdjęć, które sam tak bardzo chciał zrobić. Powoli, tak jakby robił zdjęcia nie człowiekowi, który sam o nie poprosił, ale bardzo niebezpiecznemu, łatwemu do spłoszenia zwierzęciu.
 — Jutro będziemy w Somalii — powiedział Sasuke, wydmuchując dym przez nozdrza. — Jeżeli do tej pory Guardian się nie odezwie, kapitan właśnie tam cię wywali. Możesz przehandlować aparat; myślę, że za to dostaniesz wystarczająco dużo pieniędzy, żeby trafić do Egiptu, stamtąd już prosto pojedziesz, dokądkolwiek chcesz. Jeżeli chciałbyś go sobie zostawić… możesz nie przeżyć.
 — Dzięki — odpowiedział i oparł się o ścianę naprzeciwko. Sasuke nadal miał jedną z dłoni wplątaną we włosy, a w drugiej trzymał papierosa. — Jesteś Japończykiem?
 — Tak — odpowiedział po chwili. — Pewnie widać, że średnio pasowałem do tego całego tałatajstwa w Sonapur.
 — Właśnie dlatego mnie… zaintrygowałeś. Wyróżniałeś się.
 — Intrygują cię okropni ludzie. Często pakujesz się w takie sytuacje?
 — To pierwsza. Nie licząc jednej imprezy, a właściwie momentu, w którym z niej wracałem.
 — Było gorzej niż tutaj?
 — Tam było mniej gorąco — zaśmiał się Naruto. — I byłem pijany.
 — Alkohol to nie problem — stwierdził Sasuke. — W ładowni mamy tego pełno. Myślisz, że ci wszyscy dziani Arabowie z Dubaju nie piją alkoholu, tak jak Mahomet przykazał? Łoją równo, jebani hipokryci.
 — Jak tam w ogóle trafiłeś?
 — Hm. — Sasuke zaciągnął się jeszcze raz, zatrzymał dym w płucach i wypuścił go po dłuższej chwili. — Nie mówiłem już? Przypadkiem.
 — Myślałem, że może powiesz mi coś więcej.
 — Nie.
 — Gdzie będę spał? — zapytał Naruto nagle. — W tej samej metalowej szafie?
 — Jeżeli ci pasowała… Dwa piętra niżej są pomieszczenia dla załogi; jeżeli znajdziesz wolne łóżko, możesz się tam kimnąć. Ale nie zostawiałbym aparatu na widoku, tak jakby co.
 — A jeżeli nie?
 — To wracasz do szafy. Nie mam żadnych alternatyw. Nie za tyle, ile miałeś w portfelu. I tak masz zbyt luksusowe warunki, jak na kogoś porwanego.
 Sasuke rzucił peta na podłogę obok reszty, po czym nieuważnie go zdeptał i zszedł po drabinie na niższe piętra.
 Naruto nie miał przy sobie zegarka, nie mógł więc stwierdzić, która naprawdę była godzina. Może w Londynie jeszcze nikogo nie było w pracy, kiedy piraci wysłali im informację, że został porwany? A może zrobili to w taki sposób, że uznali to za jakiś głupi żart, a nie za prawdziwe zagrożenie życia człowieka. Gdyby tylko go zapytali o zdanie, podpowiedziałby im, że mogli kazać mu zadzwonić do redaktora naczelnego i błagać o pieniądze.
 Jeżeli wywalą go w Somalii… naprawdę może nie być dobrze. Tam ciągle trwała wojna domowa. Zgiń albo zabij. Sprzedaj, co możesz sprzedać; kup, co dasz radę kupić i uważaj na fałszywe banknoty, których na rynku jest tyle, że możesz w nich praktycznie pływać, wyławiając pojedyncze prawdziwe banknoty. No i oczywiście narkotyki, terroryści, piraci i rebelianci. Wszystko na raz.
 W co on się, do jasnej cholery, wpakował.

***

 Resztę dnia Naruto przechadzał się po statku. Na głównym pokładzie, między kontenerami, nietrudno było znaleźć zwoje stalowych linek i okryte brezentem motorówki, niechybnie używane do szybkich ataków na inne statki opływające Róg Afryki. Nie zszedł do ładowni, ale patrząc na ciemnoskórych piratów uzbrojonych w karabiny maszynowe, był praktycznie pewny, co może tam znaleźć. Inni piraci nie reagowali aż tak gwałtownie jak Sasuke na aparat i zdjęcia — nie protestowali, nie rzucali się mu do gardła, ani nie próbowali wykonać na nim szybkiej egzekucji. Bez problemu dokumentował uzbrojonych mężczyzn przechadzających się po pokładzie, pociągających za jakieś liny, czy ustawiających towar. Niestety na trzy próby nawiązania kontaktu, wszystkie okazały się być niewypałem — piraci mówili tylko po arabsku. Jedyną osobą, z którą był w stanie w ogóle porozmawiać był więc Sasuke. Ten sam Sasuke zdawał się być też dość mocno po jego stronie — jak na pirackie standardy, oczywiście — i wydawał się jednocześnie mieć sporo władzy.
 Oczywiście, nikt z Londynu się nie odezwał. Kapitana Naruto nie zobaczył, ale wystarczył rzut oka w mesie na minę Sasuke, żeby przekonać się, że sytuacja ta nie była najbardziej pożądaną. Normalnie, zresztą, pewnie by go zabili — na co im taki bezużyteczny koleś na pokładzie, ale czemuś tego nie zrobili.
 Gwar wokół był nieco przyciszony, atmosfera dość napięta i nieprzyjemna. Naruto skończył swoją porcję kolacji, wydaną mu przez Sasuke. Nieuważnie pogłaskał kręcącego się przy jego nogach kota i wstał. Czuł, że powinien jak najszybciej stąd zniknąć.
 Już miał pchnąć drzwi oddzielające kantynę od korytarza, kiedy poczuł mocny uścisk na przedramieniu.
 — Przyniosę ci dokumenty — powiedział Sasuke. — Tam, gdzie widzieliśmy się wcześniej.
 Zabrzmiało to na tyle poważnie, że Naruto tylko kiwnął głową i wyszedł.
 Słońce już prawie całkiem zaszło, kiedy wyszedł znowu na pokład. Powietrze było też widocznie chłodniejsze, chociaż rozgrzany metal kontenerów i elementów nadal nie obniżył swojej temperatury. Wspiął się na jeden z tych wyższych pokładów — każdy z nich wyglądał prawie identycznie, pomijając pety na podłodze tego jednego — i oparłszy się o ścianę, zaczekał. Przez okienko widział, jak niebo zmienia kolor z pomarańczu, przez szarawy błękit aż po głęboki granat. Dookoła nie było prawie żadnych sztucznych świateł, doskonale więc było widać gwiazdy.
  Pac!
 Dokumenty zostały rzucone na podłogę.
 — Trzymaj. — Usłyszał, a potem Sasuke wspiął się po drabinie i stanął obok niego. — Chyba będziemy mieli wieczorem… małą akcję. Ciężko mi powiedzieć, jak to się skończy, dlatego wolałem dać ci papiery już teraz.
 — A jak może się skończyć?
 — Różnie. Mamy sporo broni, ale trochę za mało ludzi. Nigdy do końca nie wiesz, jak to się skończy — dodał po chwili, uśmiechając się jednym kącikiem ust.
 — Będziecie atakować tym statkiem?
 — Co ty, jesteśmy stosunkowo niedaleko wybrzeża i naszej bazy wypadowej. Dwie mniejsze łodzie już stamtąd wyruszyły, do tego wystarczy nam zwodować jakąś motorówkę do odwrócenia uwagi. Robią wystarczająco dużo hałasu. Całość nie powinna zająć dłużej niż godzinę.
 — Czy to bardzo niebezpieczne? — zapytał Naruto.
 — Stosunkowo. Nie bardziej niż samotna przechadzka nocą w Sonapur w pogoni za piratem, ale wystarczająco blisko tego.
 — Haha — Naruto zaśmiał się krótko. — Powiesz mi teraz, jak trafiłeś do Dubaju?
 — Biorąc po uwagę, że możemy się widzieć zupełnie po raz ostatni… dobrze. — Sasuke sięgnął do kieszeni po tytoń i szybko zwinął skręta. — To krótka i nudna historia, nie wiem, czy nie lepiej wypadałem jako tajemniczy bandyta, o którym nic nie wiedziałeś.
 — Spróbuj.
 — Trafiłem tutaj przez długi. Spiralę długów, których moja rzekomo bogata, szlachecka rodzina spłacić nie mogła. A ja szukałem dobrej i szybkiej alternatywy zdobycia dużej ilości pieniędzy.
 — I dlatego Dubaj?
 — Tak. Miasto możliwości, niezwykle szybko się rozwijające, ale… Wiesz, jak tam wygląda typowy dzień pracy dla osób bez żadnych pleców, nie? Dwanaście godzin, pełne słońce, praca fizyczna. Byłeś w Sonapur, wiesz, co jest dalej. Nie zbiłem na tym fortuny i nigdy w życiu bym nie zbił. Wkręciłem się najpierw nielegalny biznes, to co tutaj, alkohol, narkotyki, drobne sprawy. Potem poznałem kapitana, zaangażowałem się w przemyt grubszych towarów, a w końcu trafiłem na statek. Dostałem własny karabin, swoje obowiązki i stałą działkę.
 — Planujesz długo tak żyć?
 — Mam jakąś lepszą alternatywę? — zaśmiał się. — Tutaj szybko się starzejesz. Albo jakoś sam zadbasz o swoją emeryturę, albo zadba o nią wojsko i spędzisz ją, siedząc w więzieniu.
 Coś zaskrzypiało przeraźliwie od strony głównego pokładu.
 — Wodują motorówkę — wyjaśnił Uchiha, rzucając peta na podłogę obok sterty innych. — Sprzęt jest trochę przerdzewiały, dlatego tak skrzypi. Idę — odwrócił się i zniknął bez słowa pożegnania.
 Naruto wyłączył dyktafon i usiadł pod ścianą. To naprawdę mógł być ostatni raz, kiedy widział Sasuke.
 Teraz na statku było już prawie chłodno i od długiego siedzenia bez ruchu Naruto całkiem zdrętwiał. Z pokładu nie dochodził żaden dźwięk — nie tylko skrzypienie żurawia podciągającego motorówkę z powrotem na statek, ale jakikolwiek inny odgłos. A potem — nadal była granatowa, bardzo ciemna noc — usłyszał bezustanny terkot karabinów maszynowych i kawałek nieba widoczny przez okno rozjaśnił wybuch. Kolejny wybuch miał obudzić Naruto jeszcze kilka godzin później, kiedy statek w końcu dobił do wybrzeża Somalii.
 Po Sasuke nie było wtedy nawet śladu — tak samo po motorówce, znacznej części dostawy broni oraz narkotyków i sfałszowanych pieniędzy.

8 komentarzy:

  1. Hura! Żyjesz! Jak dobrze Cię słyszeć :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wrocilas :D mam nadzieje ze wena cie nie oposcila i niedlugo bedzie nowy rozdzial "Hypnosited" :3 tak sie w to wciagnelam i nie moge sie doczekac co bedzie dalej :c mam tylko nadzieje ze bedzie to happy end ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostatnio trafiłam na Twojego bloga i jakże niezmierna była moja radość, gdy zobaczyłam, że ostatnia notka pojawiła się stosunkowo nie dawno! Przeczytałam wszystkie opowiadania KakaNaru i mam nadzieję, że jeszcze jakieś się pojawi! Tym bardziej, że jest to jeden z niewielu blogów, na jakie trafiłam, który jest poprawny językowo i naprawdę miło się go czyta :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej jak tam twoja wena? :) tesknie za twoimi tekstami.... w szczegolnosci za kakanaru....

    OdpowiedzUsuń
  5. Cześć :D kiedy znów coś dodasz? :(

    OdpowiedzUsuń
  6. Przepraszam najmocniej, ja czekam od długiego czasu na Twoją aktywność.. Nie zostawiaj nas, proszę :<

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam,
    cóż jeszcze nie przeczytałam tego tekstu (brak kiedy, jeszcze borykałam się z odzyskaniem adresów blogów na które wchodzę)
    ale mam pytanie autorko, to już rok, pamiętasz o nim...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń