Uwaga!

Fanfiction yaoi, czyli traktujące o związkach męsko-męskich. Blog zawiera również treści erotyczne.
Nie lubisz, nie czytaj - ja do niczego nie zmuszam.
Możesz skomentować dowolną notkę, każdy komentarz zostanie przeczytany! :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NejiSasu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NejiSasu. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 czerwca 2012

"Technicolor" Rozdział 2 (SasuNaruNeji)

Dobrrra, rozdział kolejny, trochę specyficzny i trochę inaczej przedstawiony, niż rozdział poprzedni, ale co tam. Tutaj uwaga - cała chmara wulgaryzmów i odniesień seksualnych. Ta część może również sprawiać wrażenie „wstępnej”, dlatego starałam się, żeby była w miarę krótka. Kolejne to już bardziej akcja i więcej konkretnych zdarzeń.
Rozdział drugi
Żyły mam otwarte i powoli do mnie dociera:
Jestem tak blisko piekła.

(Meine Venen liegen offen, langsam wird mir klar:
Die Hölle ist so nah.)
Mleko się rozlało. Krew z rozciętej dłoni spływała po butelce aż do bieli napoju, zostawiając za sobą początkowo ledwo tylko widzialny ślad czerwieni na szkle. Dobrą chwilę zajęło Nejiemu uświadomienie sobie, że naprawdę sekundę temu coś trzasnęło szklanym brzękiem i jego palce pokaleczyły się o ostre krawędzie.
Co jest z tobą, kretynie?!
Pół-stłuczoną butelkę wrzucił do zlewu, gdzie czerwieniejące mleko całkiem się rozlało. Neji wsadził dłoń pod kran i starał się obmyć ją w zimnej wodzie.
            — Butelka na mleko się stłukła — powiedział Neji sam do siebie. Znów sam do siebie. Cholera.
            Mleko, krew w mleku, krew w zlewie, krew na palcach… obrzydliwe. Chwycił za krawędź zlewu i zacisnął na niej mokre i zimne palce, wyciskając z ran więcej krwi. Spłynęła ona czym prędzej po stalowych ściankach i zmieszała się w komorze z pozostałym mlekiem, z lejącą się strumieniem mocnym jak wodospad zimną wodą. Przezroczystą, jasną, jak dawniejsze poranki.
            Ten, który bladł za okienną szybą, był mgliście biały. Jak to mleko.
Obrzydliwy, zauważył Neji nie do końca przytomnie. Obrzydliwy.


W klubie było ciemno, głośno i śmierdziało papierosami. Arabeski dymu wiły się pod sufitem, prześwietlone światłem umieszczonych na ścianach niebieskich neonów oraz reflektorów, które czasem oświetlały stoliki, zbłądziwszy z parkietu tanecznego. Białe, gęste smużki zdawały się tańczyć jakiś psychodeliczny taniec w tym drgającym, kolorowym świetle.
Neji nie lubił klubów.
Alkoholu także nie lubił, ale mimo to zamówił małe jasne piwo. Chyba po to tylko, żeby ten klubowy klimat siedzenia z przyjaciółmi jakoś się urzeczywistnił. Kufel stał teraz przed nim prawie nieruszony.
Siedząc przy tym stoliku, właściwie czuł się bardziej, jakby przeszkadzał Rockowi z Sakurą oraz Tenten i jej nowemu chłopakowi, którego imię jakoś od razu wyleciało mu z głowy, a nie jakby przyszedł tu, żeby się dobrze bawić. Prawdę mówiąc, o to „wylatywanie” z głowy wcale nie było tak trudno, jak weźmie się pod uwagę, że muzyka z głośników poumieszczanych na suficie grała stanowczo zbyt głośno, torturując bębenki w uszach. Co za koszmarne miejsce. Co go podkusiło, żeby jednak w końcu tutaj przyjść? Czy już naprawdę tak ciężko zostać w domu i siedzieć na tyłku w wolny wieczór?
Podwinął rękaw szarej koszuli i zerknął na zegarek. Jeszcze chwilę, niech będzie, że posiedzi tutaj jeszcze chwilę. Pogada na jakiś niezobowiązujący temat, o filmach powiedzmy, potem uda, że poszedł potańczyć, bo Lee nie da mu spokoju, jeśli Neji chociaż raz się dobrowolnie nie wybierze na parkiet, później może…
            Sakura nachyliła się w jego stronę i coś powiedziała, przerywając Nejiemu rozmyślania. Potem poprawiła różową grzywkę i patrzyła na niego, jakby oczekiwała odpowiedzi — nadal pochylona nad stolikiem mokrym od kufli z zimnym piwem.
Neji zmarszczył brwi.
            — Co? — prawie krzyknął, ktoś naprawdę za mocno podkręcił głośniki.
            — Pytałam — zaczęła tak samo głośno jak on przed chwilą — czemu jesteś taki smutny!
            — Nie jestem. — Neji wzruszył ramionami i przesunął wzrokiem po ścianach migotliwych od reflektorów. — Musi ci się wydawać przez to światło, jest okropne.
            — To może zatańczysz, hm? No chodź, cały czas tylko siedzisz i sobie coś poburkujesz od czasu do czasu, a to na pewno nie zależy od światła. Nie jestem idiotką.
            — Wiem, że nie jesteś idiotką, ale nie tańczę, przepraszam — odparł stanowczo Neji. — Za to obok ciebie siedzi ktoś, kto chętnie cię porwie na parkiet.
Sakura zrobiła dziwną minę, lecz kiedy Neji wygiął wargi w imitacji uśmiechu, która w tym zadymionym pomieszczeniu mogła wyglądać całkiem wiarygodnie, powiedziała tylko „okej” i już więcej nie zawracała mu głowy. Odwróciła się do rozanielonego Lee, powiedziała mu coś na ucho i po chwili razem odeszli na parkiet „pogibać się trochę”, jak to  ujął przeszczęśliwy chłopak.
Neji gapił się więc na bar, na neonowe napisy i proste świetliste obrazy powieszone na ścianach, na ludzi tańczących na parkiecie, na Sakurę i Lee wyczyniających tam naprawdę wariackie piruety i dym wznoszący się pod sufit. Kilkakrotnie ktoś uderzył go w plecy, raz pociągnął za włosy, a nawet klepnął po ramieniu, ale zmusił siebie do zignorowania tego. Musi być przez to, że jego krzesło jest ustawione przy przejściu, to nic szczególnego.
Spojrzał na zegarek, było pół do dziesiątej. Czas się zbierać, nie ma co tutaj dłużej przesiadywać. Hyuuga nie nadaje się do spotkań towarzyskich, właśnie to sobie udowodnił po raz kolejny.
            Wstał, chwytając pytające spojrzenie Tenten, która od pewnego czasu wtulała się w szyję swojego chłopaka i ani myślała się od niej oderwać na dłużej niż kilkanaście sekund.
            — Toaleta — wyjaśnił i odszedł od stolika.
            Ubikacja była najzwyklejsza w świecie, wyłożona niebieskawymi, gdzieniegdzie spękanymi płytkami, z długą wstęgą szarego, zmoczonego papieru toaletowego leżącą nieelegancko na środku pomieszczenia. Było tu trochę ciszej niż na sali, na której do tej pory siedział i chyba pusto, co było dziwne, bo spodziewał się raczej jakiegoś małego tłumu ludzi, w jednej części migdalącego się, a w drugiej szprycującego. Za dużo filmów obejrzałem, uznał.
Ale w tej toalecie również śmierdziało tak jak przy ich stoliku, tylko do papierosów doszła jeszcze woń trochę zatęchłego moczu — duszna i przykra. Neji zamrugał, przyzwyczajając się do jasnego światła świetlówki i przeszedł do pisuaru.
            Wśród dochodzących do toalety basów, usłyszał obok skrzypnięcie drzwi od kabiny, a potem pstryknięcie, może zapalniczki. Czyli jednak nie było pusto. Ten dym i hałas musiały całkowicie popsuć mu percepcję, że nie zauważył.
— Może miałbyś ochotę wymknąć się stąd na drinka?  — pytanie zostało zadane po krótkiej chwili milczenia, Neji musiał zostać najwyraźniej bardzo dokładnie zmierzony wzrokiem. Uch, więc nawet tutaj, w męskiej toalecie, ani chwili wytchnienia. A był już skłonny pomyśleć, że taka ubikacja to jakaś namiastka oazy spokoju…
Neji zapiął rozporek i skierował się ku umywalce, ignorując propozycję.
— Hyuuga — usłyszał znów. Nie było lustra, w męskich toaletach rzadko bywają lustra, więc musiał obrócić głowę, żeby otaksować mężczyznę nieprzychylnym spojrzeniem. Skąd on, u diabła, znał jego nazwisko? — Jak spodobałoby ci się pieprzyć się z prawdziwym ogierem? Niezapomnianą noc masz w cenie.
— Nie jestem zainteresowany — odparł, wycierając ręce o spodnie. Ręczników nie było, tylko pusta burobrązowa rolka.
Pierwszy raz widział na oczy tego mężczyznę — zbita, trochę muskularna sylwetka znaczyła tylko tyle, że mężczyzna był albo ninją, albo solidniej zajmował się sportem. Jak setki innych mężczyzn w Konosze, można powiedzieć. Słowa o niezapomnianej nocy świadczyły tylko o tym, że jest gejem czy kimś podobnym, jak co najmniej kilkunastu innych mężczyzn. Nie było w nim niczego wyjątkowego, Neji powinien go po prostu zlekceważyć. Może jest zwyczajnie zbyt podpity, żeby wiedzieć, czego nie powinien robić, a zdecydowanie nie powinien podrywać facetów w klubie, który nawet nie był klubem dla gejów — szczególniej, nie powinien przywalać się akurat do niego. Po prostu, bo nie.
— Pewnie masz fajną pałę — facet wyraził swoje przypuszczenie, nadal wisząc na skrzypiących drzwiach kabiny, otulony dymem z trzymanego w dłoni ćmika. — Chciałbym ci obciągnąć, wyssę cię do ostatniej kropli spermy w jajach — zapewnił z pijacką żarliwością i dał krok do przodu. Dym papierosowy ulatywał mu z ust i nozdrzy gęstą, siwą smugą. Wyglądał jakby płonął od wewnątrz.
— Potem wyrucham cię tak, że nie będziesz potrafił nawet pomyśleć o czymś innym, niż że chcesz jeszcze, że chcesz, żebym cię rżnął mocniej. Ten twój słodki tyłek… pewnie nie możesz się doczekać, aż wyrucham go moim wielkim twardym kutasem.
Neji poczuł, jakby ktoś dał mu w twarz. Samo słuchanie było uwłaczające.
— Nie.
Mężczyzna był już dość blisko, za blisko, zdecydowanie — już prawie miał objąć go w pasie, przyciągnąć jego biodra do własnych, ale Neji odwrócił się w czas, z ostrym kunaiem w dłoni.
— Chyba sobie żartujesz — wycedził, przyciskając nóż do gardła mężczyzny. Grdyka poruszyła się szybko. Wymięta fajka wypadła mu z ust i upadła na płytki.
— H-hej, spokojnie, nienerwowo. Wiem, że też jesteś gejem, więc pomyślałem, że co mi szkodzi spróbować, może się załapię, hahaha — zaśmiał się nerwowo, oblizując nagle spierzchnięte, blade wargi.
Basy z głównej sali klubu łupały Hyuudze w czaszce, czuł bicie serca w gardle, na czole jakby nagle wystąpił mu zimny pot.
Też jesteś gejem, załapię się…? Co, kurwa, skąd?
— Gówno mnie obchodzi, co pomyślałeś i co wiesz — powiedział. — Tylko mnie dotknij, skurwielu, a zobaczysz, co ci zrobię. Dotknij, a tę noc spędzisz na intensywnej terapii i to dopiero będą niezapomniane wrażenia.
Pet leżący na podłodze wciąż się dymił i Neji myślał, że zaraz albo zwariuje od tego smrodu, albo zwymiotuje. Podrzędnej jakości tytoń i stary mocz, ten zapach wżarty głęboko w fugi w męskiej ubikacji. Wyjść stąd, wyjść jak najszybciej!
— I lepiej już więcej nie myśl — dodał rozwścieczony. Mężczyzna łypnął jednym ze zdumionych brązowych oczu, był nieco od Hyuugi wyższy, ale to nie miało większego znaczenia.
— Czy… — zaczął jeszcze, ale Neji już nie wytrzymał i uderzył go w szczękę tak mocno, że ten zatoczył się na ścianę i gruchnął łbem o płytki.
…wyjść, wyjść, wyjść…
— Ty pojebie — jęknął mężczyzna, porwanymi, nieskoordynowanymi ruchami dotykając głowy i jednocześnie próbując wstać; nie wychodziło mu to, cały czas zjeżdżał po ścianie na podłogę. — Kurwa, ja pierdolę, mam rozharatany łeb!
— Jeszcze jedno pieprzone słowo — Neji wręcz trząsł z wściekłości — a rozetnę ci coś jeszcze, tym razem nożem. Gratis, skurwysynu.
Słowa nie było, tylko jęk i łzy pociekłe mimowolnie po opalonych policzkach, efekt wywołany uderzeniem. Neji wściekle zadeptał papierosa, szybko nacisnął klamkę i wyszedł, wciąż dygocząc z gniewu i adrenaliny, która krążyła w jego żyłach, napędzana przez bijące szaleńczo serce. Miał ochotę, naprawdę miał ochotę rozpruć gardło tego napaleńca, wrócić tam i je rozpruć! A potem rozgnieść tę cholerną fajkę na jego skórze! Czemu, ze wszystkich ludzi, akurat na niego musiał paść podryw w męskim kiblu!!!
I skąd w tobie nagle aż tyle agresji, Hyuuga? No skąd?, pomyślał Neji, biorąc głęboki oddech i próbując trochę się uspokoić — z miernym skutkiem. Sięgnął po kurtkę z wieszaka i szybko ją założył, kierując się do stolika, przy którym siedzieli jego przyjaciele. Mało brakowało, to jedno słowo więcej, a facet leżałby całkiem obity na podłodze w toalecie. Na pewno by leżał, Neji był zbyt wściekły, by starać w tamtym momencie się opanować. Wiedział, że powinien, że to nie jest reakcja, jakiej spodziewano by się po ninji jego klasy, po ninji z takiego klanu, ale to…
Klepnął Lee w ramię:
— Źle się czuję, lepiej będzie, jak już pójdę do domu. Nie, nie musisz mnie odprowadzać, sam trafię. I dzięki, było naprawdę miło. Musimy to kiedyś powtórzyć.
Poprawienie kołnierza i wyjście na zewnątrz, w jaśniejący w nocy śnieg.
Białobłękitny, zimny śnieg.


Zatrzęsło go nagle, gdy owijał skaleczoną dłoń w bandaż.
Tak, obrzydliwe, jakie to wszystko było obrzydliwe.
Teraz takie było, bo przedtem raczej nigdy mu przez myśl nie przeszło, że rzeczywiście to, co ponad rok temu działo się między nim a Sasuke, było tak odpychające; że to tylko wysysanie ostatnich kropelek i rżnięcie do nieprzytomności. Czy ujęte w takie wulgarne słowa dopiero stanowiło o obrzydliwości i teraz właśnie, nad tym białym mlekiem, w końcu potrafił to dostrzec?
Wtedy nie było. Przed sobą nie musiał kłamać.
Teraz był rozstrojony nerwowo, rozdrażniony. Może przez tamten hałas, przez to że nawdychał się papierosowego dymu, dlatego tak go wzięło tej nocy. Dlatego groził tamtemu facetowi nożem. Dlatego przez całą noc nie mógł zasnąć i dzisiaj snuł się nieprzytomnie, tłukąc butelki i kalecząc dłonie.
Tak, to o to musi chodzić, uznał, zawiązując bandaż na kokardkę, która miała przytrzymać go na swoim miejscu. O rozstrojenie. I może o to, że nie powinien tam w ogóle iść. Przecież nie można sobie tak nagle z dnia na dzień naprawić życia jedną imprezą. Pogorszyć sobie nastrój za to można zawsze.
Neji, tak samo jak Hiashi, nie miał pojęcia, że słynny na całą wioskę wybuch gniewu głowy klanu Hyuuga mieć będzie taki efekt. Plotki, owszem, to, że od jakiegoś czasu Neji jest tematem numer jeden codziennych rozmów sąsiadek, naturalnie, wyklęcie z rodziny, jak najbardziej, ale… jakiś facet podwalający się do niego w męskim kiblu? I to jeszcze w taki sposób, jakby Neji miał się na to zgodzić, jakby… uch, jakby godził się na coś takiego już przedtem. Jak ten koleś mógł podejść do tego z taką pewnością? Co, co jeszcze o nim mówili?! Co oprócz tego, że jest homoseksualistą, że pozostaje w konflikcie z klanem Hyuuga?
Objął spojrzeniem bałagan wypełniający zlew i poczuł się jeszcze bardziej zmęczony niż był zaledwie chwilę temu.
Nie mógł tego tak naprawdę się dowiedzieć.
***
— Liczył się dla mnie najbardziej na świecie, nawet wtedy, kiedy mnie… Jak ciężko to teraz powiedzieć — kiedy mnie zdradzał. Uch, „liczył” powiedziałem…? Liczy się, nadal się liczy. Mimo wszystko.
(Wzrok przeniesiony na cukiernicę, białą zwykłą, najzwyklejszą — ten temat? Czemu pojawia się tak nagle, tak znikąd?)
— No bo na początku, jak to było po raz pierwszy… Chociaż ja myślę, że to wtedy to pierwszy raz, tak realnie, najprawdziwiej pierwszy z najpierwszych razów nie był, ale od tego momentu byłem tego świadomy. Tego że nasz związek nie jest różowy, nie jest nawet w połowie tak jasny, jak sobie myślałem, że jest; że to nie tak, że kochamy się głęboko i prawdziwie. Że moje do niego uczucie nie do końca jest odwzajemnione, a na pewno nie w ten sam sposób, ani w jakiś do niego podobny.
Pewnie nie powinienem o tym mówić, co nie, Neji, pewnie jestem niewrażliwy na twoje uczucia. Że teraz ja jestem niewrażliwy, pewnie wyjdzie na to. Bo wyjdzie, nie? Ale nawet jak wyjdzie, to będziesz siedział i nie powiesz nic na ten temat. Nie powiesz, prawda?
— … nie powiem.
(Słabe uniesienie kącików ust, nieobecne, jakby w gorączce, spojrzenie.)
— …chyba nie powinienem o tym z tobą rozmawiać…
(Bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego.)
Ten facet był w sypialni, pierdolili się na łóżku, moim i Sasuke, naszym łóżku, na tym samym... Ach, przepraszam, Neji. Ja, wiesz, bo ja…
— Dobrze, mów. Nie przerywaj, skoro zacząłeś.
— …ja stałem. Stałem jak idiota w drzwiach i nie mogłem nic zrobić, ani mrugnąć, ani chrząknąć, jakoś się odezwać. Tylko patrzyłem, jak się rypią, jak Sasuke go za kark, chwyta za włosy, łapie za biod…-ra i…
Potem się tłumaczył, oczywiście, że się tłumaczył — jakby tam było co do wyjaśniania, jakbym nie widział na własne oczy, co to było. Jakbym był głupi, ślepy, głuchy — jakbym mu nie dorastał do pięt, nawet po tylu latach znajomości, przyjaźni i, kurwa, mojej miłości. Wiesz, jakie to straszne uczucie, Neji? Kiedy go widziałem wtedy na łóżku, kiedy stał przy mnie na korytarzu, obejmując za ramiona, żebym mu się aby nie wyrwał i żeby spokojnie mógł wcisnąć mi jakiś kit, ściśniętym od napięcia głosem, że to nie tak jak wyglądało, że sobie, że ja sobie… Myślałem, że to mi się śni, potem, że naprawdę musiało mi pomylić, że to nie mógł być Sasuke, nie mój Sasuke, nie on, jak on by mógł, przecież-
(Głęboki haust powietrza, połknięty nagle i powoli wypuszczony — trochę go to uspokoiło.)
Wybiegłem w końcu z domu. Nie mogłem znieść tego, że dotykał mnie tymi samymi dłońmi, którymi zaledwie przed chwilą ściskał fiuta tego faceta. Chciałem mu powiedzieć, żeby nie dotykał mnie już nigdy więcej, żeby sobie nie myślał, że ja i on, że to ma jeszcze jakąś przyszłość po tym, co zrobił, ale wtedy… wtedy przyszły te myśli. Przychodzą ciągle, przyszły i wtedy, kiedy wymioty podchodziły mi do gardła i rzygałem gdzieś pod płotem w jakimś zaułku — że nie chcę być sam. Chcę być z osobą, którą kocham, chcę kochać, chcę, żeby mnie kochano. Po prostu… to jak jakiś pieprzony imperatyw.
Myślę, że jestem zwyczajnie głupi i że tego zmienić się nie da.
***
Naruto raczej nie był zdziwiony żadnym ze swoich skojarzeń, które nachodziły go, gdy obserwował Saia. Kiedy budził się rano w łóżku obok niego, a ten jeszcze spał, nieruchomo, na plecach, z rękoma ułożonymi równo po bokach. Kiedy już obaj wstali i jedli śniadanie — czy to w biegu na kilka chwil przed misją, czy też bez pośpiechu, urlopowo, powolnym ruchem noża smarując grzanki masłem. Kiedy Sai rysował, a Naruto oglądał telewizję lub próbował coś przeczytać. W każdej z tych codziennych chwil Naruto nie mógł pozbyć się wrażenia, że Sai jest do Sasuke w pewien sposób podobny. Nie całkowicie oczywiście, ale podobieństwa były niezaprzeczalne i nie mógł ich zignorować.
Na pewno nie myślał o Saiu jako o Uchisze, ani nie uważał go za zastępstwo za nieobecnego, które miał tutaj na miejscu i mógł w razie potrzeby i chęci dotknąć palcem. Dotyki zresztą zdradzały, że ciepła blada skóra, że równie mocne mięśnie, że podobnie czarne włosy i szczupłe palce zwykle upaprane tuszem to mimo wszystko nie to samo.
Nie potrafiłby uznać go za falsyfikat, podróbę Sasuke, którą z wyrachowaniem godnym chyba tylko samego wspomnianego postawił w jego miejsce i z którą starał się udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Sai nie mógł być tylko równie pozbawioną emocji kopią Uchihy, bo oprócz podobieństw były też wyraźne różnice, ale tak — było im razem całkiem nieźle. Na tyle nieźle, na ile być mogło.
Dotyk Saia nie był tak elektryzujący jak Sasuke, usta tak nęcące, a seks całkiem inny — coś było tutaj nie tak, czegoś brakowało.
Sai tworzył nową rzeczywistość, był trochę namiastką tego samego, co dawał mu Sasuke, ale trochę też nie. Do takiego niejasnego wniosku dochodził Naruto i tutaj z reguły zaczynał się gubić, bo nie do końca wiedział, w którym miejscu postawić Saia, a w którym Sasuke i jak odnieść się do nich dwóch. Jak powinien? Co byłoby najlepszym, najbardziej poprawnym stanowiskiem, jakie mógłby zająć? Bo to że Sai nie był Sasuke w żadnym momencie codzienności jakoś nie czyniło dobrego argumentu, a ten jakoś cisnął mu się na usta — to, właśnie to było wyznacznikiem wszystkiego.
Zza półprzymkniętych oczu rzecz jasna Naruto mógłby sobie wyobrażać, że Sai jest Sasuke, ale na dłuższą metę coś takiego... sama myśl zresztą była okropna, jakby nie zrodziła się w jego głowie. Naruto w rzeczywistości nie potrafiłby się zdobyć na taką perfidię i hipokryzję. Ale póki Sai nie wymagał od Naruto praktycznie niczego, a już na pewno nie wyznań miłosnych (które nie przeszłyby Uzumakiemu przez gardło), mógł spróbować z nim tej dziwnej codzienności, a może kiedyś coś się zmieni. A może kiedyś da radę zapomnieć i zdecydować, że Sai powinien liczyć się dla niego najbardziej i jakoś to, kurna, zrealizować!
Póki co jednak pozostawały mu niedające się odepchnąć skojarzenia i nachalne porównania. Były idiotyczne, ale przychodziły ciągle i wciąż, nie blednąc.
To nie ty, Sai, to nie ty. Przecież to nie ty…
***
Po południu do Nejiego przyszła wiadomość. Gołąb zastukał w okno, przynosząc list schowany w zwoju z rodową pieczęcią jednego z najstarszych klanów Konohy. Jego klanu.
Hiashi napisał w nim, że życzy sobie spotkania z Nejim, tylko tyle, ale wystarczyło to, żeby Neji znów nie mógł zasnąć długo w noc. „Spotkanie” brzmiało niemalże tak strasznie jak wyrok i prawdopodobnie tyle znaczyło.

poniedziałek, 28 maja 2012

"Technicolor" Rozdział 1 (SasuNaruNeji)

Jest koniec maja, jest notka. ;) O kontynuacji „Czarno-białego” pomyślałam dzięki A. Trochę mi czasu zajęło dojście do ładu z fabuła, no ale w końcu jest.
Fik nadal jest melodramatem, nawet nie wiem, czy nie większym, skoro do głównego pairingu SasuNaruNeji dochodzi jeszcze Sai, którego nie mogę tak zwyczajnie wykopać. Taki trochę czworokąt miłosny wychodzi w pewnym momencie.
A opowiadanie tym razem też w kooperacji z Kasicą. Udało mi się ją jakoś namówić, więc niektóre elementy fabularne należą do niej. Jak się nie będzie podobało (nie wykluczam takiej możliwości, rzecz jasna) zwalajcie na nas obie. ;>
W całości tekstu mogą występować elementy angstowe, opisy przemocy, wulgaryzmy i podobne, postacie są trochę OOC. Będzie trochę inaczej niż w części poprzedniej i niestety nie mogę zagwarantować, że na pewno się spodoba.
Rozdziałów będzie około pięciu. Narracja będzie prowadzona, że tak ujmę, z trzech punktów widzenia, dla uściślenia zmianę narratora w tym fiku będę oddzielała trzema gwiazdkami, zmianę czasu akcji tylko pustym wierszem. No a tekst kursywą to już w ogóle inny czas akcji, bardziej flashback i to jedynie dialogowy. W zasadzie to myślę, że można się w tym odnaleźć. Mam nadzieję, że to tylko strasznie brzmi, jak próbuję wytłumaczyć. : D
Poniekąd motta rozdziałów stanowią frazy z piosenki „Zuviel Liebe kann dich töten” od Oomph!a, fanfik nie jest co prawda songfikiem, ale zaskoczyło mnie, że coś może całkiem nieźle pasować. ;) Tekst z tłumaczeniem <tutaj>, piosenka <tutaj>.
W tym rozdziale użyłam także parafrazy cytatu z piosenki Farina Urlauba „Sonne”. Teledysk <tutaj> i tekst oraz tłumaczenie <tutaj>. Tłumaczenia
są mojego autorstwa, chciałam wprawdzie skopiować jakieś z tekstowo.pl, ale niestety umieszczone tam teksty nie podobają mi się, głównie przez kilka błędów. Moje są przynajmniej poprawne. :P
W każdym razie, po tym długim wstępie, miłego czytania! :)
I pozdrowienia dla M., który pomógł mi z paroma edycyjnymi zagadnieniami.
Technicolor
Rozdział pierwszy
Jest mi za ciasno w mojej skórze,
Nie mogę oddychać.

(Meine Haut ist mir zu eng,
Ich kann nicht atmen.)
„Dajesz sobie radę?”
„…tak, jest dobrze.”
„Ciągle jesteś z Saiem?”
„No.”
Zamknął drzwi za Naruto, nie czekając aż ten zejdzie po schodach. Nie chciał w tamtej chwili już na niego patrzeć i słuchać o tym, że minął prawie rok, odkąd Sasuke zniknął z wioski i Neji powinien coś z tym zrobić.
Co zrobić? Naprawdę Naruto miał na myśli, że obaj powinni ruszyć mu na ratunek, próbować jakoś osłonić go przed nim samym? Umieścić pod kloszem i chuchać na niego, żeby mu się czasem nie przypomniało o jego wymordowanej rodzinie? Czy może zwyczajnie, napchać depresantami, uważając, że to najlepsze, co można zrobić — odsunąć od niego wszelkie nieprzyjemne myśli?
Neji opierał się o drzwi na klatkę schodową i bez ruchu obserwował padający za oknem śnieg. Niebo było szare.
Czy naprawdę pozostawało cokolwiek do zrobienia, oprócz tej kompletnie idiotycznej wizji szaleńczej, nieco spóźnionej pogoni, która, jeszcze niewypowiedziana na głos, czaiła się za słowami Naruto?
Parsknął cicho, prawie śmiechem, chociaż to co myślał nie było ani trochę zabawne.
Pogoń, a potem co? Obaj zostaną uznani za zbiegłych ninjów i wyślą za nimi oddział Anbu. Właściwie to z góry skazane jest na porażkę — dla Sasuke i tak najważniejszy jest tylko Itachi, nikt inny. A dla Nejiego Sasuke nie znaczy nic, jest kompletnie nieważną osobą. No i czy nie było już na to za późno?
Oczywiście, to nie ma sensu, powiedział sobie. Przecież to nie film, nie jesteśmy w kinie. To nie tak, że możemy sobie po prostu wyjść i nie wrócić. Ten seans musimy obejrzeć do końca, pomyślał gorzko. Życie nie działa jak taśma w kasecie, nie możemy go cofać w nieskończoność, żeby nigdy nie zobaczyć zakończenia, żeby cały czas oglądać tylko te najładniejsze obrazki i mieć bezsensowną nadzieję na happy-end. Koniec jest więcej niż oczywisty, bohater umiera, a szczęśliwych zakończeń nie ma. To ludzkie, tylko ludzkie, wszystko ludzkie i przerażająco sensowne.
Neji nadal stał bez ruchu przy drzwiach i patrzył w szare, płaskie niebo widoczne za oknem. Płatki śniegu wydawały się grube i padały gęsto, kwestią czasu więc pozostawało, kiedy pokryte błotem chodniki znów staną się białe. Tak cholernie, cholernie białe, a następne dni znów tak cholernie, cholernie mroźne. Nie zdziwiłby się, gdyby dziennikarze tę zimę nazwali chlubnie „Zimą Stulecia” i obnosili się z drastycznie ujemnymi temperaturami w programach telewizyjnych, poniekąd przerażeni, poniekąd zafascynowani, że temperatura potrafi spaść aż tak nisko.
„To najmroźniejsza zima od pięćdziesięciu lat!” powie prezenter pogody w wieczornych wiadomościach, nieświadomie chyląc głowę przed majestatem zimy — ujemnych temperatur, oblodzonych chodników i kul śniegowych wrzucanych za kołnierze — a Neji, nieczuły i niewrażliwy, prędko go uciszy, ponownie odłączając telewizor od kontaktu.
Hyuuga westchnął cicho, odchodząc od drzwi, żeby zebrać filiżanki ze stolika. Tylko Naruto wypił swoją herbatę, jego filiżanka była pełna prawie po brzegi — osad na powierzchni wystygłego napoju zdawał się z każdą chwilą matowieć coraz bardziej.
Ciekawe, czy Naruto już zszedł po schodach i wyszedł na dwór. Czy zamierza pójść teraz zobaczyć się z Saiem, pocałować go na powitanie, powiedzieć, że strasznie zmarzł i że fajnie by było, gdyby ugotowali kakao i wypili je razem, przytulając się do siebie pod kocem… To miła rzecz, mieć kogoś takiego, do kogo można pójść. Naprawdę miła.
Naruto był z Saiem jakoś cztery miesiące i raczej nie wyglądało na to, żeby miało to ulec zmianie w najbliższej przyszłości. Chyba, że rzeczywiście zapragnie to swoje „robienie czegoś” wcielić w życie i  równocześnie, za jednym zamachem, schrzanić wszystko inne.
Jeśli Naruto już poszedł, Neji mógł mu zazdrościć, bo sam nie miał nikogo takiego, żeby powiedzieć, że pogoda jest straszna i chyba czas założyć grubszy podkoszulek, skoro zaczyna drżeć, stojąc w przedpokoju i bezsensownie patrząc na filiżanki, które dawno już powinien był wrzucić do zlewu.
Nie chciał dzwonić do Tenten, czy do Lee z żadnymi błahostkami. Przyjaciele, czy nie, po co zawracać im głowę niepoważnymi problemami, tym że Nejiego napadło na dziwne rozważania. A i przecież nie wybierze się nagle do posiadłości Hyuugów w celach konwersacyjnych. Chociaż niewątpliwie zszokowana mina Hiashiego byłaby warta wszystkiego, wolałby, żeby ewentualne spotkanie z wujem nie nastąpiło nigdy, a jeśli już, to w bardzo odległej przyszłości. Sytuacja w klanie, jak wynikało ze słów Hinaty, była więcej niż napięta i spotkanie z pewnością nie należałoby do tych przyjemnych.
Ale jeśli Naruto jeszcze nie poszedł… jeśli nie…
Ale pewnie poszedł, nawet nie ma co sprawdzać, nawet nie ma co naciskać tej klamki i zerkać na klatkę schodową.
I nawet jeżeli jeszcze nie poszedł, Neji nie będzie go na siłę zatrzymywał — jest milion lepszych rzeczy do roboty, niż stanie pod drzwiami mieszkania Nejiego Hyuugi, który przed momentem prawie wyrzucił go z mieszkania i miał do niego pretensje, i się wykłócał, sfrustrowany jak dziwka na zjeździe eunuchów! No i czemuś pocałował. Czy może to Naruto, a on sam tylko spytał, czy nadal- Jakby to dla Hyuugi miało jakieś znaczenie, czy Uzumaki z kimś jest, czy nie.
Gdyby nie filiżanki w rękach, Neji chciałby teraz uderzyć o coś pięścią, tak żeby zabolało —jakby to miało jakiś sens teraz, myślenie o tym wszystkim, zapętlanie się w domysłach, w niepełnych koncepcjach, co do których nie mógł mieć najmniejszej pewności.
Naruto, Sai, Sasuke, Hiashi i Neji
Sensu było mało. Albo po prostu nie mógł go odnaleźć, stojąc przy stoliku, wciąż twarzą do okna.
Neji odstawił naczynia ponownie na stolik, obrócił się na pięcie i podszedł do drzwi. Powoli nacisnął klamkę i uchylił je.
Tak jak się spodziewał. Korytarz był dokładnie taki, jak się spodziewał — pusty.
I ciemny ponurą zimową szarością.
***
Kiedy Neji zamknął mu drzwi prawie przed nosem, Naruto właściwie zawahał się, czy by nie zapukać i nie wejść tam znowu, ignorując fakt, że dopiero co stamtąd wyszedł. Wypowiedziane „no” na pytanie o Saia zatrzasnęło mu jednak temat do rozmowy, użarłszy wyraźnym przeczuciem, że lepiej będzie, jeśli sobie już stąd pójdzie. Dużo lepiej.
Fraza „minął rok” razem z „coś zrobić” przylepiły mu się do ust i nie potrafił ich w żaden sposób od nich odczepić.
Poprawił szalik, nasuwając kolorową wełnę na usta i zszedł szybko po schodach.
…dziesięć stopni, półpiętro, zakręć, dziesięć stopni, piętro…
Chciał powiedzieć Nejiemu coś innego, nie że ten powinien zrobić coś w sprawie Sasuke, nie przypominać, że byli razem — w pewnej chwili we trzech — bo Neji doskonale o tym wszystkim wiedział. I wcale nie chodziło mu o to, żeby Neji tłumaczył mu, że nie kochał Sasuke, że to był przypadek, jeden z tych dłuższych, powtarzany przez dwa tygodnie. Nie chciał słyszeć od niego tych słów o braku potrzeby ratunku, braku uczuć u Sasuke i kompletnego braku znaczenia ich więzi wobec osoby starszego braciszka-mordercy.
Po co ci to było, ty głupi, głupi idioto, wyrzucał sobie, zeskakując ze schodów i wychodząc na zewnątrz.
Teraz go to uciskało, gdzieś pod mostkiem, gdzieś w trzewiach, ale sklejone „minionym rokiem” usta nie potrafiły wyszeptać jednego słowa, które nadawałoby się do powiedzenia przy Nejim, które potrafiłoby wyrazić coś więcej, jakieś inne odczucia. Bo oprócz „minął rok” chyba zdołałby tylko „przecież kocham Sasuke” wypchnąć przez zęby w obłoczku białej pary, a to już chyba było więcej niż nie na miejscu.
Klucze zadźwięczały, uderzając o siebie na srebrzystym kółeczku breloczka. Naruto otworzył drzwi do mieszkania i głośno potupał na wycieraczce, usuwając śnieg oblepiający jego buty.
— Sai? — zapytał z niedużego przedpokoju, rozsznurowując trapery. — Wróciłem. Jesteś…?
Sai był, oczywiście. Siedział przy dobrze oświetlonym biurku nad dużym arkuszem papieru i poprawiał szkic, dorysowując kilka ważniejszych detali i nieco mocniejszymi ruchami ołówka zaznaczając kontury.
— Cześć — powiedział, gniotąc gumkę w palcach i pociągając mocniejszą kreskę w miejscu, które przed chwilą starł. — Późno przyszedłeś.
— No może trochę — przyznał, wychylając głowę zza ściany. — Tak jakoś wyszło, ten teges, czasem bywa. Rysujesz, jak widzę. Będziesz robił z tego jakiś większy obraz, czy tylko tak sobie, że tak powiem, bazgrasz?
Sai uniósł wzrok znad kartki i uśmiechnął się do niego.
— Nie dzisiaj. Mam zadanie wieczorem, nic konkretnego bym nie zdążył zrobić.
— Brrr, misja w taką pogodę nie jest zbyt zachęcającą sprawą. Nie dość, że lodówa, to jeszcze śnieg pada. Nie żebym coś miał przeciw śniegowi czy zimie, ale no wiesz, kiedy masz wybór pomiędzy ciepłem i zimnem w bezpośrednim kontakcie z tobą, to odpowiedź jest więcej niż oczywista. Wolę przytulić się do kaloryfera — zaśmiał się.
— Dzięki za pocieszenie — odmruknął. — Ty z kaloryferem, a ja na dworze w zimnie.
— Ha, Uzumaki Naruto, przyszły Szósty Hokage, zawsze do dyspozycji! — zakrzyknął z werwą, przechodząc przez pokój i obejmując Saia od tyłu, przez oparcie krzesła. Przewiesił głowę przez jego bark, wciskając nos w miękki, gładko ogolony policzek. Zmrużył oczy. Jasne światło lampy na biurku trochę go raziło, odbijając się od bieli kartki.
— Ładne bardzo, co to? — zapytał z nosem nadal przy policzku chłopaka.
— Taka abstrakcja, nic wielkiego — odpowiedział Sai i zaraz dodał: — Chociaż otrzep tę swoją kurtkę ze śniegu, jak wchodzisz do środka. Jesteś zimny i mokry, przeziębisz się.
— Ach, wtedy będziesz musiał latać koło mnie z rosołkiem i aspiryną, poprawiać poduszki i nalewać ciepłej wody do termoforu. Nie wiem, czy czasem nie byłbym-
— Naruto, mówię serio. Przeziębisz się.
— No dobra, już dobra, jak ci to tak przeszkadza. — Cmoknął go w policzek i rozluźnił uścisk. Wyprostował się i poszedł odwiesić kurtkę. Rzeczywiście była mokra od topniejącego śniegu. Strzepał trochę puchu na płytki korytarza, jedna malutka kałuża w tę czy w tę nikomu raczej różnicy nie zrobi, co nie.
W kuchni zalał dwa rameny instant i wrócił chwilę później do Saia popatrzeć, jak ten z niewzruszoną, neutralną twarzą kontynuuje rysowanie.
— Jest kolacja. No, to znaczy zaraz będzie, jak makaron troszkę zmięknie — powiedział, poprawiając poduszkę za swoimi plecami. Sofa na której siedział była tak miękka, że się w nią zapadał. To było w sumie zabawne, że ninja, który powinien być przyzwyczajony do znoszenia wszelkich niewygód, fundował sobie kanapę tak miękką, że siedzenie na niej mogłoby stanowić synonim rozpusty.
— Dobrze. — Sai cieniował.
Ołówek nie przestawał poruszać się po arkuszu, palce czasami gniotły gumkę i ścierały któreś z nieudanych pociągnięć rysownika. Ciemna głowa schylała się nad arkuszem, czasami podnosząc blade dłonie do brody w zastanowieniu. Rameny stygły na blacie w kuchni, w okrągłych papierowych kubkach, przykryte metalicznymi wieczkami, a Naruto z każdą sekundą coraz bardziej zapadał się w poduszkach… coraz bardziej i bardziej.
— Zacznę jeść sam, przyjdź zaraz — odezwał się nagle, po dłuższej chwili milczenia i uciekł do kuchni, ratując się od utonięcia w miękkich czeluściach sofy.
Ramen miał akurat temperaturę odpowiednią, żeby jedząc, nie poparzył się. Słowa, które przykleiły mu się do ust wcześniej, trochę odpuściły, zmoczone ciepłym płynem zupki błyskawicznej. Pomarańczowe oka pikantnego oleju tańczyły na powierzchni zupy wraz z ususzonym porem, grzybkami i zmielonym pieprzem, a słowa, literka po literce, odklejały się od jego warg, jak taśma klejąca — niewidoczne, lecz wciąż namacalne — i opadały gdzieś obok, gdzie nie rzucały się tak bardzo w oczy.
Lecz wystarczy mu tylko przesunąć dłonią, by dotknął na ciepłej skórze znajomej lepkiej struktury słów, żeby ponownie przypomnieć sobie wszystko — aby myśl ta zagrała pierwsze skrzypce w jego głowie.
…pierwszy rok bez Sasuke za kilka dni…
…pierwszy od tak dawna rok, w którym Sasuke nie ma nigdzie w pobliżu…
            ***
— Chciałem, Neji, rozumiesz mnie, chciałem, żeby świat… jego świat wyglądał inaczej. Żeby nie żył tylko dla zemsty. Nie żył, aby zabić brata i po to tylko. Co to warte takie życie bez prawdziwego życia. Chciałem, żeby miał jeszcze coś — mnie. Żeby nie był taki… taki pusty. W środku, żeby nie był pusty w środku. Żeby miał mnie, żebym ja miał jego, żebyśmy byli. Kurwa, rozumiesz, żebyśmy byli. Po prostu.
(Herbata w filiżankach faluje, dłonie Naruto rozłożone na stole lekko drżą.)
            — Myślisz, że on też tego chciał? Tak naprawdę?
( Jego usta zaciskają się w wąską kreskę, zamyka oczy.)
            — Nie wiem, skąd mam to wiedzieć…
            — W porządku, Naruto?
            — …w porządku. Musi być, że to nerwy, czy niewyspanie, czy cholera wie, co to był ten wybuch. Ja nie wiem.
            — Nie szkodzi. Może zrobię jeszcze herbaty, napijesz się?
            — Napiję.
            ***
Był między nimi teraz jakiś dystans, taki jakiego nie było dawno. Nie pojawił się jednak z dnia na dzień — bariera budowała się dość powoli, skryta przed ich oczami w wąskich uśmiechach i krótkich, miłych pogawędkach. Pewnego dnia po prostu zauważyli, że jest inaczej, że bariera, której do tej pory nie dostrzegali, pogrubiła się i wąskie uśmiechy nie są w stanie zamaskować jej istnienia.
Neji się zmienił, zauważyli w końcu Rock i Tenten podczas powrotu z jednej z niezbyt wymagających misji kategorii B. Coś musiało być z nim bardzo nie tak, powinniśmy postarać się jakoś mu pomóc, uznali.
Rock i Tenten, jakkolwiek mieli pojęcie, co mogło mieć wpływ na zmianę nastroju Nejiego oraz jego zachowania, tak nie mogli domyślać się całości.
Nie mieli pojęcia, że ciemność, która trawiła serce młodego Nejiego, obwiniającego wuja o śmierć swojego ojca, osaczyła go po raz wtóry, tym gorsza i silniejsza, że teraz nie był już chłopcem, a mężczyzną.
Skąd mogli wiedzieć, że niektóre z jego snów napawają go bezbrzeżnym strachem, że czasami w nocy budzi się z gardłem zaciśniętym z przerażenia i nie potrafi wówczas nawet krzyknąć, tak głęboko porusza go świadomość istnienia w snach tej głębokiej studni, stojącej pod granatowym, wiecznie nieruchomym niebem, gdzieś wśród płaskiej pustyni o piasku białym jak kość.
Oczywiście niewiedza ta nie przeszkadzała Rockowi w martwieniu się. Słyszał przecież o tym, tak jak chyba każdy w Konosze, że Neji miał na pieńku ze swoim klanem, bo wyszedł na jaw jego bliski związek z Uchihą oraz Uzumakim. Właściwie plotki nie zostawiały na nich suchej nitki, ale o ile Naruto jakoś zbywał to wszystko, tak Hyuuga…
Musi mu być teraz bardzo ciężko, myślał Lee. Neji powinien wiedzieć, że ma we mnie wsparcie, nieważne jaki jest, niezależnie od wszystkiego.
Poklepał więc pocieszająco Nejiego po plecach, tak jak prawdziwy przyjaciel powinien.
— Tylko nie daj sobie wmówić, że jest tragicznie, jakakolwiek sytuacja by nie była — zaznaczył, nadal z ręką przyjacielsko obejmującą ramię Hyuugi. — Dobrze? Nie dasz się nikomu, Neji, hm? Siłą młodości przezwyciężysz wszystko!
Tenten uśmiechnęła się szeroko, prawie tak jasnym uśmiechem, jaki zwykle przyozdabiał twarz Lee.
— Właściwie to, Neji, w piątek wybieramy się do klubu. Może byś wpadł i dołączył do nas, masz coś przeciwko? — zaproponowała dziewczyna, skubiąc materiał jednej z rękawiczek. Było poniżej zera, mróz nadal trzymał, dlatego rękawiczki miała grube, wełniane.
— O tak! — entuzjastycznie wykrzyknął Lee, waląc go po raz kolejny w plecy, tym razem jednak dużo mocniej. — Neji, chodź z nami, będzie czadowo!!! Tak dawno razem nie wychodziliśmy! A kto wie, może uda ci się, no wiesz, spotkać kogoś, z kim mógłbyś może się umówić raz na czas na kawę. W piątek w klubie są tłumy całkiem miłych dziewczyn i chłopców, nietrudno poznać nowego znajomego. To chyba nie jest zły pomysł, co?
Jasne, perłowe oczy Nejiego nagle złagodniały. Kochany Rock, żeby poświęcać swój wolny czas na spotykanie się z nagle bardzo aspołecznym Hyuugą.
Uch, jakby to tutaj tkwił problem, w braku kontaktów z ludźmi za wyjątkiem tych zawodowych, a nie gdzie indziej. Nie chodziło przecież o mężczyzn, ani o kobiety, tylko o samego Nejiego.
O jego rosnącą obojętność na wszystko, na którą nie mógł nic poradzić. Obojętność jakby po prostu się pojawiła. Może stała gdzieś obok tej przeklętej studni ze snu i z każdym dniem jej dłoń wyciągała się coraz bardziej w jego stronę, żeby w końcu… może w końcu dotknie go takim dotykiem, który w pierwszym odruchu zmusi go do wzdrygnięcia. Zimne palce — jakież inne mogłaby mieć obojętność? — będą zaciskały się na jego barku coraz mocniej, wbijały się w zagłębienie w obojczyku, aż coś mu tam przeskoczy. I z tą chwilą będzie już cały jej.
Częściowo jej był chyba już teraz.
— Przepraszam, obawiam się, że w piątek będę zajęty — skłamał gładko Neji. — Nie wiem, czy mogę to odwołać. Może znajdziemy inny termin?
— Ojej — stropił się Rock. — Ale na pewno?
— Niestety.
— Szkoda bardzo, ale jakbyś chciał pogadać z przyjacielem, Neji, wiesz, gdzie mnie szukać?
— Wiem. Dzięki, Rock — odparł, skłaniając głowę.
Z Gaiem, Rock na pewno będzie trenował z Gaiem, ewentualnie siedział na randce z Sakurą — w razie potrzeby znalezienie go nie byłoby trudne. Znalezienie potrzeby do rozmowy byłoby raczej dużo trudniejsze.
Nie potrzebuję z tobą rozmawiać, Rock, nie wiem, czy to by coś zmieniło. Czy to byłoby w stanie cokolwiek zmienić. Nie powiem ci niczego, czego nie jesteś mniej lub bardziej świadomy. Niczego. Nie wiem, co mógłbym powiedzieć.
Rozmowa z Rockiem na pewno niczego by nie przyniosła. „Neji, to nie ma znaczenia, czy jesteś gejem, czy transwestytą, czy nie jesteś. Jesteś moim przyjacielem, to się liczy!!!” powiedziałby i nie dał dojść Hyuudze do słowa, aż nie skończy wyrażać swojego zrozumienia dla jego sytuacji.
A to nie było najważniejsze, czy był rzeczywiście homoseksualistą, czy był nim tylko przez tę jedną długą chwilę tam, z Sasuke. Jeśli to byłby jedyny problem, pewnie jakoś dałby sobie z tym radę — przynajmniej byłby to jasny problem. Ale tutaj chodziło o coś, czego sam Neji nie do końca rozumiał, więc skąd miał zrozumieć to Lee? To że nie chodzi o postać samotnego, niemogącego znaleźć partnera geja, a o kogoś, kto bardzo zawiódł się na sobie, na swojej rodzinie i nie mógł teraz ponownie dopasować się do tradycyjnych klanowych zasad, które obowiązywały każdego Hyuugę — wszystko było pełne nieścisłości i dziur, jakich nie dostrzegał nigdy przedtem.
Rock niewłaściwie oceniał Nejiego, a Neji nie potrafił go z tego błędu wyprowadzić. I wcale nie miał ochoty tego robić — wszyscy uważają, że jest samotnym gejem? Niech będzie, że właśnie to jest jego problemem, bo to jest do rozwiązania, to można naświetlić, wyjaśnić i szybko znaleźć remedium. Remedium, ach jakże proste i typowe — znaleźć sobie kogoś, tak jak Lee znalazł Sakurę. Ale przecież nie każdy ma swoją Sakurę, nie każdy ma swoją wielką, kochaną do nieprzytomności miłość.
Nie każdy.
Śmiertelna cisza wżarła mu się w uszy, kiedy zatrzasnął drzwi do swojego mieszkania.


Wieczór. Nagle powzięta decyzja, że w sumie co mu szkodzi. Jeden długi sygnał telefoniczny, potem drugi i trzeci, czwarty… Może jednak mu szkodzi, nagle atakujące przeczucie, skoro nie odbiera, to czy…
— Halo? — Odebrane. Neji usłyszał w słuchawce trochę zdyszany głos Lee, może przeszkodził mu w treningu.
— Cześć, Lee.
— Neji!!!
—  Słuchaj, nie wiem, czy nie jest trochę późno na zmianę planów — zaczął — wczoraj wydawało mi się, że piątek wieczorem mam zajęty, ale teraz okazało się, że właściwie-
— Oczywiście, że nie jest za późno! — ucieszył się chłopak. Neji mógł sobie wyobrazić, że teraz uśmiecha się bardzo szeroko. — Wpadnij, jak masz czas, będziemy czekali o ósmej, dobra?
— Dobra.
Odłożył słuchawkę na widełki.
***

wtorek, 26 lipca 2011

Bonusfik "Skazany na Sasuke" Rozdział 11

No tak do SnS dawno nie było aktualki, mimo że Shun co i rusz mi na gg o tym przypominała. No tak, Shun, gdyby rozdział był lepszy, niewątpliwie walnęłabym Ci dedykację, ale że nie jest, to poczekamy na więcej starszego brata Sasuke i wtedy coś z tym zrobię.  :D Myślę, że wtedy rozdział będzie przynajmniej bogatszy o ciekawe dialogi, bo ten jest dość… dość zapychający. Nawet mimo że wywaliłam z plotu dwie kompletnie bezsensowne, nic niewnoszące scenki, które najpierw, będąc osobą niekoniecznie inteligentną, rozpisałam na sześć stron. Hahah, mechalice sucks. xD
I te długie przerwy, no taaak – niby coś piszę (ma to w zasadzie być coś dłuższego, mającego więcej niż 3 krótkie części), ale zajmuję się tym trochę dziwnie, bo mimo myślenia nad fabułą i przyległościami, cały czas nie zdecydowałam na przykład o rzeczach tak podstawowych jak narracja. O.o No… tak… czeka mnie jeszcze dużo pracy i myślenia, jak widzę. Poza tym nie chcę zaczynać czegoś długiego bez skończenia innych długich rzeczy – SnS jest długi, a nieskończony, więc pasowałoby mi najpierw go wykończyć. Buaah, lajfs hard!
Nikt z Was pewnie nie pamięta (zdziwiłabym się, jeśliby ktoś pamiętał – ostatni rozdział był w marcu! Mujeju, kiedy był marzec???), ale w odcinku poprzednim Neji i Sasuke wybrali się na zakupy, podczas których zawędrowują do sklepu Orochimaru oraz Kabuto, którzy… no cóż, nie przypadają Nejiemu do gustu. Po zakupieniu garniturów dzwoniący telefon Sasuke przerywa Nejiemu jego wyznanie dotyczące jego hipotetycznej zazdrości o Uchihę obmacywanego kilka minut wcześniej przez Orochimaru. Dzwoni brat Sasuke, który właśnie zobaczył na własne oczy, co też stało się z ich domem rodzinnym. Nie jest zbytnio zadowolony. Sasuke myśli, że w gruncie rzeczy to powinien jak najszybciej znaleźć sobie jakaś przyjemną kryjóweczkę, która uchroni go przed gniewem brata…
11. Eskapizm w praktyce, czyli Sasuke, jednak robisz to źle!
- Sasuke? – zapytał głośno Neji.
- Sasuke? – zapytał ponownie, jednak i tym razem nie doczekał się odpowiedzi.
Sasuke przyciskał się do ściany przy rogu budynku tak, jak jakiś oryginalny rodzaj tapety i wyglądał zza węgła. Gapił się tak kilkadziesiąt sekund, skanując całą ulicę, wszystkie chodniki, ogródki, a nawet niebo, by w końcu aprobująco stwierdzić:
- Czysto.
I pociągnął Nejiego za rękę, aby dostosował swoje tempo do powolnego truchtu po prawie zupełnie pustym chodniku.
- Wyjaśnisz mi – zaczął wtedy Neji – co ty do cholery wyprawiasz? I dlaczego musimy biec?
- Cśśśścho – syknął Sasuke przyciskając się na płask do kolejnej ściany i ponownie skanując okolicę. – Musimy uciekać. On może już tutaj być.
- No co ty nie powiesz – mruknął Neji. – A gdyby tak zaszedł nas od tyłu?
Sasuke zwrócił zmrużone oczy ku Hyuudze.
- Nie. To mój brat – odparł pewnie. – On tak nie robi, nagłe wyskakiwanie z tyłu jest…  – Sasuke westchnął ciężko, poddając się. – Jest dla niego typowe. Dlatego powinniśmy znaleźć jakąś bezpieczną kryjówkę, aż się nie uspokoi i sobie nie pojedzie.
- I dlatego bawisz się w skradanie ulicami miasta, w świetle dnia, jeśli tym sposobem robisz z siebie sensację? Poza tym, o ile wiem, to Itachi pewnie i tak będzie na imprezie, więc za długo nie damy rady tego odwlec.
Sasuke w zamyśleniu potarł brodę:
- Może mamy szczęście i zatrzaśnie się gdzieś w toalecie?
Neji niemalże wybałuszył oczy.
- Wierzysz w to?
- Nie, ale byłoby miło. Nie zaszkodziłoby, gdyby się tak zatrzasnął raz na czas, a szczególnie dzisiaj. Ewentualnie jutro rano. I nie wyszedł aż nie zapomni.
Neji nie odpowiedział nic, bo długie „okeeej” jakoś na mądrą odpowiedź nie wyglądało.
- Nie uważasz, że mimo wszystko uciekanie jest trochę… dziecinne?
- To według ciebie mniej dziecinna jest śmierć w męczarniach? Nie jestem głupi, Neji.
No faktycznie. Lepiej już niech Sasuke sobie ucieka, skoro w tej sytuacji miałoby mu się stać to, co Itachi zaplanował jako karę adekwatną do przewin Sasuke. Neji domyślał się, że nie było to nic dobrego.
- To może ja wezmę zakupy i zaniosę je do mieszkania, a ty sam pobawisz się w Jamesa Bonda na akcji, co? – zaproponował, wyciągając z rąk Sasuke torby z zakupami.
- Chyba żartujesz – powiedział Sasuke ściśniętym głosem – wtedy on weźmie ciebie jako kartę przetargową w rozmowach ze mną. Ach, Neji! – zakrzyknął chwytając go za ramiona i patrząc poważnie w oczy. – Ani się obejrzysz, a Itachi zakradnie się do ciebie tylnym wejściem i pozostaniesz bez najmniejszych szans!
Neji zamrugał; zakradanie się tylnym wejściem brzmiało dość niepokojąco w ustach Sasuke. Cholera, brzmiało wręcz złowieszczo. I… o matko, Sasuke nie miał chyba na myśli tego, co właśnie przemknęło przez głowę Nejiemu, prawda?
- Nie. Musimy uciekać razem. Tylko wtedy będziemy mieli jakieś szanse na przetrwanie. My dwaj, a cały świat przeciw nam! – dla podkreślenia wymowy wygłoszonej przed sekundą frazy, klepnął Nejiego w tyłek. To nie było zbyt dramatyczne, ale… każda okazja na klepnięcie w tyłek jest dobra. Każda. Nawet jeśli okazja nadarza się na sekundy przed wybuchem bomby jądrowej, a ty masz wybór – klepnąć kogoś w tyłek, czy zwiać (i tak nie dając rady uratować swojego życia), wiedz, że lepiej już klepnąć i umrzeć szczęśliwym.
Hyuuga nadal pod wrażeniem wieloznacznego zakradania się tylnymi wejściami prawdopodobnie wypowiedział coś jak „Eeee, w sumie dobra”. To zakradanie naprawdę było niepokojące, bo co jeśli Sasuke jednak miał na myśli to, co Neji miał na myśli??? A to klepnięcie jeszcze jakby to potwierdzało…
Neji ponownie został pociągnięty przez Sasuke (który w międzyczasie obrzucał podejrzliwymi spojrzeniami wszystkie kosze na śmieci – tam może być Itachi! – wszystkie skrzynki pocztowe – tam też może być Itachi! – a nawet co poniektóre gęstsze krzewy i rabatki – tam… a zresztą, wiadomo jak to leci), tylko tym razem nie do kolejnego rozwidlenia ulic, a do wnętrza jakiegoś budynku, gdzie obaj czym prędzej wpakowali się pod pierwszy mebel, jaki pojawił się w zasięgu ich wzroku. Było to biurko ze stertą splątanych kabli i koszem z wyrzuconymi doń wieloma skrawkami papieru pod spodem. Należy dodać, że mebel ten nie był zbyt wielki, a więc dwóch dorosłych facetów skutecznie zredukowało ilość wolnego miejsca. Było tam ciasno i w sumie dość ciemno. I były kable od komputera, i torby z zakupami, i Sasuke leżący na Nejim i jakieś urajstopione damskie nogi, które postukały obcasikami najpierw w pobliżu, a później już w ogóle dotarły do biurka i usadziły się przy nim, zmniejszając ilość miejsca pod biurkiem jeszcze bardziej i zmuszając chłopaków do ściśnięcia się jeszcze bardziej. Kryjówka była do bani. Definitywnie. Gdyby tylko te nogi nagle postanowiły przesunąć się o kilka centymetrów, elegancka szpilka wbiłaby się Nejiemu dłoń, co byłoby tak samo do bani jak kryjówka ogólnie. Tylko rzecz jasna bolałoby bardziej.
- Co teraz? – zapytał cichutko Neji, jednak Sasuke milczał, słuchając pełnego fałszu nucenia kobiety siedzącej przy biurku. Jednocześnie próbował wychwycić z otoczenia jakieś bardziej niebezpieczne dźwięki niż ta odważna interpretacja Madonny rozbrzmiewająca znad blatu.  Dźwięk brzmiący jak: „Ha, bracie! Znalazłem cię!!!” poprzedzony serią z karabinu maszynowego jednak nie nadchodził. Uchiha zaczął nawet myśleć, że szanse na udaną ucieczkę są naprawdę duże.
No dobra to jest trochę lepsze od bycia ciąganym po ulicach, zadecydował tymczasem Neji, próbując wyprostować choć trochę przykurczone niewygodnie kończyny. Przynajmniej trochę lepsze do czasu, aż właścicielka nóg nie upuściła długopisu i nie postanowiła się po niego schylić. Sądząc po szoku wymalowanym na jej twarzy jej drugie imię brzmiało Zdziwienie. Sądząc po ogólnym wyglądzie, jej pierwsze to Sakura.
O rany…
- SASUKE-KUN??? – krzyknęła ogłuszająco różowłosa dziewczyna, kompletnie zapominając o długopisie.
No i to było na tyle z ich wielkiej ucieczki. Po niecałych dziesięciu minutach zostają wykryci i to w sposób tak głośny, że chyba tylko głuchy nie dowiedziałby się o ich obecności. Sasuke, ech, Sasuke… - pomyślał Neji popychając kolanem skamieniałego Sasuke gapiącego się w oblicze Sakury z taką samą intensywnością, jakby on też miał zamiar przemianować się na Sasuke Zdziwienie Uchiha.
- O mój bożeee! To naprawdę Sasuke-kun! Pod moim biurkiem! – pisnęła dziewczyna podskakując z radości. Sasuke mruknął coś bardziej jak „o nie, nienienienie” i tylko mocniej ścisnął Hyuugę. Neji sapnął wciśnięty między blat a podłogę; tutaj jest… za mało miejsca!... jeszcze chwila, a naprawdę… się zacznie dusić. Hyyy…! Już powoli zaczynał charczeć, kiedy Sakura sięgnęła w końcu po Sasuke i wytargała go za koszulę na światło dzienne. Neji szybko wyczołgał się za nim szczęśliwy, że może się wyprostować i odetchnąć pełną piersią.
- Cześć Sakura – przywitał się Sasuke, uśmiechając się bardzo niepewnie. Zważywszy, że dziewczyna wciąż trzymała go za koszulę i to trzymała na tyle blisko, aby móc patrzeć na Uchihę z bardzo niedaleka, to niepewność była jak najbardziej zrozumiała. – Pieknaś niczym chmura zdobiąca czoło a…aaatłasowego abażura.
Chmura? No jasne, Neji przed każdą chmurą, która zdobi czoło wszelkich abażurów świata przystaje z nabożnym podziwem i chłonie cudowną estetykę… tego. Albo przystawałby, gdyby wiedział, że takie dziwo występuje w naturze. W każdym razie od tej chwili zamierza przystawać i chłonąć estetykę. No chyba, że jakoś mu to wyleci z głowy… a to dość prawdopodobne.
Hyuuga nadal na klęczkach spojrzał ciekawie na Sasuke. Och, och – czy za chwilę coś mu się stanie? Czy znowu będzie musiał leżeć z woreczkiem z lodem na szczęce, bo Haruno zadecyduje, że przefasonowanie twarzy dobrze mu zrobi na elokwencję?
Cóż taki widok zapewne czekałby na Nejiego, gdyby Sakura była normalną kobietą. Bo każda normalna kobieta byłaby co najmniej zdeprymowana takim powitaniem, ale Sakura była uśmiechnięta od ucha do ucha i rozpromieniona tak, że gdyby w pobliżu trzymano jakieś liczniki Geigera, to te zaczęłyby wariować.
- Och, Sasuke-kun! Wiesz, jak rozmawiać z kobietą!!
- Cała przyjemność po mojej stronie – powiedział niskim głosem Sasuke, chwytając za dłoń Sakury i muskając ustami jej wierzch. I w tamtym właśnie momencie dziewczyna wpadła na amen. Zachwycona szarmanckością Sasuke usiadła na krześle przy biurku i wpatrywała się w bruneta rozmarzonym wzrokiem.
- A tak w ogóle, to znasz może jakieś bezpieczne miejsce w okolicy?
Sakura nadal gapiła się na Sasuke, nie zwracając uwagi na pytanie. Neji w międzyczasie wstał i otrzepał spodnie z kurzu, jaki tu i ówdzie zalegał na podłodze. Może Sasuke jednak… jednak czasem myśli? To w końcu nie był aż taki zły pomysł z tym przyflirtowaniem do Sakury. Przynajmniej był skuteczny – może nie wirtuozerski i inteligentny, ale przynajmniej skuteczny. A to się liczyło na plus.
- Sakura? – Neji pomachał dziewczynie przed szeroko otwartymi oczami. – Sakura?
Sakura jednakże oznak życia nie dawała poza pomrukiwaniem co jakiś czas: Ah, Sasuke, Sasukeee i patrzeniem na rzeczonego, który raczej zdawał się nie przejmować tym faktem.
- To z szoku? – zwrócił się do Sasuke, który wyciągał spod biurka ich torby z zakupami i sprawdzał, czy zawartość nie ucierpiała. – Często tak ma?
- Często. Widzisz, Neji – uśmiechnął się Sasuke – tak działam na ludzi i ojejku, nic nie poradzę, że jestem taki przystojny i pociągający, jaki jestem.
- Aha – mruknął Neji, bo co innego mógł powiedzieć?
- Gdybym nie był, czy byłbyś o mnie taaaki zazdrosny? – zapytał chytrze Sasuke.
Neji przymknął na chwilę oczy, czekając na ratunek z niebios. Niebiosa jednak rzadko mają dobre wyczucie albo w ogóle rzadko przejmują się losem zwykłych śmiertelników, nie chcących się przyznawać do swoich uczuć, więc i tym razem żadne zdarzenie paranormalne nie uratowało go od odpowiedzi. Życie jest ciężkie, a Sasuke czekający kilka metrów obok ciebie na odpowiedź jest do zniesienia równie trudny.
No chyba, że… Wybrnięcie z grząskiego tematu, jak pomyślało się krótką chwilkę, nie było jednak aż tak trudne. Hyuuga postanowił ominąć temat zazdrości szerokim łukiem i pozostać przy Itachim. To było tą lepszą alternatywą.
- Nie mieliśmy uciekać?
- Mieliśmy. Nadal mamy. Tylko mi odpowiesz i znikamy, Neji, znikamy, jak sen jaki złoty!
- Ale po co zwlekać? – rzekł Neji ze źle zagranym entuzjazmem. – Itachi tutaj przyleci zwabiony tamtym ultradźwiękowym krzykiem Sakury, a my sobie będziemy tak stać i rozprawiać, jaki to ja jestem zazdrosny, a zaznaczam, że nie jestem, i jak bardzo chcesz ode mnie usłyszeć, że jestem? – chłopak trochę się zapętlił w wyjaśnieniu, ale przekaz dla Sasuke był i tak nieprzyjemnie wyraźny; Itachi czyha na każdym kroku. Do jasnej cholery, a może już znalazł się na tej ulicy?! A może zaraz wejdzie do budynku?!!!
- Tak właściwie… - Sasuke niespokojnie rozejrzał się po budynku. Sala była dość duża i przestronna, urządzana w nowoczesny sposób obejmujący kilka futurystycznych biało-srebrnych foteli i stalowe kręcone schody na piętro. – O, pójdziemy na górę – ręka Sasuke wystrzeliła, wskazując drogę na piętro.
- A jej nic nie będzie? – Neji zawahał się przed złapaniem za barierkę i podążeniem w ślad za, uh, mężem?
- Nie powinno, myślę, że po tylu latach już zdążyła się przyzwyczaić. No chodź. Tylko szybko, kto wie, jakie zło może czaić się na zewnątrz, o, tuż za tymi oszklonymi drzwiami.
Obaj przyjrzeli się drzwiom wnikliwiej niż przedtem. I nagle rzeczone drzwi jakby oświetliło mroczniejsze światło, a ludzie przechodzący chodnikiem tuż za nimi zdali się wyglądać, jakby dopiero co wyszli z kryminału. Pewnie gdyby Sasuke i Neji gapili się na drzwi jeszcze trochę bardziej i dłużej sugerowali sobie, że czeka tam na nich wielkie, okropne zło, to uparliby się zobaczyć przechodniów z kajdankami na rękach i odzianych w pomarańczowe uniformy rodem z amerykańskich filmów traktujących o zakładach karnych. Nie mieli jednak czasu na gapienie się i wmawianie, że zło czyha na zewnątrz, kiedy złu nic przeszkadzało wtargnąć do środka i zacząć działać w środku. Czym prędzej popędzili więc po stopniach w górę.   
Korytarz tam był pusty. Ha! więc jednak zło jeszcze ich nie dogoniło i mogą odzyskać trochę pewności siebie, nie czując ciężkiego oddechu zdyszanego pogonią Itachiego na karku.
- Patrz, jest balkon! – kiwnął Sasuke w kierunku innych oszklonych drzwi. – O radości, iskro bogów, tędy możemy stąd uciec!
- Chwila – Neji zatrzymał się w połowie pomalowanego na biało korytarza. – Chcesz powiedzieć, że weszliśmy tutaj tylko po to, żeby stąd wyjść? Przez balkon?
- To było dla tak zwanej „zmyły”, Neji – odparł Sasuke. – Nikt nigdy, a szczególnie mój starszy brat, nie wpadnie na to, że można wejść do budynku i po dziesięciu minutach wyjść z niego ot tak, bez próby znalezienia jakiegoś mniej oczywistego wyjścia, czy robienia podkopu. Czy to nie jest genialny plan? A wyobraź sobie, że wpadłem na to dopiero przed chwilą!
- A za tymi drzwiami już nie ma niczego złego, jak na parterze? – dopytał się ze zdziwieniem Neji.
- No właśnie nie ma – Sasuke pokiwał z zastanowieniem głową, przemykając wzrokiem po ramie, na dłużej zatrzymując się na dość nowej klamce. – Nie ta aura. To jest aura niedawnego remontu, a nie wielkiego zła.
- Sasuke, ale to jest idiotyczne po prostu! – krzyknął bezsilnie.
- Nie narzekaj – zirytował się Sasuke – przejdziemy się po jeszcze kilku dowolnych budynkach i zgubimy Itachiego kompletnie. Nie będzie wiedział, gdzie góra, gdzie dół, nie wspominając o prawej i lewej stronie, bo z ich rozróżnianiem ma problem już od dzieciństwa.
- A skąd masz pewność, że w ogóle jest jakaś pogoń? Że chce mu się latać po całej Wiosce i szukać nas po wszelkich domkach, na jakie tylko się natknie?
- No, pewności nie mam, ale ci źli zawsze lubią pobiegać za tymi dobrymi. Myslę, że w tym wypadku, rola „tych dobrych” przypada nam, jako że my nie mamy najmniejszych chęci uszkadzać nikogo z takiego błahego powodu, jak spalenie domu. A i mimo wszystko to zawsze lepsze niż czekanie, aż Itachi po prostu nas dorwie… Nie mam racji?
Nie miał. Przynajmniej według Nejiego, ale Hyuuga już po prostu zacisnął zęby, zgrzytając cichutko, i wyjrzał na balkon.
Przynajmniej nie było znowu aż tak wysoko. Te kilka metrów w dół… co to dla niego.
Neji przełknął ślinę, obserwując jak Sasuke przekłada nogę przez barierkę.
***
Neji był zmęczony. Bardzo zmęczony, co również odbijało się na jego wyglądzie zewnętrznym. Spodnie i koszula zostały udekorowane błotnistymi plamami, a włosy zdobiły opadłe liście i gałązki, które wczepiły się w jego fryzurę, kiedy Sasuke uznał, że najbardziej niekonwencjonalnym ruchem, którego nikt by się nie spodziewał, będzie doczołganie się do kamienicy przez plac zabaw. Hyuuga już nie chciał się kłócić, dlatego bez słowa padł na płask i rozpoczął mozolne pełznięcie po lekko błotnistym podłożu. Chociaż samo to, że nie chciał się kłócić nie obejmowało, że jest z tego wszystkiego zadowolony i że Sasuke nie będzie musiał w domu bardzo się postarać, aby wrócił mu dobry humor. A o dobry humor Nejiego ciężko było, szczególnie w ostatnich tak psychodelicznych dniach. Żeby go zapewnić Sasuke musiałby się starać długo i bardzo mocno. I prawdopodobnie musiałby się postarać o tort czekoladowy albo co…
Neji zrzucił brudne buty na podłogę obok toreb z zakupionymi garniturami i przeczłapawszy kilka kroków do salonu, legł na sofę. Odetchnął głęboko, zamykając oczy – taak, tutaj przynajmniej mógł rozprostować kości, a nie leżeć z Sasuke pod biurkiem, jakby byli sardynkami ściśniętymi w bardzo małej, ciasnej puszce.
Z korytarza coś zapiszczało cienko: „O nie, moja kanapa!” mając zapewne na myśli niezbyt schludne odzienie Nejiego napastujące jej obicie, ale tamto coś nie kontynuowało piszczenia, ani żadnych działań godnych Ruchu Wyzwolenia Kanap Spod Okupacji Ubłoconych Ubrań, więc Neji uznał, że równie dobrze mogło mu się zdawać. Tak, na pewno mu się zdawało.
- Neji – odezwał się po kilku minutach głos jakoś blisko ucha Hyuugi.
- Hmmhmmm? – mruknął, nie mając chęci na artykułowanie jakichkolwiek wyrazów.
- Nie chciałbyś się wykąpać na przykład? Wtedy… - mamrotu, mamrotu – sofa… - mamrotu – czysta… -była? – mamrotu – nie… czyścić.
Ah! W końcu to doszło do umysłu wycieńczonego Nejiego. Kąpiel! Kąpiel była dość przyjemną koncepcją. Woda w wannie, piana, pachnące żele do mycia, szampony i odżywki do włosów… ciepło i unosząca się delikatnie w łazience para wodna… hmm, tak, kąpiel… Ciekawe, jak dużą wannę miał Sasuke? Bo aż wstyd przyznać, ale dzisiaj rano, kiedy Neji w oczekiwaniu aż Uchiha nie przyjdzie z zakupów, martwiąc się, że chłopak obraził się na niego śmiertelnie, jakoś nie zwrócił uwagi na jej rozmiary…
- Mam dużą wannę – powiedział Sasuke zupełnie, jakby czytał Hyuudze w myślach. – Zmieścimy się obaj – mruknął sugestywnie, siadając na oparciu kanapy i kładąc dłoń na barku długowłosego. Dłoń wkrótce przesunęła się i odpięła Nejiemu dwa górne guziki od koszuli. – Napuszczę dużo ciepłej wody, wleję dużo tego pachnącego żelu, co położyłeś go w szafce łazienkowej, i będziemy się pluskać i myć sobie plecy, co Neji?
Sasuke mimo postawienia pytania jakoś nie czekał na odpowiedź Hyuugi, jak tylko wypowiedział „co Neji”, już zsunął się z kanapy i popędził do łazienki napełniać wannę. Z góry uznał, że pewnych propozycji wysuwanych przez Uchihę Sasuke, najseksowniejszego faceta w Konosze, się nie odrzuca, bo takie odrzucenie świadczy co najmniej o braku gustu… a w skrajnych przypadkach zapewne też o impotencji. A co tam, uznał Neji, przeciągając się na sofie, ostatecznie może wykąpać się z Sasuke. Jedna taka kąpiel chyba nikomu jeszcze nie zaszkodziła, nie? A Neji miał też nadzieję, że jak zaszkodziła, to nie jakoś drastycznie i trwale.
Neji postanowił nawet udać się do kuchni i coś zjeść, bo to całe uciekanie i związane z nim wchodzenie do wszystkich budynków, jakie tylko stanęły im na drodze, zostawiło go z niezbyt przyjemnym uczuciem ssania w żołądku. Już miał wyjść z salonu, kiedy jego uwagę zwróciły niedokładnie domknięte drzwi jednej z szaf. Dodajmy tej jednej, w której znajdowały się ubrania Nejiego. Czy to, że były niedomknięte świadczyło, że jakaś z jego jedwabnych koszul zsunęła się z półki i teraz zwisa tam zakleszczona między drzwiczkami? A jak się poniszczy?!
Ledwie dotknął szafy, a drzwi odskoczyły jak żywe. Bieliźniarka krzyknęła:
- Głupi mały braciszku!
I z szafy wyszedł wysoki brunet z długimi ciemnymi włosami związanymi w koński ogon. Brunet ten oprócz zwyczajnej ciemnoszarej koszuli i czarnych spodni, na sobie miał także kilka przewieszonych przez ramiona błyszczących szmatek, które na pierwszy rzut oka wydały się Nejiemu znajome. Nagle zrobiło mu się zimno.
- Jeżeli to miała być ucieczka, to wiedz, że była tragiczna – powiedział brunet jeszcze głośniej, ściągając z siebie wszystkie te „szmatki”, które zdecydowanie były ulubionymi, specjalnie dla Nejiego zaprojektowanymi koszulami. Hyuugę nagle coś ścisnęło w gardle, kiedy patrzył jak pognieciony materiał jest bezceremonialnie wrzucany na dno szafy, a ta zamyka się z głośnym trzaskiem.
- Tragicznie tragiczna – powtórzył mężczyzna.
Neji spojrzał się wrogo na tego faceta, co wyszedł z szafy i pogniótł mu całą garderobę. Przybysz odebrał jednak tę płonącą w oczach wściekłość jako niezrozumienie wypowiedzianej przezeń przed chwilą frazy.
- Jak tragedie greckie, taka tragiczna – wytłumaczył. – A to znaczy, że najtragiczniejsza z możliwych, bo sorry, ale…
W mieszkaniu nagle zrobiło się bardzo cicho. Szum wody wlewającej się do wanny ustał kilka ładnych chwil temu, nawet zegar na ścianie przestał tykać, jakby w oczekiwaniu na coś, co miało wydarzyć się za chwilę i ma zamiar być tak epickie, że klimatyczna cisza jest wskazana.
- …alee… - zaciął się mężczyzna, patrząc na nagle szaleńczo poruszającą się klamkę w drzwiach łazienki. Wyglądało na to, że się zacięły. A niech to! Cnota Nejiego jest wystawiona na burzącą cały porządek wszechrzeczy obecność Itachiego!
- … ale…
- ITACHI!
W końcu z łazienki wyskoczył Sasuke bez koszuli i z już rozpiętymi spodniami, z każdą sekundą coraz bardziej zsuwającymi się z tyłka.
- … ale tak in reality to od razu przyszedłem tutaj i schowałem się w szafie. Nie chciałem się przemęczać, you know – dokończył z idealnie brytyjskim akcentem Itachi

Ciąg dalszy - mam nadzieję - nastąpi kiedyś. ;)