Uwaga!

Fanfiction yaoi, czyli traktujące o związkach męsko-męskich. Blog zawiera również treści erotyczne.
Nie lubisz, nie czytaj - ja do niczego nie zmuszam.
Możesz skomentować dowolną notkę, każdy komentarz zostanie przeczytany! :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 lutego 2014

"0,7 zgłoś się!" (SasuNaru)

        Uff, dawno nic nie wrzucałam, ale jestem tak zalatana, że nie mam czasu nic napisać. Hopefully, już niedługo trochę czasu na to znajdę i zaskoczę z kolejnym rozdziałem "Hypnotised", który powinien pojawić się najpóźniej w marcu (nie wspominam daty specjalnie, bo jeszcze nie wiem, ile mi to zajmie. :D).
Póki co jednak postuję moje opowiadanie napisane na pojedynek na forum SasuNaru - temat pojedynku wybierałam ja, bo bardzo chciałam przeczytać jakieś opowiadanie SN o żulach. Wszystkie teksty są rzecz jasna boskie (nawet przez wielkie B!) i, jak ktoś nie miał okazji, zapraszam do zerknięcia tutaj. 
SasuNaru jest tutaj co prawda niewiele, ale tekst jednak w zamierzeniu mial być krótki i cokolwiek rozpisanego bardziej nie zmieściłoby się nawet. ;)
 

W ogóle, o rany, dopiero teraz zerknęłam na daty - w styczniu blogaskowi stuknęły cztery lata. Osobiście jestem zszokowana. XD
 
0,7 zgłoś się!

            Kap!
            Coś zimnego spadło prosto na nos Sasuke, wybudzając go z pozbawionego snów letargu. Chrapnął jeszcze po raz ostatni, gwałtownie rzucił ramionami i podniósł się do pozycji siedzącej, drąc tym samym wieko kartonu. Kolejna zimna kropla rozbiła się już na jego głowie.
            Zmrużył oczy porażony nagłą jasnością i ciężko wypuścił powietrze z płuc. Nic dziwnego, że karton podarł się tak łatwo, skoro był cały mokry — dzisiaj będzie musiał wybrać na poszukiwanie nowego. I może wreszcie dowie się czegoś przydatnego, bo jeśli naprawdę będzie musiał spędzić jeszcze kilka takich nocy, to z pewnością złapie zapalenie płuc. Siąknął nosem, podrapał się po szyi omotanej jakimś trochę przebarwionym szalikiem i sięgnął do przepastnej kieszeni kurtki tylko po to, żeby napisać w zeszycie trzy wyrazy: „Dzień 3. obserwacji”. Nie mógł napisać więcej, bo tak naprawdę niczego nie zaobserwował. Poza tym że nie miał dzisiaj gdzie spać, bo jego karton był aktualnie zdemolowany.
            Sięgnął potem po leżącą w tyle kartonu butelkę i łyknął sobie wina na tyle, na ile jego ilość pozostała w butelce mu pozwoliła. Starając się potem zapalić namokłe zapałki, zerkał jednocześnie na kilka krótkich zapisków wypełniających otwartą stronę zeszytu. Nie były nawet ciekawe, żeby nie mówić, że były w jakikolwiek sposób istotne. Ot:
Dzień 1. obserwacji
Obserwację pod przykrywką rozpoczęto o godzinie szesnastej. Środowisko nie zwróciło większej uwagi na obcą osobę. Poszukiwanie informacji i dowodów obciążających podejrzanego (nazwisko utajnione z powodu operacji terenowej i ryzyka utraty Dziennika Obserwacji) w toku.
            Dzień 2. obserwacji
Przykrywka wzbogacona o znaleziony w obserwowanym środowisku rekwizyt, tj. czapkę w kolorze czarnym, model przez środowisko zwany „czapką żula”. Obserwujący (dane utajnione z powodu operacji terenowej i ryzyka utraty DO) wyrzucony z sieciowej restauracji typu fast food ok. godz. 4 rano. Nocleg w obserwowanym środowisku; środowisko nie wykryło żadnych nieprawidłowości. Obserwacja w toku.
            I nie zanosiło się na to, że uzupełnianie tego cholernego dziennika jakoś szybko się skończy. Może dlatego dali mu taki gruby zeszyt — przecież on wystarczy na co najmniej dwa lata! Dwa lata spania w kartonie pod mostem, z deszczem padającym prosto na nos. No nie, Sasuke, musisz coś ogarnąć. I to prędko.
            Zresztą kto by pomyślał, że te lata szkoły policyjnej i potem pracy w policji nagle doprowadzą go do bycia żulem. Takich rzeczy nigdy nie wymagano od porucznika Columbo ani Kojaka, czemu więc nagle pojawiły się jakieś zadania do wykonania w żulerskim półświatku. Czemu w ogóle uznali, że Sasuke nada się najlepiej. Absurd!
Sasuke i Naruto nadadzą się, dokonał w myślach szybkiej poprawki. Obaj.
I kiedy pomyślał o Naruto, nawet zrobiło mu się trochę lżej na duchu. Ale tylko trochę. Na tyle na ile podnieść na duchu może myśl, że to ktoś inny, a nie on, na co dzień lata w dość specjalnym stroju, gotując obiady w jadłodajni dla bezdomnych. To niezbyt wiele, ale już coś.
***
            — Pokręciło ich. Totalnie pokręciło! — Wybuchnął Naruto, kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi od biura, bo ich przełożony, Kakashi, wspaniałomyślnie uznał, że „nie chciałby ich dłużej zatrzymywać, gdyż zapewne są bardzo zajęci”. Zamknięty karton, który dostał w biurze i teraz trzymał w dłoniach, aż się trząsł od wcale nieskrywanej złości. — Że co, że mamy teraz iść obaj w przebraniach i badać środowisko żuli od środka, bo może akurat w jakimś zaułku trafimy na ten cholerny skradziony naszyjnik tej, no, aktorki Ino… Yamanaki? Rany, czy ci ludzie nie widzą tego, jak bardzo to jest bez sensu? Skąd w ogóle ta laska się urwała, żeby przyjeżdżać tutaj, wyjść na spacer i pierwsze co zrobić to dać się okraść.
            Sasuke zszedł kilka stopni niżej po schodach.
            — Nie widzą. Przecież powiedział ci, że to z powodu pogłosek i pewnego wartego sprawdzenia podobieństwa między poszukiwanym a osobą, która jest w policyjnych kartotekach. Widziałeś zdjęcie, widziałeś nazwisko, czytałeś o znakach szczególnych, więc teraz przed nami już tylko najprostsza rzecz. Znaleźć „Króla Żuli” Orochimaru — prychnął Sasuke. — Mówili, że szczegółowe instrukcje i przebranie operacyjne mamy w tych kartonach, prawda?
            — Już się boję, co nam dali. — Naruto przewrócił oczami i kiedy stanął obok Sasuke, zapytał: — No, to otwierasz? I tak z sekundy na sekundy to wszystko nie stanie się lepsze, a tak samemu otwierać, to wiesz. Raźniej we dwóch.
            I prawie równocześnie unieśli wieka kartonów.
            — No super — skomentował Sasuke zawartość swojego pudełka. Naruto przez moment wpatrywał się w kłębek ciemnych szmat bez słowa, a po przeczytaniu opisu przebrania, wykrzyknął po raz kolejny:
— No chyba ich pokręciło, cholera jasna!
Na karteczce napisano: „czarny habit damski”.
Sasuke wybuchnął śmiechem.
***
            Teraz jednak Sasuke do śmiechu nie było ani trochę. Zmienił zdanie z „że przynajmniej nie lata w habicie” na „szkoda, że nie lata w habicie”. Naruto może i w zakonie był taką trochę „kobietą z brodą” (bez piersi i z szerokimi barkami do tego), ale chociaż miał co jeść i gdzie spać. I nie musiał włóczyć się po dworze w tym zimnie.
Trudno było powiedzieć, czy, aktualnie, widoczność Sasuke bardziej utrudniał mrok źle oświetlonego zaułka czy mgła wisząca w powietrzu. Musiał iść prawie po omacku i jednocześnie dokładnie sprawdzać każdy ciemny kąt. Zbliżała się dwudziesta pierwsza, kiedy skręcił w kolejny zaułek.
Włóczył się po takich uliczkach — po tym labiryncie kartonów, żuli, potłuczonych butelek i tanich petów — już od trzech godzin, nie znajdując jednak nic szczególnie przydatnego. Jedynie jakąś poranną gazetę wciśniętą między dwa zawilgocone kartony i nic poza tym. Żadnych śladów, nic podejrzanego co wiązałoby się z jego zadaniem. Ba, do tej pory jedyną w jakimś stopniu przydatną informacją była ta o stołówce dla bezdomnych, którą prowadziły siostry zakonne kilka ulic dalej. Była to dokładnie ta stołówka, w której „pracował” Naruto. Może dlatego grochówka była tak paskudna i, nie wiedzieć czemu, smakowała trochę płynem do mycia naczyń.
Naruto pod żadnym pozorem nie powinno się wpuszczać do kuchni, bo takie małe tragedie zdarzają się w jego przypadku aż nazbyt często — o czym Sasuke wiedział z autopsji i spożywania co najmniej kilku śniadań przyrządzonych przez Uzumakiego. Nie zawsze jednak smakowały płynem do naczyń — czasem były spalone. Albo przesolone.
            To co już wiedział było dosyć marnym materiałem poszlakowym jak na trzy dni pracy w terenie. To wręcz bardzo mało, jeśli weźmie się pod uwagę, że Sasuke po tym czasie już wyglądał jak rodowity mieszkaniec takiego zaułka — nieogolony, w brudnych ubraniach, zamotany w kurtki i szaliki, byleby było tylko trochę cieplej, i nawet z jakąś cholerną butelką wódki pod ręką! Z każdym łykiem nawet jakby smakowała mniej paskudnie.
Ale spokojnie, powiedział sobie w duchu, nie denerwuj się, Sasuke. Nikt nie osiągnął sukcesu od razu; jak nie dzisiaj, to może jutro. Jak nie po tej butelce wódki, to po kolejnej.
            Westchnął, rozglądając się po uliczce w jakiej się aktualnie znajdował. Ta akurat z jednej strony ogrodzona była metalową siatką (w jednym miejscu naderwaną tak, że bez większego problemu można było przecisnąć się na drugą stronę), a dwa pozostałe boki ograniczały wysokie, na co najmniej trzy piętra, ściany z gołej cegły. Przestrzeń pomiędzy ścianami i siatką wypełniał wielki, metalowy kontener na śmieci, jakieś dwa mniejsze śmietniki i mnogość kartonowych pudeł rozmiarów wszelkich i zapewne z równie różnorodną zawartością. O tym, co jest w środku, można było przekonać się dopiero podchodząc bardzo blisko — w mroku rozświetlanym jedynie przez latarnię stojącą za siatką niełatwo było zauważyć coś od razu.
            Sasuke więc podchodził bardzo blisko, lustrując i klasyfikując zawartość kartonów. W tych mniejszych, znajdowały się butelki (przeważnie puste, ale zdarzały się wypełnione substancjami niewiadomego pochodzenia po otwarciu ostro pachnące spirytusem), czasem jakiś plik skrzętnie zbieranych ulotek, a w tych większych często spali ludzie. Nie dziwiło to Sasuke szczególnie, po tych trzech dniach i noclegu właśnie w takim kartonie wyścielonym ulotkami i zdobytymi gdzieś szmatkami. Teraz raczej spodziewał się zastać w takim kartonowym przybytku w końcu kogoś zorientowanego w sprawie. Już najwyższy czas!
            Ku wielkiemu zawodowi Sasuke, w kartonach nie znalazł ani nikogo, ani niczego. I nawet miał zawracać i wejść w jakąś inną uliczkę, kiedy jedna z jego kieszeni zaszemrała (albo raczej przeciągle zawyła):
            — 07, zgłoooś się!
            — Odbiór. Nie drzyj się tak, Młotku.
            — Oj, dobra — żachnął się Naruto. — I co?
            — Pstro. — Kulturalnie odparł Sasuke. — Nic, oczywiście. Czemu w ogóle dali mi numer 07? — zapytał, zezując w stronę trzymanej w drugiej ręce butelki wódki. Przewidzieli to?
            — Pewnie mieli ciężkie rozkminy między siódemką i piątką — zaśmiał się Naruto. — I może zasugerowali ci, jak wielkie butelki powinieneś kupować. Tak jakbyś miał wątpliwości, że 0,7. Miałeś?
            — Odnośnie samego zadania tysiące, odnośnie butelek chyba mniejsze — mruknął Sasuke.
            — O, no odnośnie zadania to ja też. I na dodatek tutaj nic się nie dzieje, cały dzień chodzę od kaplicy do stołówki i z powrotem, i to jest meganudne. Nie wiesz jakie miałem rano problemy, żeby się niepostrzeżenie ogolić w łazience, gdzie w każdej sekundzie może wejść jakaś siostrzyczka…
            — I o tym mamy rozmawiać przez krótkofalówkę, Naruto?
            — Nooo… Wiem, że nie możemy. Niby. Ale tak bardzo mi się nudzi, że nawet nie wiesz jak, a rano udało się trochę pociąć żyletką i…
            — To się rozłączam. Bez odbioru.
            — Sasuke, ty znerwicowany buraku, no weeeź!
            Sasuke wyłączył krótkofalówkę i wepchnął do jednej z przepastnych kieszeni kurtki i wtedy, tak jak miał zamiar wcześniej, skierował się do wyjścia z zaułka.
            Dobre sobie, jakby to Naruto trafił gorzej z nich obu. Że rano miał problemy, żeby się ogolić, pfff. A co miał powiedzieć Sasuke, który nawet nie miał jak się ogolić. Wzywanie Sasuke tylko po to, żeby o tym opowiedzieć było chyba jakimś przejawem sadyzmu. Jak już się zobaczą, to Sasuke mu to powie. Albo lepiej — pokaże jakąś swoją wersję sadyzmu. Bardzo sadystyczną wersję.
            Nagły szelest i następujący chrobot czegoś metalowego wyrwał Sasuke z jego wizji zemsty na Uzumakim. Ktoś tutaj był! Uchiha szybko się odwrócił. Był i przechodził pod tą rozklekotaną siatką z workiem pełnym, chyba, aluminiowych puszek.
            Sasuke przybrał więc odpowiednią pozę — oparł się o mur, założył jedną z rąk na piersi, a druga niedbale zwisała mu z boku. I tę drugą dłoń raz po raz unosił do ust, popijając wódkę z butelki.
Teraz tylko poczekać kilka chwil, aż ten ktoś podejdzie. I może Sasuke wreszcie czegoś się dowie.
            Chrobot puszek ciągniętych po ziemi zbliżał się do Sasuke powoli, ale konsekwentnie — z kilkoma przerwami pozwalającymi nieznajomemu na przeszukanie porzuconych w zaułku kartonów i koszów z odpadkami. 
            — Och — usłyszał całkiem młody, męski głos. — Nie widziałem cię wcześniej, zapewne nie masz żadnych puszek, którymi chciałbyś się podzielić?
            — …nie — odpowiedział Sasuke najbardziej schrypniętym głosem, na jaki go było stać. Nie musiał bardzo się wysilać. — Wszystko już zainwe.. zain… kupiłem to. — I machnął butelką przed nosem nieznajomego mężczyzny. Naprawdę miał problem z wymówieniem tego słowa; może był trochę wcięty? Niemożliwe, po wypiciu około połowy butelki wódki w trochę ponad godzinę? Chyba po prostu dobrze się wczuł w rolę.
            Nieznajomy miał długie, ciemne włosy, zniszczoną skórzaną kurtkę, z czymś przewieszonym przez ramię, a do tego, oczywiście, plastikowy worek wypełniony aluminiowymi puszkami.
            — Ja pół dnia chodzę i zbieram puszki — wyznał rozmówca Sasuke. — Może akurat dzięki temu będę miał na fajki. Najpierw stałem na skrzyżowaniu i trochę grałem.
            — Z grania nie ma pieniędzy? — To był dobry temat, może uda się to jakoś pociągnąć i czegoś się dowiedzieć. Motyw pieniędzy może go zaprowadzić do Orochimaru, Króla Żuli.
            — Jest. Trochę — przyznał brunet. — Więcej jak nie śpiewam i nie wiem dlaczego. W każdym razie bardziej opłaca się jednak stać i grać, niż sprzedać to cholerne gitalele. Neji jestem, tak w ogóle.
            Uścisnęli sobie dłonie, obie zmarznięte i nieprzyjemne w dotyku.
            — Sasuke. Może to kwestia repert… tego co śpiewasz?
            — Śpiewam to, co sam napiszę. Jestem poetą — dodał po chwili, bo Sasuke nie powiedział ani słowa. Po tym wyznaniu także się nie odezwał, więc Neji musiał pociągnąć: — To chyba normalne, że poeci nie mają pieniędzy?
            I zostają żulami?, dopowiedział sobie w myśli Sasuke. No chyba nie. Zresztą to, że policjanci są żulami i piją wódkę na służbie też nie jest normalne.
            — Nie wiem… — zaczął, ale Neji już kontynuował opowieść o tym, dlaczego poeci nie mają pieniędzy i dlaczego on, jako poeta, też nie ma pieniędzy.
            — …i wuja w końcu wyrzucił mnie z domu, podarł mój dyplom magistra zarządzania i od tej pory mieszkam na ulicy. Nie jest źle jak na rok. Czasem gram, czasem zbieram puszki, mam dużo czasu i życiowych inspiracji do moich wierszy, a i czasem nawet złapię jakąś robotę. Wuja chyba by się ucieszył, gdyby zobaczył, jak przerzucam towar w porcie. To w końcu taka prawdziwa „męska robota” — zaznaczył z przekąsem — a nie artystyczne fiu bździu. Śledzie chyba są symbolem męskości dla niektórych ludzi.
            Sasuke chrząknął — od wódki nawet zrobiło mu się trochę gorąco, więc poluźnił szalik owijający szyję.
            — To jest tutaj jakaś robota? — zapytał, pomijając temat męskich śledzi. — Też jestem prawie bez grosza, tyle co dzisiaj… — Sasuke szybko przekalkulował, co takiego też mógł rzekomo robić, żeby naprowadzić Nejiego na właściwy trop, a nie zdradzić, że bycie żulem to tylko policyjna przykrywka. — Sprzedałem trochę miedzi w skupie. Wiesz, takie tam kable, rzeczy różne takie. Na wódkę i hot doga na stacji starczyło.
            — A, taka robota — zastanowił się Neji. — Jesteś tutaj nowy, prawda?
            — No. Trochę. Długi, wiesz, stracisz pracę, ze dwa razy nie zapłacisz za mieszkanie i lądujesz, gdzie lądujesz. — I pociągnął po raz kolejny z gwinta. — A może — Sasuke wpadł na pomysł — chcesz łyka?
            Neji chciał. Chwilę więc stali i butelka wędrowała między nimi z rąk do rąk.
            — Wiesz — Neji odezwał się w końcu — byłaby taka robota. Tylko ja sam tam nie chodzę, duże ryzyko i w ogóle. To niedaleko, w starym sklepie, w piwnicy.
            — Czy to Orochimaru? — zaryzykował Sasuke. — Wiesz, chyba każdy o nim słyszał, nawet ja. Król żuli Oro. To może być dobrze płatne, a kasa by mi się przydała.
            — Jak każdemu. I tak, to chyba on. — Neji nie wyglądał jak ktoś bardzo pewny swoich słów. — A jak nie, to pewnie z Orochimaru związany. Tutaj wszystko musi iść jak w zegarku pod jego dyktando, bo jak nie to wiesz. — Neji wykonał gest podrzynania gardła, po czym wziął worek z puszkami na plecy. — Pokażę ci, dokąd masz iść.
            ***
            Piętnaście minut, jeden przeskoczony płot i jedno wybite kopniakiem okno później, Sasuke, przeprowadziwszy pobieżny rekonesans, znalazł się w budynku, w którym to raczej na pewno znajdował się Orochimaru. I tutaj miał zamiar przeprowadzić rekonesans dokładniejszy. Szłoby mu to pewnie lepiej, gdyby wcześniej nie wypił tyle wódki, ale cóż — życie, będzie musiał sobie poradzić. Tylko trochę szkoda, że nie mieli takich rzeczy w szkole policyjnej. Jakoś tak nikt nie pomyślał, że czasem jednak trzeba prowadzić śledztwo pod wpływem alkoholu i nie zawarł takich aspektów pracy policjanta na żadnych ćwiczeniach i nie wspominał nawet na wykładzie. Skandaliczne.
            Sasuke przecisnął się przez wybite okno, uważając, żeby się nie pokaleczyć, co nie było bardzo łatwe w obliczu niezbyt dobrej koordynacji ruchowej po alkoholu. Potem otrzepał swoją ortalionową kurtkę i szalik z kurzu i szkła, i postanowił jednak poinformować Naruto, że jest już blisko Orochimaru.
            — 03, odezwij się, 03 — szepnął.
            — Odbiór, draniu. Mam nadzieję, że nie chcesz pogadać z nudów?
            — Jest akcja — uciął Sasuke. — Jak wyjdziesz na główną ulicę, to przy tym wielkim fioletowym billboardzie skręcisz w lewo, w zaułek. Znajdziesz wybite okno na wysokim parterze. Znajdziesz?
            — Spoko. I, muszę to powiedzieć, nareszcie!
            — Bez odbioru.
            Sasuke schował krótkofalówkę do kieszeni i, schyliwszy się, żeby być mniej widocznym, w półuklęku przemierzył zakurzone pomieszczenie i dotarł do drzwi. Upewnił się, że pistolet jest na swoim miejscu — również w kieszeni, obok krótkofalówki, dziennika i butelki z wódką — i powoli nacisnął klamkę.
            Niestety, z powodu upojenia alkoholowego, stracił równowagę, nacisnął klamkę całą siłą upadającego ciała i szarpnął za drzwi tak ostro, że nie tylko skrzypnęły, ale właściwie wypadły z zawiasów. I Sasuke znalazł się na czworakach na leżących już na podłodze korytarza drzwiach w kłębach kurzu i pyłu. Nie trzeba było długo czekać, aż kogoś ten hałas zainteresuje.
            — Ani kroku! — usłyszał i, zamroczony hukiem i alkoholem, ani myślał się ruszyć. Nadal tylko kurczowo trzymał się klamki.
            — To jakiś żul, cholera, wszędzie wlezą. Pewnie myślał, że coś tu znajdzie. Zaprowadzimy go do szefa, on będzie wiedział, co z nim zrobić.
            Teraz, Sasuke, albo wyciągasz broń i starasz się ich zastrzelić — co prowadzi do zadymy, albo dajesz się tym drabom zaprowadzić prosto do Orochimaru. I Sasuke, który mógł być aktualnie z celnością na bakier, zdecydował się na to drugie wyjście. Oszczędzi sobie szukania.
            Został brutalnie pociągnięty w górę i równie niedelikatnie sprowadzony po schodach. Faktycznie, w piwnicy, w otoczeniu kilku innych niebezpiecznie wyglądających ludzi, siedział facet wyglądający jak ten z kartoteki. Ubrany w coś, co wyglądało jak worek po ziemniakach przewiązany fioletowym sznurem, z długimi, jakby przetłuszczonymi włosami. Król Żuli.
            — Co on tu robi? — zapytał Orochimaru bardzo schrypniętym głosem. Brzmiał, jakby jego gardło przeżyło hektolitry taniego wina aromatyzowanego siarką i liczone w dziesiątkach tysięcy papierosy.
            — Rozwalił nam drzwi — przyznał jeden z drabów, mocniej zaciskając garść na ramieniu Sasuke. — Pewnie szukał tutaj czegoś do opylenia w skupie.
            — Tutaj? — Orochimaru parsknął śmiechem. — Przecież wszyscy w okolicy doskonale wiedzą, gdzie urzęduję i gdzie lepiej się nie zapuszczać.
            — Ten wygląda na porządnie zawianego. Może mu się pofiksowały domy.
            — No, to powiedz mi, chłopcze — zwrócił się do Sasuke Król Żuli — co cię tutaj sprowadziło?
            Sasuke nie zdążył odpowiedzieć, bo wtem:
            — 07, odbiór — zaszemrała niewyłączona krótkofalówka. — 07!
            Sasuke, gdyby mógł, walnąłby się dłonią w czoło. Taaak, to bardzo inteligentne z jego strony, żeby nie wyłączyć krótkofalówki w momencie, kiedy znajduje się twarzą w twarz z Orochimaru.
            — Och. — Tyle był w stanie stwierdzić.
            A Orochimaru już się zagotował:
            — Gliny, cholera! Pewnie jesteśmy już otoczeni.
            — Tak — przyznał Sasuke. I miał nadzieję, że nikt nie wpadnie na to, żeby wyjrzeć przez okno i stwierdzić, że to bujda. — Ukradłeś naszyjnik Ino Yamanaki i przyszliśmy go odzyskać. A przy okazji załatwić kilka innych spraw, o które jesteś podejrzany.
            — Nihil novi sub sole [1] — prychnął Orochimaru. — Do tej pory nikomu nie udało się mnie złapać, więc wątpię, że uda się tym razem. Tym bardziej, że jesteś w… nieszczególnej pozycji do aresztowania mnie.
            I w tym momencie, kiedy tryumfujący już Orochimaru, miał właśnie wydać drabom jakiś rozkaz, w pokoju  coś huknęło. Okno, tuż nad Orochimaru, zostało wyważone kopniakiem i w deszczu szkła Sasuke usłyszał szelest materiału. Potem zauważył, że osoba, która wpadła przez okno ma jasne włosy i jest ubrana w czarną szatę. Chyba miała nawet koloratkę i wielki pistolet maszynowy.
Naruto. To może być tylko on!
            Uzumaki przeładował karabin i przyłożył ją, leżącemu na podłodze, Orochimaru do głowy.
            — Wszyscy ręce do góry! — krzyknął. Draby trzymające Sasuke natychmiast od niego odskoczyły. — Jesteście aresztowani, wszystko co powiecie może zostać użyte przeciwko wam. Macie prawo do obrońcy i tak dalej. Zreferują wam to wszystko na komendzie.
            Sasuke stanął na lekko drżących nogach i również wyjął z kieszeni pistolet.
            — Nie miałeś być zakonnicą? — zapytał, podchodząc bliżej Naruto i trzymając na muszce popleczników Orochimaru, jakoś dziwnie grzecznie ustawionych pod ścianą.
            — Miałem i byłem. — Naruto uśmiechnął się szeroko. — Jak mnie wezwałeś, to zrobiłem sobie koloratkę z tektury i przybiegłem. Łatwiej biec bez tego welonu na głowie. W sumie, naprawdę mogli pomyśleć o tym od samego początku. Nawet bym chyba nie narzekał, gdyby kazali mi się przebrać za księdza.
            Już było słychać syreny za oknem i całe pomieszczenie rozświetliły biało-niebieskie światła dochodzące z zewnątrz.
***
            Naszyjnik, wraz z plikiem podejrzanych dokumentów i fałszywymi banknotami, znaleziono w znajdującym się w piwnicy sejfie. Ino Yamanaka mogła być już szczęśliwa, bo pewnie już niedługo, jak tylko wszystkie biurokratyczne kwestie zostaną wyjaśnione, dostanie to swoje świecidełko z powrotem.
            Sasuke z ulgą wyszedł z budynku, odprowadzając wzrokiem radiowozy wyjeżdżające z zaułka.
            — Zasłużyliśmy na podwyżkę, jak szlag zasłużyliśmy — powiedział Naruto, który wyszedł z budynku w ślad za nim.
            — Oczywiście — przyznał Sasuke i sięgnął do kieszeni po, wciąż tam tkwiącą, butelkę z wódką. Szybkim ruchem odkręcił zakrętkę. Musiał ją skończyć, przecież nic nie powinno się zmarnować. Wypił jeden porządny łyk i aż parsknął, krzywiąc się.
            — Ałł. — Naruto teraz dopiero znalazł się na tyle blisko, żeby zobaczyć, jak przebranie żula pasuje do Sasuke. — Wyglądasz okropnie. Faktycznie jak żul, nie wiem, czy przewidzieli to, że tak idealnie się dopasujesz. Nawet ta… czapka. I kurtka. I nawet śmierdzisz wódką.
            — Domyślam się.
            — I masz krew na policzku. — Naruto dokonał kolejnego odkrycia.
— To od szkła. Albo od drzwi? — zastanowił się głośno Sasuke. Sam naprawdę nie wiedział, gdzie właściwie udało mu się pokaleczyć.
            — Też robiłeś wejście na Rambo? — zaśmiał się Naruto. — Och, no udało mi się to ostatnie. Kakashi musi koniecznie o tym usłyszeć, jak tam wskoczyłem z karabinem i w ogóle.
            — Chcesz łyka? — zapytał Sasuke, wyciągając butelkę w stronę Uzumakiego.
            — No pewnie! I wiesz co, myślę, że możemy to opić jeszcze jedną flaszką, co najmniej. I to nawet w domu, bo tutaj jest trochę zimno. Dobrze, że mam pod spodem spodnie, bo pewnie by mi wiało po łydkach. Papiery załatwimy jutro, nie chcę dzisiaj nawet patrzeć na Kakashiego.
No to co, idziemy?
            — Ergo bibamus [2] — krzyknął Sasuke już trochę w stanie poalkoholowej euforii.
            I obaj, nadal w strojach operacyjnych, skierowali swoje kroki prosto do sklepu monopolowego.
***
[1] Nic nowego pod słońcem.
[2] Pijmy więc!

piątek, 2 sierpnia 2013

"Nigdy nie wiesz, kto siedzi po drugiej stronie" (SasuNaru)

Po miliardzie lat przerwy, coś jest! : D
Krótka miniaturka w tematyce internetowo-blogowej.
Od siebie dodam tylko, że ten myk z mailami, co zdarzył się Naruto, zdarza mi się cały czas, z czego w ogóle się nie cieszę. To moja życiowa tragedia. ;x

Nigdy nie wiesz, kto siedzi po drugiej stronie

Dzyń! — brzęknął laptop leżący na biurku.
Naruto, leżący do tej pory na łóżku, uniósł się na łokciu i wgapił w wygaszony ekran komputera. To zabrzmiało zupełnie jak… nowa wiadomość na jego mailu! Szanse, że był to jakaś mający znaczenie mail, a nie spam, wynosiły w sumie pięćdziesiąt procent — albo tak, albo nie. Jeśli tak, to jego wysiłek polegający na wstaniu i przejściu tych trzech kroków w stronę biurka będzie wynagrodzony, jeśli nie — wysiłek będzie daremny. Czy to warto? Naruto uznał, że chyba tak, bo prędko odrzucił czytany właśnie magazyn na bok i podskoczył do komputera.
— Haha, o rany, cudownie — zaśmiał się Naruto, kiedy na jego adres e-mail przyszła wiadomość, że kolejny z jego blogów został oceniony.
            Gdyby Naruto miał powiedzieć zupełnie szczerze, nie wyobrażał sobie życia bez Internetu i komputera. Każda awaria sieci powodowała u niego nagłe palpitacje serca, podwyższone ciśnienie i stan bliski zawałowi, który, jeżeli ten brak Internetu się przedłużał, potrafił przerodzić w głęboką depresję. Najprawdopodobniej był po prostu od Internetu uzależniony, ale do tak daleko idącego wniosku nigdy nie doszedł; tylko do takiego, że potrzebuje Internetu jak ryba wody do życia, ale tego leczyć na pewno nie trzeba, bo to tylko element środowiska naturalnego. Środowiskiem naturalnym Naruto był więc najczęściej jego pokój — miał w nim szerokie biurko, wielki ekran ciekłokrystaliczny, ogromne głośniki (oryginalnie od dawno niedziałającej już wieży stereo), komputer stacjonarny, na blacie biurka najczęściej leżał włączony laptop, a w rogu pokoju stał telewizor, do którego w razie czego mógł któryś z komputerów podłączyć. Do pracy mógł zabierać swój laptop, więc w sumie te idealne warunki bytowania Naruto Uzumakiego podążały za nim wszędzie.
            I miały swój rezultat w rozwinięciu dość niecodziennych internetowych hobby. Samo prowadzenie bloga, czy kilku blogów z recenzjami, ze zdjęciami, czy czymś podobnym należało do rzeczy stosunkowo częstych wśród innych użytkowników Internetu — blog ze zdjęciami prowadził nawet ten dupek Sasuke Uchiha od niego z roboty. Niestety fotki robił śliczne i Naruto nawet miał jego stronę w ulubionych, bo po prostu musiał tam czasem zerknąć i sprawdzić, czy przypadkiem nie pojawiło się tam coś nowego. „Czasem” nieraz oznaczało wchodzenie na stronę co godzinę, ale to, cóż, naprawdę niezbyt często się zdarzało. Powiedzmy tak ze dwa razy w tygodniu, najwyżej. No, może trzy, ale to wtedy, kiedy był pewny, że jakaś seria zdjęć na pewno zostanie opublikowana na stronie, inaczej na pewno nie.
Narutowe blogi były jednak bardziej specyficzne — Naruto pisywał opowiadania. Och, żeby tylko opowiadania — to może samo w sobie nie stanowiłoby żadnego kuriozum, gdyby swoją twórczość autor brał bardziej na serio. Naruto jednak swoich tekstów nie traktował poważnie, ale za to chciał, by robili to inni. Innymi słowy, Naruto bawił się tworzenie blogów-prowokacji z kiepskimi opowiadaniami i czerpał ogromną radość z tego, jak inni blogerzy nabierają się na jego wirtualną kreację internetowego pisarza. Satysfakcja była nawet większa, gdy bloga oddawał komuś do oceny — to że komuś podobała się całkiem pokopana fabuła, czy jakieś wzięte z czapy określenia było iście boską rozrywką.
Gorzej jeżeli jego praca zostawała po prostu… „zjechana”. Jak w tym przypadku. Uśmiech Naruto szybko zrzedł, jak tylko pobieżnie przejrzał opinię o swoim blogu. Potem tylko się zdenerwował, kiedy już wczytał się głębiej w linijki tekstu o tym, jak bardzo złe jest to jego opowiadanie i jak wielkim pożytkiem dla ludzkości byłoby, gdyby zdecydował się je usunąć. Tutaj był nawet dopisek w nawiasie, że dzięki temu znalazłoby się więcej miejsca dla śmiesznych kotów, które, jak każdy internauta wie, są solą Internetu i na pewno wszyscy byliby Naruto za to wdzięczni.
Naruto zgrzytnął zębami, co z tego, że on sam tego nie brał serio — oceniający powinien, bo mimo wszystko to Uzumaki się nad tym napracował.
— Ty padalcu — wymruczał wściekle, otwierając kolejną kartę w przeglądarce, gdzie zamierzał szanownemu oceniającemu wysmarować komentarz dotyczący jego, pożal się Boże, oceny. — Ty cholerny padalcu, już ja ci pokażę te śmieszne koty. Czekaj no.
I Naruto pisał. Uderzał wściekle w klawisze, wybijając jakieś chaotyczne staccato, a na ekranie laptopa pojawiały się linijki słów. Oburzonych, pełnych jadu, a jednocześnie (Naruto miał nadzieję) odnoszących się sedna — sednem było to, że ocena jest po prostu zła. O, i stronnicza!
I hejterska, pomyślał i zaraz to dopisał do swojego komentarza. A poza tym, to tam były jakieś błędy ortograficzne! I ta myśl uderzyła go tak mocno, że sam postanowił najpierw wrzucić swój komentarz do edytora tekstu, który takowe błędy podkreślał — przezorny zawsze ubezpieczony.
Pisanie, razem z wyszukiwaniem odpowiednich cytatów, których nieprawidłowość koniecznie chciał udowodnić, zajęło mu spokojnie ponad pół godziny, a wiadomość do oceniającego była długa już na cztery strony. Przynajmniej tak pokazywał program.
No, to da mu do myślenia, temu jak mu tam… „Ekusas Lord Ciemności”. Co to za pseudonim, w ogóle. Czy ten buc, co go ocenił, w ogóle zdaje sobie sprawę, jak to głupio brzmi? I czy wie, że gdyby zamienić jedną literkę, to wyszłoby dość wulgarne określenie męskiego przyrodzenia i przy okazji również takiego dupka jak on? — i tego też nie omieszkał dopisać do wiadomości.
Oczywiście pisząc, pominął fakt, że nick, którym sam podpisywał swoje opowiadanie też nie należał do najmądrzejszych, skoro zawierał w sobie słowa „sweet” oraz „18” i jakoś tak… no, nie bardzo mu pasował do płci, wieku i do bycia Naruto ogólnie. Ale Ekusas Lord Ciemności nie musiał tego wiedzieć. I w sumie nawet nie mógł.
I już, już, kiedy komentarz był napisany, a Naruto dumny z tego, jak bardzo konkretny jest to kawałek tekstu, odkrył, że na stronie komentowanie pod postami jest… wyłączone. I że wiadomości należy wysyłać na osobisty mail recenzenta.
Soczyste przekleństwo wymknęło się z ust chłopaka, kiedy przeklejał tekst z edytora do okienka z treścią e-maila. Był tym wszystkim tak zdenerwowany, że kliknął „wyślij”, nie przełączając konta, z którego wiadomość ma zostać wysłana. I nie zdawał sobie z tego sprawy aż do czasu otrzymania odpowiedzi jakieś dziesięć minut później.
Ekusas Lord Ciemności napisał mu tylko:
„Naruto, nie wiedziałem, że postujesz
takie rzeczy w Internetach!”
I to wystarczyło, by Naruto zbladł i pokrył się potem, gdy panicznie sprawdzał adres, na który przyszła wiadomość. O Boże, na ten z aliasem „naruto.uzumaki”!
Właśnie się skończyłem, pomyślał Naruto, uderzając czołem o biurko i pozostawając w tej pozycji. Cholerne konta połączone. Czemu w ogóle wpadł na ten pomysł z jednym kontem głównym i kilkoma innymi, z których poczta będzie pobierana. I czemu akurat tamten e-mail ustawił na główny. To tak jakby najgłupszy pomysł w całej historii świata. Głupszy nawet od jedzenia owsianki razem z kotletem, które zdarzyło mu się dwa dni wcześniej. Rzeczona kotlecianka zmusiła go do dłuższego i dość mało przyjemnego posiedzenia w toalecie.
Naruto dłuższą chwilę tonął w depresji z głową na biurku, aż pomiędzy czarnymi myślami wynurzyła się inna myśl. Dość specyficzna.
Uzumaki uniósł głowę i wpatrzył się w ekran.
„Naruto, nie wiedziałem…”
Zaraz, zaraz, Naruto wyprostował się na krześle i przysunął laptop bliżej siebie. Jeżeli oceniający go nie znał, w sumie obojętne by mu było, z jakiego maila potrzymał wiadomość i nie miałby podstaw, żeby pisać: „Naruto, nie wiedziałem.” Ekusasa Lorda Ciemności Naruto musiał więc znać poza Internetem i to nawet nie zdając sobie sprawy, że ta szumowina sobie tak beztrosko hasa w jego bliskim sąsiedztwie. Bo tak na dobrą sprawę, to mógł być każdy! Jego współlokator, wiecznie niewyspany Shikamaru (może nie wysypiał się dlatego, że po nocach oceniał blogaski?), nieśmiała koleżanka ze studiów Hinata (może w Internecie wchodziła w nią hejterska bestia?), farmaceuta z pobliskiej apteki Kakashi (może ma za mało klientów i zamiast odcyfrowywać recepty, interpretuje internetowe opowiadania?), a może nawet… ten drań Sasuke!
Boże, gdyby to był Sasuke, Naruto równie dobrze mógłby już teraz chwytać za szpadel i zaczynać kopać sobie grób, bo to mu zrujnuje wszystko-wszyściuteńko. Nie dość, że w robocie będzie miał przegwizdane, bo taka rzecz na pewno nie przejdzie niezauważona, to jeszcze… Uch, no, Sasuke mu się nawet trochę podobał i od pewnego czasu Naruto sobie myślał, jak by tak przypadkiem jakoś się niezobowiązująco spotkać i jak by tak przypadkiem to posunąć dalej.
Ale to niekoniecznie musiał być Sasuke, liczba wariantów była naprawdę zbyt duża, żeby ot tak zakładać ten najgorszy scenariusz. Chociaż z Narutowym „szczęściem”, to, khm…
Jednak — Eureka! Naruto uderzony nagłym przebłyskiem natchnienia odpisał:
„A ja nie wiedziałem, że TY bawisz się w czytanie takich bzdur NA SERIO. O rany, ubaw stulecia, hahaha!

pzdr,

Naruto”
— Boże, Naruto, wygrałeś! — aż to wykrzyknął. I gdyby mógł, to pewnie sam siebie by też uściskał. — Wybrnąłeś z sytuacji niemożliwej, zasłużyłeś na nagrodę. W lodówce powinno stać jeszcze jedno piwo; och, chłopaku, zasłużyłeś sobie jak nic!
Chwilę później, sącząc złocisty napój z wysokiej, pękatej szklanki, Naruto uznał, że to jednak ostatecznie nie zamyka całej sprawy. Jutro musi bacznie obserwować, czy ktoś czasem nie będzie na niego dziwnie się gapił albo uśmiechał w jakiś specyficzny sposób, albo rzucać jakieś dwuznaczne komentarze o „kompleksji o magnoliowej proweniencji” (które było jednym z wielu nietuzinkowych określeń padających w Narutowym opowiadaniu). Jutro musi odkryć, kim jest ten Ekusas Lord Ciemności, bo ta sprawa nie da mu spokoju do końca życia.
Nic niezwykłego nie zdarzyło się jednak ani w osiedlowym sklepie, ani w aptece (specjalnie tam poszedł, żeby się przekonać), ani na przystanku autobusowym. Nic szczególnego nie miało miejsca również w pracy — nikt nie gapił się jakoś bardzo, rozmowa z Sakurą przy kawiarce nie zeszła na „Przypadki Panny Konstancji” (tak brzmiał tytuł bloga), a Sasuke jak zwykle siedział przy swoim biurku i nie zaszczycił go więcej niż kiwnięciem na „dzień dobry”. Oczywiście Naruto nie był tym zachwycony. Nie tyle faktem bycia ignorowanym przez Sasuke (chociaż tym też), ale tym, że jego miniśledztwo nie ma żadnego przełomu i w sumie to jest jałowe jak gaza w apteczce w korytarzu. Uznał, że musi zrobić jakiś rekonesans, a rekonesans w tym przypadku najlepiej zrobić w Internecie.
Stwarzając więc pozory, że jest bardzo zajęty pracą nad redakcją jakiegoś ważnego pisma do urzędu, z batonem w ustach, wziął się do wyszukiwania wszystkiego, co w sieci miało związek z tym Ekusasem. Znalazł kilka alternatywnych nicków i kilka stron do forów, gdzie się udzielał, a na jednym z nich nawet kilka linków. W tym do strony, której nie spodziewał się, że znajdzie. Adres wyglądał zdecydowanie zbyt znajomo i Naruto musiał kliknąć, żeby przekonać się na własne oczy, czy to prawda, czy coś sobie ubzdurał.
Nie ubzdurał sobie. Prawdziwa tożsamość Ekusasa była szokująca i poniekąd straszna.
Uzumaki przełknął resztę batona i wstał od biurka, zostawiając włączoną stronę z fotografiami i wolnym krokiem podszedł miejsca, w którym siedział Sasuke. Uzumaki nic nie mógł poradzić na to, że szeroki uśmiech jakoś tak przykleił mu się do twarzy — nawet nie wiedział czemu. I w sumie to nie do końca zdawał sobie sprawę, dlaczego tam idzie, dopóki nie zatrzymał się przed Uchihą.
— Sasuke — zaczął tonem słodkim jak trucizna, by potem zdać ostateczny cios szeptem: — A może powinienem powiedzieć „Ekusasie Lordzie Ciemności”, hm?
Ten widok zszokowanego Sasuke, z szeroko otwartymi oczami i twarzą bledsza od kredy, był wart wszystkiego! A cała zabawa dopiero się zaczynała, bo Naruto naprawdę, jak już przydarzyła mu się szansa jeden na milion, wolał ją wykorzystać.
— Mając na uwadze pewne okoliczności, Sasuke, a szczególnie to, że nadal porządnie nie odpowiedziałeś mi na maila, co powiesz na to, żebyśmy to wszystko przedyskutowali na kawie po pracy?
Uchiha pokiwał głową, ale skoro Naruto nie zdecydował się odejść, musiał jednak odpowiedzieć werbalnie:
— Tak, oczywiście, po pracy. — Szansa więc mogła być uznana za wykorzystaną dobrze.
A zważywszy na dalszy ciąg — nawet bardzo dobrze, co jednak nie zmieniło zbytnio opinii Sasuke o jakości opowiadania Naruto (i uwielbienia dla śmiesznych kotów). Wolał jednak o tym już nigdy więcej przy Naruto nie wspominać; od czasu gdy mieszkali razem, denerwowanie blondyna jakoś tak nie było najrozsądniejszym wyjściem. Szczególnie, gdy to on miał gotować…

niedziela, 24 marca 2013

"Na daczy" (MadaIrd)



Coś dziwnego. Jest trochę mniej dziwne, jak jest się wtajemniczonym w pewien inny fan fik, ale tylko trochę. Opublikowane ponownie jakieś pół roku po premierze właściwej, otagowane takiem specjalnym „MadaIrd".
Pisane dla Ird, jak nietrudno się domyślić. <3
(rosyjski może być całkiem błędny — niestety moja znajomość tego języka nie sięga nawet do poziomu A1, tak że jeżeli znasz i widzisz tutaj byk na byku, popraw mnie; będę wdzięczna. :) )

Na daczy
Madara siedział przy wielkim, mahoniowym biurku na tle równie potężnego okna wychodzącego na majestatyczny ogród w stylu angielskim. Jak każdy Rosjanin (czy też Ukrainiec lub może osoba która spędziła w tym kraju co najmniej kilkanaście lat życia) marzeniem Madary było mieć daczę i właśnie w tejże daczy aktualnie się znajdował. Dacza to styl życia, poniekąd, więc Madara był bardzo dumny z tego, jak jego dacza wygląda — jak najprawdziwsza willa, czyli raczej miliard razy lepiej niż dacze innych, biedniejszych ludzi, którym w życiu nie poszczęściło się na tyle by zostać przepotężnym mafiosem, bossem i ojcem chrzestnym ruskiej czy tam ukraińskiej mafii. Może białoruskiej. Chociaż białoruskiej może nie, bo ta nie ma takiej renomy, więc na pewno albo rosyjskiej albo ukraińskiej.
W każdym razie marzenie o daczy spełniał przez ładne kilka lat wypełnionych kilkunastoma (kilkudziesięcioma? Madara nie pamiętał) morderstwami często politycznymi, zastraszeniem organów władzy, zamachami bombowymi  i zwyczajnym dopasowywaniem tymczasowego, bardzo ciężkiego betonowego obuwia dla osób niewygodnych na czas krótkiego, acz bogatego we wrażenia spaceru nad rzeczkę. Co smutne, nikt nigdy mu za to nie podziękował i nikt nigdy nie zaprosił go chociażby na kawę. Madara więc tak jakby nie miał przyjaciół, ale jakoś się tym nie załamywał. Najwyraźniej nie wpadł na pomysł, ze może mieć przyjaciół — wszystkich, którzy jako tacy się zadeklarowali kiedyś tam, już dawno odstrzelił sam lub kazał odstrzelić komuś innemu. Na przykład temu młodemu blondynowi, jak mu tam było, o — Naruto Minatowiczowi Uzumakiemu. Chłopak miał tyle ambicji w sobie, że pewnie uczyniłby to z pocałowaniem ręki i jeszcze by mu za to kupił butelkę wódki. Albo dwie, ewentualnie trzy, ale więcej niż siedem to nie, bo bez przesady. Aż tak nikt Madary nie lubił, żeby mu kupować siedem butelek wódki i to już raczej na pewno dlatego, że Madara był zdolny wypić te siedem butelek praktycznie sam, więc biznes nie był zbyt opłacalny, skoro jego towarzysze od wódki wysiadali najpóźniej przy trzeciej, może czwartej butelce, a Madara dokańczał biesiadę sam. Ledwo trzymając się na nogach, ale tak — kończył sam.

Lata w Rosji są krótkie, ale wyczekane i kiedy tylko nadchodził czas, Madara nie wahał się rzucić morderstw i reszty machlojek, by tylko pojechać na wakacje, ach, na daczę! Miał stąd całą garść wspomnieć w tym kilkanaście z czasów, kiedy nie było tutaj jego pięknej willi, ale sama bujna trawa. Kupił działkę za pięćset rubli, co i tak nadszarpnęło jego wątły wtedy budżet, jako początkującego gangstera. Madara wiedział jednak, ze była to najlepsza inwestycja jakiej dokonał kiedykolwiek w życiu — tutaj, właśnie tutaj spotkał po raz pierwszy Karolinę Kisamowną.
Lato, ten odwilż w przyrodzie i w duszy, sprawił, że Madara Izunowicz Uchiha stał się niesamowicie wrażliwy i z miejsca zakochał się w tej przepięknej kobiecie. Zakochanie się nie było trudne w to krótkie, niesamowicie gorące lato na daczy, kiedy wódka lała się strumieniami, każdy wieczór Madara spędzał z kolegami, a piękne dziewczyny tańczyły na stołach w rytm muzyki wygrywanej na bałałajce. Madara potrafił grać na bałałajce, więc dziewczyny lepiły się do niego zawsze.
— Ach, Madaro Izunowiczu, zagraj nam pieśniu![1] — domagały się, wciskając pod ramiona i oplatając kark białymi lub trochę już opalonymi letnim słońcem ramionami.
I Madara uśmiechał się wtedy delikatnie, wyginał swoje wąskie wargi w przystojnej męskiej twarzy i uderzał w struny.
— Kakuju pieśniu? — pytał swoim niskim, lekko drżącym głosem. I wtedy zobaczył ją, siedziała na przeciwległej kanapie i z zainteresowaniem patrzyła prosto na niego. Madara zaniemówił, zaschło mu ustach i musiał przepłukać je wódką. Parsknął i odsunął szklankę od ust, zwrócił się teraz prosto do niej: — A ty, kakuju pieśniu ty chacziesz?[2]
— Ja? – zapytała, potrząsając swoją piękną głową, a serce Madary zabiło mocniej, omalże wyrywając się piersi i galopując po stole w jej stronę, by utuliła je do piersi i nigdy nie wypuściła z miłosnego uścisku. — Komarowo[3]? Możet być?[4]
— Da, możet — przytaknął i uderzył w struny. Zaczął śpiewać i w tamtym momencie nie istniało nic poza nimi obojgiem.  Jej grubym warkoczem opadającym na mleczną szyję i kuszący dekolt i jego palcami wygrywającymi kolejne nuty, jego głosem wyrywającym z trzewi kolejne dźwięki piosenki.

„Wybieram się do Komarowa na tydzień,
Gdzie statek Szeremietiewa
Tańczy na wydmach.
I na karelskich skałach
Z własnej woli
Jeśli tylko zechcesz
Będę twoim osobistym nurkiem.” [5]
Jak skończył grać, oblegające go dziewczyny jakby przylepiły się jeszcze bardziej, ale Madarę już to nie cieszyło. Odtrącił ich ramiona, wstał ze swojej kanapy i usiadł obok niej, obok tej pięknej dziewczyny, która jednym spojrzeniem skradła mu serce.
— Kak tebia zawut[6]? — zapytał, nerwowo przeczesując swoje długie, czarne i gęste włosy. Sięgały mu za pośladki.
— Karolina Kisamowna, Madaro Izunowiczu — odpowiedziała, odwracając wzrok i różowiejąc na kościach policzkowych jak poranna jutrzenka.
— Ty krasiwaja dziewuszka, ty znajesz?[7] — powiedział. — Chaciesz ty wódki? Da, ja znaju ty chaciesz! [8] — Wziął butelkę i nalał jej do kieliszka. Wypili, potem sięgnął po pączki stojące na stole tuz obok kiełbasy i ogórków. Poczęstował ją jednym i dla siebie wziął drugiego. Z lubością wgryzła się w smażone na głębokim tłuszczu słodkie ciasto wypełnione dżemem.
— Ach, ja ljubjiu poncziki! [9]
— A mienja? Ljubisz ty mienja?[10]
Karolina łyknęła wódki, zanim spojrzała w ciemne, gorące iście młodzieńczą namiętnością oczy Madary Izunowicza.
— Ja nie znaju [11] — odpowiedziała nieśmiało, ale zanim zdążyła powiedzieć coś jeszcze, Madara już ją pocałował. Nie protestowała.
Wspominanie tego wieczoru sprzed trzech lat było słodką czynnością. Zawsze ta czuła jego strona duszy odzywała się, kiedy wspominał wieczór ich poznania. Teraz ta sama piękna kobieta była jego narzeczoną i planowali niedługo ślub, a niedługo podróż poślubną.
Zamierzają zwiedzić Moskwę i Petersburg, spędzić kilkanaście przyjemnych wieczorów nad Moskwą i Newą, a potem wrócić tutaj na wieś do daczy i dnie spędzać jak wtedy. Na wycieczkach do lasu i kąpielach w rzece czy jeziorze — ona będzie chodziła w podomce, jak każda rosyjska kobieta na daczy, a on w kolorowych kąpielówkach i kaloszach, jak każdy Rosjanin. I będzie pięknie na chociaż dwa tygodnie bez morderstw, wymuszeń, zamachów i przestępstw.
— Ach, maja ljubow, z taboj nawsiegda. Boże, kak ja ljublju! [12] — krzyknął wzruszony, że chwilowo nie może do swojej ukochanej nawet zadzwonić. Spojrzał z czułością. na jej portretowe stojące w zdobionej ramce na biurku. Uśmiechała się tam przepięknie, a jej ciemne włosy wiatr cudnie rozwiewał na tle letniego nieba. — Dragaja. [13]
Madara westchnął ciężko, dopił resztę wódki z butelki, podpalił kolejne cygaro i zadzwonił. Nie do Karoliny Kisamownej niestety, numer telefonu należał do Nagato, a sprawa był ważna i nie cierpiąca zwłoki. Ten cholerny Pain…!
End.

[1] zagraj nam pieśniu – Zagraj nam piosenkę
[2] Kakuju pieśniu? A ty, kakuju pieśniu ty chacziesz? – Jaką piosenkę? A ty, jaką ty chcesz piosenkę?
[3] Komarowo – kurort wakacyjny nad Zatoką Botnicką nad Morzem Bałtyckim oraz tytuł piosenki oryginalnie Igora Skljara. Tutaj wersja Vitasa, bo jest bardziej słit: http://youtu.be/NMLuwJpy4S8
[4] Możet być? – Może być?
[5] Druga zwrotka piosenki „Komarowo”, tłumaczenie moje. Kiepsko umiem rosyjski, więc  w sumie to może być nawet złe. ;0
[6] Kak tebia zawut? – Jak się nazywasz?
[7] Ty krasiwaja dziewuszka, ty znajesz? – Jesteś piękną dziewczyną, wiesz?
[8] Chaciesz ty wódki? Da, ja znaju ty chaciesz! – Czy chcesz wódki? Tak, ja wiem, że chcesz!
[9] Ja ljubjiu poncziki! – Kocham pączki!
[10] A mienja? Ljubisz ty mienja? – A mnie? Kochasz mnie?
[11] Ja nie znaju – Nie wiem
[12] Maja ljubow, z taboj nawsiegda. Boże, kak ja ljublju! – Moja miłości, z tobą na zawsze. Boże, jak ja kocham!
[13] Dragaja – Kochanie