Uwaga!

Fanfiction yaoi, czyli traktujące o związkach męsko-męskich. Blog zawiera również treści erotyczne.
Nie lubisz, nie czytaj - ja do niczego nie zmuszam.
Możesz skomentować dowolną notkę, każdy komentarz zostanie przeczytany! :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parodia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parodia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 marca 2013

"Na daczy" (MadaIrd)



Coś dziwnego. Jest trochę mniej dziwne, jak jest się wtajemniczonym w pewien inny fan fik, ale tylko trochę. Opublikowane ponownie jakieś pół roku po premierze właściwej, otagowane takiem specjalnym „MadaIrd".
Pisane dla Ird, jak nietrudno się domyślić. <3
(rosyjski może być całkiem błędny — niestety moja znajomość tego języka nie sięga nawet do poziomu A1, tak że jeżeli znasz i widzisz tutaj byk na byku, popraw mnie; będę wdzięczna. :) )

Na daczy
Madara siedział przy wielkim, mahoniowym biurku na tle równie potężnego okna wychodzącego na majestatyczny ogród w stylu angielskim. Jak każdy Rosjanin (czy też Ukrainiec lub może osoba która spędziła w tym kraju co najmniej kilkanaście lat życia) marzeniem Madary było mieć daczę i właśnie w tejże daczy aktualnie się znajdował. Dacza to styl życia, poniekąd, więc Madara był bardzo dumny z tego, jak jego dacza wygląda — jak najprawdziwsza willa, czyli raczej miliard razy lepiej niż dacze innych, biedniejszych ludzi, którym w życiu nie poszczęściło się na tyle by zostać przepotężnym mafiosem, bossem i ojcem chrzestnym ruskiej czy tam ukraińskiej mafii. Może białoruskiej. Chociaż białoruskiej może nie, bo ta nie ma takiej renomy, więc na pewno albo rosyjskiej albo ukraińskiej.
W każdym razie marzenie o daczy spełniał przez ładne kilka lat wypełnionych kilkunastoma (kilkudziesięcioma? Madara nie pamiętał) morderstwami często politycznymi, zastraszeniem organów władzy, zamachami bombowymi  i zwyczajnym dopasowywaniem tymczasowego, bardzo ciężkiego betonowego obuwia dla osób niewygodnych na czas krótkiego, acz bogatego we wrażenia spaceru nad rzeczkę. Co smutne, nikt nigdy mu za to nie podziękował i nikt nigdy nie zaprosił go chociażby na kawę. Madara więc tak jakby nie miał przyjaciół, ale jakoś się tym nie załamywał. Najwyraźniej nie wpadł na pomysł, ze może mieć przyjaciół — wszystkich, którzy jako tacy się zadeklarowali kiedyś tam, już dawno odstrzelił sam lub kazał odstrzelić komuś innemu. Na przykład temu młodemu blondynowi, jak mu tam było, o — Naruto Minatowiczowi Uzumakiemu. Chłopak miał tyle ambicji w sobie, że pewnie uczyniłby to z pocałowaniem ręki i jeszcze by mu za to kupił butelkę wódki. Albo dwie, ewentualnie trzy, ale więcej niż siedem to nie, bo bez przesady. Aż tak nikt Madary nie lubił, żeby mu kupować siedem butelek wódki i to już raczej na pewno dlatego, że Madara był zdolny wypić te siedem butelek praktycznie sam, więc biznes nie był zbyt opłacalny, skoro jego towarzysze od wódki wysiadali najpóźniej przy trzeciej, może czwartej butelce, a Madara dokańczał biesiadę sam. Ledwo trzymając się na nogach, ale tak — kończył sam.

Lata w Rosji są krótkie, ale wyczekane i kiedy tylko nadchodził czas, Madara nie wahał się rzucić morderstw i reszty machlojek, by tylko pojechać na wakacje, ach, na daczę! Miał stąd całą garść wspomnieć w tym kilkanaście z czasów, kiedy nie było tutaj jego pięknej willi, ale sama bujna trawa. Kupił działkę za pięćset rubli, co i tak nadszarpnęło jego wątły wtedy budżet, jako początkującego gangstera. Madara wiedział jednak, ze była to najlepsza inwestycja jakiej dokonał kiedykolwiek w życiu — tutaj, właśnie tutaj spotkał po raz pierwszy Karolinę Kisamowną.
Lato, ten odwilż w przyrodzie i w duszy, sprawił, że Madara Izunowicz Uchiha stał się niesamowicie wrażliwy i z miejsca zakochał się w tej przepięknej kobiecie. Zakochanie się nie było trudne w to krótkie, niesamowicie gorące lato na daczy, kiedy wódka lała się strumieniami, każdy wieczór Madara spędzał z kolegami, a piękne dziewczyny tańczyły na stołach w rytm muzyki wygrywanej na bałałajce. Madara potrafił grać na bałałajce, więc dziewczyny lepiły się do niego zawsze.
— Ach, Madaro Izunowiczu, zagraj nam pieśniu![1] — domagały się, wciskając pod ramiona i oplatając kark białymi lub trochę już opalonymi letnim słońcem ramionami.
I Madara uśmiechał się wtedy delikatnie, wyginał swoje wąskie wargi w przystojnej męskiej twarzy i uderzał w struny.
— Kakuju pieśniu? — pytał swoim niskim, lekko drżącym głosem. I wtedy zobaczył ją, siedziała na przeciwległej kanapie i z zainteresowaniem patrzyła prosto na niego. Madara zaniemówił, zaschło mu ustach i musiał przepłukać je wódką. Parsknął i odsunął szklankę od ust, zwrócił się teraz prosto do niej: — A ty, kakuju pieśniu ty chacziesz?[2]
— Ja? – zapytała, potrząsając swoją piękną głową, a serce Madary zabiło mocniej, omalże wyrywając się piersi i galopując po stole w jej stronę, by utuliła je do piersi i nigdy nie wypuściła z miłosnego uścisku. — Komarowo[3]? Możet być?[4]
— Da, możet — przytaknął i uderzył w struny. Zaczął śpiewać i w tamtym momencie nie istniało nic poza nimi obojgiem.  Jej grubym warkoczem opadającym na mleczną szyję i kuszący dekolt i jego palcami wygrywającymi kolejne nuty, jego głosem wyrywającym z trzewi kolejne dźwięki piosenki.

„Wybieram się do Komarowa na tydzień,
Gdzie statek Szeremietiewa
Tańczy na wydmach.
I na karelskich skałach
Z własnej woli
Jeśli tylko zechcesz
Będę twoim osobistym nurkiem.” [5]
Jak skończył grać, oblegające go dziewczyny jakby przylepiły się jeszcze bardziej, ale Madarę już to nie cieszyło. Odtrącił ich ramiona, wstał ze swojej kanapy i usiadł obok niej, obok tej pięknej dziewczyny, która jednym spojrzeniem skradła mu serce.
— Kak tebia zawut[6]? — zapytał, nerwowo przeczesując swoje długie, czarne i gęste włosy. Sięgały mu za pośladki.
— Karolina Kisamowna, Madaro Izunowiczu — odpowiedziała, odwracając wzrok i różowiejąc na kościach policzkowych jak poranna jutrzenka.
— Ty krasiwaja dziewuszka, ty znajesz?[7] — powiedział. — Chaciesz ty wódki? Da, ja znaju ty chaciesz! [8] — Wziął butelkę i nalał jej do kieliszka. Wypili, potem sięgnął po pączki stojące na stole tuz obok kiełbasy i ogórków. Poczęstował ją jednym i dla siebie wziął drugiego. Z lubością wgryzła się w smażone na głębokim tłuszczu słodkie ciasto wypełnione dżemem.
— Ach, ja ljubjiu poncziki! [9]
— A mienja? Ljubisz ty mienja?[10]
Karolina łyknęła wódki, zanim spojrzała w ciemne, gorące iście młodzieńczą namiętnością oczy Madary Izunowicza.
— Ja nie znaju [11] — odpowiedziała nieśmiało, ale zanim zdążyła powiedzieć coś jeszcze, Madara już ją pocałował. Nie protestowała.
Wspominanie tego wieczoru sprzed trzech lat było słodką czynnością. Zawsze ta czuła jego strona duszy odzywała się, kiedy wspominał wieczór ich poznania. Teraz ta sama piękna kobieta była jego narzeczoną i planowali niedługo ślub, a niedługo podróż poślubną.
Zamierzają zwiedzić Moskwę i Petersburg, spędzić kilkanaście przyjemnych wieczorów nad Moskwą i Newą, a potem wrócić tutaj na wieś do daczy i dnie spędzać jak wtedy. Na wycieczkach do lasu i kąpielach w rzece czy jeziorze — ona będzie chodziła w podomce, jak każda rosyjska kobieta na daczy, a on w kolorowych kąpielówkach i kaloszach, jak każdy Rosjanin. I będzie pięknie na chociaż dwa tygodnie bez morderstw, wymuszeń, zamachów i przestępstw.
— Ach, maja ljubow, z taboj nawsiegda. Boże, kak ja ljublju! [12] — krzyknął wzruszony, że chwilowo nie może do swojej ukochanej nawet zadzwonić. Spojrzał z czułością. na jej portretowe stojące w zdobionej ramce na biurku. Uśmiechała się tam przepięknie, a jej ciemne włosy wiatr cudnie rozwiewał na tle letniego nieba. — Dragaja. [13]
Madara westchnął ciężko, dopił resztę wódki z butelki, podpalił kolejne cygaro i zadzwonił. Nie do Karoliny Kisamownej niestety, numer telefonu należał do Nagato, a sprawa był ważna i nie cierpiąca zwłoki. Ten cholerny Pain…!
End.

[1] zagraj nam pieśniu – Zagraj nam piosenkę
[2] Kakuju pieśniu? A ty, kakuju pieśniu ty chacziesz? – Jaką piosenkę? A ty, jaką ty chcesz piosenkę?
[3] Komarowo – kurort wakacyjny nad Zatoką Botnicką nad Morzem Bałtyckim oraz tytuł piosenki oryginalnie Igora Skljara. Tutaj wersja Vitasa, bo jest bardziej słit: http://youtu.be/NMLuwJpy4S8
[4] Możet być? – Może być?
[5] Druga zwrotka piosenki „Komarowo”, tłumaczenie moje. Kiepsko umiem rosyjski, więc  w sumie to może być nawet złe. ;0
[6] Kak tebia zawut? – Jak się nazywasz?
[7] Ty krasiwaja dziewuszka, ty znajesz? – Jesteś piękną dziewczyną, wiesz?
[8] Chaciesz ty wódki? Da, ja znaju ty chaciesz! – Czy chcesz wódki? Tak, ja wiem, że chcesz!
[9] Ja ljubjiu poncziki! – Kocham pączki!
[10] A mienja? Ljubisz ty mienja? – A mnie? Kochasz mnie?
[11] Ja nie znaju – Nie wiem
[12] Maja ljubow, z taboj nawsiegda. Boże, kak ja ljublju! – Moja miłości, z tobą na zawsze. Boże, jak ja kocham!
[13] Dragaja – Kochanie

czwartek, 23 sierpnia 2012

"Eu te amo!" (fanfik crossoverowy)

Opko dla, Irdine, z pairingu dość crossoverowego, bo Kakashi x Naruto x Paulo Coelho. Hehehe, ostrzegałam, prawda? :P
Tytuł, to „kocham cię” w brazylijskim języku portugalskim w jednej z wersji. Specjalnie guglałam, czy w Rio de Janeiro, skąd pochodzi Paulo, używa się formy „te”, czy „
você”, ale jako że tam obie formy się przeplatają bez żadnej większej różnicy w znaczeniu, zdecydowałam się na tę prostszą. Druga brzmi: Eu amo você!
Wszystkie cytaty w fanfiku to cytaty Paulo Coelho. XD
Eu te amo!

„Skoro nie można się cofnąć, trzeba znaleźć najlepszy sposób, by pójść naprzód.”
Znaleźli go skulonego w rogu całkiem przemoczonego kartonu. Karton ledwo stał, ścianki waliły się na niezbyt wysokiego, siwego człowieczka i deszcz kapał mu nos. Kichnął nagle i głośno, uniósł swoje nieduże oczy na stojącego przed nim Naruto. Chłopakowi serce ścisnęło się współczuciem.
Paulo zapłakał, a  resztki kartonu zwaliły się na jego prawie całkiem łysą głowę. Rzeka łez Coelho wylała się z jego głębokich, brązowych oczu.
Naruto wyciągnął ku niemu otwartą parasolkę, by choć trochę osłonić go przed zimnym deszczem. Kakashi wyciągnął ku Paulo dłoń.
„Kiedy nie miałam już nic do stracenia, dostałam wszystko.”
Paulo stracił cały swój dobytek w wyniku złego zainwestowania na giełdzie, jeden krach i wszystkie pieniądze, które zyskał na pisaniu książek, zniknęły w bezdennej, bankowej otchłani. To wpędziło go w koszmarne długi. Nie miał już weny, już nie. Ostatnia praca przy wymyślaniu tekstu i rozdawaniu ulotek jednej z pizzerii tak go wymęczyła twórczo, że jakakolwiek myśl o choćby krótkim opowiadaniu, które z powrotem wywindowałoby jego nazwisko na szczyt listy bestsellerów, napawała go wstrętem. Niemoc twórcza opanowała wszystkie członki Paulo, prawie nie umiał się podpisać.
I Naruto zapłakał razem z Paulo, częstując go chlebem i herbatą. Rzeka łez wylała się tym razem z oczu błękitnych jak niezapominajki i zmoczyła jasną koszulę Kakashiego, w którą Paulo został przyodziany.
„– Nie chcę pieniędzy – odparł Ajdi. – Obiecaj tylko, że kiedy w moim życiu zawieje mroźny wiatr, rozpalisz dla mnie ogień przyjaźni.”
            Paulo miał teraz przyjaciela. A właściwie dwóch przyjaciół, Naruto i Kakashiego, którzy mieszkali razem i darzyli się zażyłym uczuciem. Tym samym uczuciem obdarzyli Paulo, który więcej już nie płakał. Przytył, pod skórą nie było już widać żeber, jego brązowe oczy nabrały blasku, a łysina przestała się poszerzać. Kilka białych włosków nawet urosło na błyszczącej głowie Paulo i zdawało się uśmiechać wraz z nimi wszystkimi, gdy do późnej nocy grali w scrabble.
„Miłości trzeba szukać wszędzie, nawet za cenę długich godzin, dni i tygodni smutku i rozczarowań.”
            — Eu te amo, Paulo, czyż nie tak się mówi w twoim języku? — zapytał pewnego razu Kakashi.
            — Tak — odparł prosto Paulo. — Tak się mówi. — Położył głowę na miękkiej poduszce. Ręce Naruto objęły go z tyłu, Coelho patrzył  w ciemne i tajemnicze oczy Kakashiego. — Tak się mówi — powtórzył.
            Na zewnątrz gasł wieczór. Paulo zachrapał radośnie. Już nie spał w kartonie, miał przyjaciół i znalazł miłość, czegóż mógł chcieć więcej?
Weny, pomyślał sennie Paulo, weny, weny, weny…
            Następnego dnia wziął długopis w dłoń i zaczął pisać.
happy end <3
Uprzejmie proszę o niekrzyżowanie mnie za tę herezję. :P

środa, 11 sierpnia 2010

"Déjà vu" parodia

To jest rzecz, która jakoś sama wyszła, gdy pisałam „Bezsenność”. Okazuje się, że mózg mam pełny takich dziwacznych fabułek na parodyjki, chociaż nie zawsze chce mi się to pisać. xD W każdym razie nie ma żadnego przewodniego pairingu, ale przeróżnych hintów jest od groma.
Déjà vu
            Juugo powoli otworzył jedno oko i omiótł wzrokiem całe pomieszczenie. Jasne półki z przeróżnymi słoiczkami, dwa niewygodne krzesła o metalowych nóżkach, które nieprzyjemnie zgrzytają po płytkach, kiedy już się na nich usiądzie i będzie chciało przesunąć, kozetka, na której aktualnie siedział, oraz stół z odczynnikami. Swoją drogą, zostawianie swoich eksperymentów miejscu, w którym ktoś nieupoważniony (czyli w tym wypadku Juugo) mógł pobawić się w małego chemika, było niespecjalnie inteligentnym posunięciem. Nie żeby Juugo kręciły te wszystkie zlewki, pipetki i probówki, ale zawsze. No, w każdym razie wyglądało na to, że pokój cudownym trafem jest pusty!
            Juugo odetchnął z ulgą; jeżeli znowu miałby obudzić się, mając przed oczami twarz Kabuto z tymi ohydnymi pinglami na nosie, zaprotestowałby, a może nawet urządził jakiś większy strajk. Głodowy na przykład („Ach, gdybyśmy byli w Ameryce” — pomyślał w tamtej chwili, stawiając bose stopy na płytkach. — „Pozwałbym go za niszczenie mojego dobrego nastroju od samego rana”.). Bo prawda była taka, że Juugo twarz Kabuto wryła się w pamięć aż tak mocno, że bez większego problemu byłby w stanie odmalować ją na ścianie swojej celi. Koniec końców, Juugo nie był z tego jakoś specjalnie zadowolony, taki malunek raczej nie przyniósłby mu sławy równej Michałowi Aniołowi i jego freskom.
            Niezauważony przez nikogo (oprócz małego białego szczura w terrarium) przebiegł przez pomieszczenie, ale jeszcze zanim wyszedł, zdążył rzucić okiem na książkę niedbale rzuconą na blat. Wymyślna, obdarzona wieloma zawijaskami czcionka głosiła: Niegrzeczna narzeczona. Juugo wytrzeszczył oczy ze zdziwienia. A… aha, no w sumie… Przynajmniej teraz już wiedział, dlaczego ostatnimi czasy wszystkie badania się opóźniły — Kabuto znalazł sobie Odpowiednią Lekturę. Chociaż Juugo tak naprawdę nie wiedział, czy czytanie harlequinów współgra z udoskonalaniem Przeklętej Pieczęci. Lecz nie mu to rozstrzygać; nacisnął klamkę.
Jego cień cichutko przemykał kamiennymi korytarzami w kierunku wyjścia; Juugo miał być niewykrywalny i niesłyszalny, i, trzeba przyznać — udawało mu się to, lecz do czasu…
            Prawie jak Afrodyta z morskiej piany, Juugo wynurzył się na zewnątrz z ciemności panujących w korytarzach i stanął u stóp schodów, spoglądając w górę. No cóż, wyżej stał Kabuto, ucieleśnienie najgorszych (bo najbardziej irytujących przez zbytnie podobieństwo do codzienności) koszmarów Juugo. Żeby nie było jednak zbyt łatwo, Kabuto wyglądał na tak zdenerwowanego, jak wyglądał tylko wtedy, kiedy nie zdążył zażyć swojej trzeciej, dziennej dawki kofeiny. No i notatnik w ręku ściskał tak, że aż zbielały mu knykcie, a to, khm, to raczej nie świadczyło dobrze o aktualnej pozycji Juugo. Pięć stopni różnicy między nimi — stali stanowczo za blisko siebie! Houston, we have a problem!
            — Juugo — wysyczał Kabuto, poprawiając okulary na nosie. — Czy ja coś mówiłem o wychodzeniu z gabinetu i spacerku na słońcu?
            Juugo nie odpowiedział nic. Zrobił minę obrażonego dzieciaka i ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami, pomaszerował za Kabuto z powrotem tam, skąd właśnie udało mu się zbiec. Gdyby nie ta oczywista wpadka na końcu, Juugo pokusiłby się o opisanie w powieści mrożącej krew w żyłach ucieczki z laboratorium szalonego naukowca korytarzami pełnymi pułapek i wesołych, śpiewających piosenki z High School Musical zombie. To byłby hit! Bestseller, tysiące wywiadów i miliardy fanowskich opowiadań i artów w Internecie! Tylko jeszcze musiałby pomyśleć nad tym, jak wsadzić tam Kimimaro, którego (jak przystało na klasycznego true lovera) wyrwałby z łapek złego hrabiego Orro’chi Maru i co zrobić z końcówką. Bo ani inwazja kosmitów, ani Armagedon nie wchodziły w grę… Juugo wolałby happy end, a te wcześniej wspomniane chwyty do cna wyeksploatowali już zresztą Amerykanie.
            Kabuto usadził Juugo na krześle, a sam dopadł do biurka i rozsypał na nim notatki w ten sposób, że różowa okładka powieści (sądząc po delikatnym dezabilu kobiety ze zdjęcia była to powieść soft, jeśli nie hard porno) nie wyskoczy nagle i nie zakłuje Juugo w oczy, przekazując jednoznaczny komunikat: „Mam lepsze rzeczy do roboty, niż te nudne eksperymenty!”. To że były nudne, Juugo wiedział z doświadczenia, ale że Kabuto tak naprawdę mało interesowały, dowiedział się dopiero dzisiaj.
            Gdy sporych rozmiarów biust kobiety został już zasłonięty fruwającymi w powietrzu notatkami, Juugo obdarzył Kabuto wszystkowiedzącym, pełnym wyższości spojrzeniem. Najwyraźniej to jakoś wkurzyło medyka. A być może nawet wbiło się jak sztylet, chociaż gdyby powiedzieć, że rzuciło się mu w oczy, zajadle walcząc o skupienie na tym swojej uwagi, to chyba byłoby najlepsze opisanie zaistniałej sytuacji. Strzykawka została wbita w ramię Juugo z taką mocą, że pisnął cieniutko przez zęby.
            — Ojej, chyba złamała mi się igła — powiedział Kabuto z szerokim uśmiechem na twarzy. Wygląda no to, że sadystami są nie tylko ci przysłowiowi dentyści. Wielbiciele niedrogich, kioskowych romansów, jak widać, mieli w tej grupie także swój udział. — Ale nie ma problemu, zaraz wezmę kombinerki i ją wyjmiemy. Jeśli nie trzeba będzie ciąć.
            Juugo zbladł. Słowo „ciąć” kojarzyło mu się z deskami. Takimi ładnymi, oheblowanymi deseczkami, które można bez problemu wykorzystać do jakichś prac budowlanych i to wyobrażenie było poniekąd miłe. Ale niefortunnie, kiedy zostało zestawione z tym, że ciąć trzeba będzie jego rękę, te ładnie ułożone deski straciły jakoś swój urok. Bo skoro materiałem nie będzie drewno, to… to…
Cholera, jak można pociąć rękę?... A nie, szlag, chyba można…
Ale heblować?!...
Ostatnim, co Juugo zapamiętał, był silny uścisk dłoni na jego ramieniu i zimny dotyk kombinerek. Co tutaj ukrywać — Juugo zemdlał i szczęśliwie nigdy nie miał się dowiedzieć, w jaki sposób i czy rzeczywiście Kabuto usunął igłę. A może tak na serio żadnej igły nie było? No, przynajmniej rutyna spotkań z Kabuto została trochę zachwiana, chociaż Juugo nie był do końca pewny, czy tak właściwie się z tego cieszył.
***
Kiedy Juugo po raz kolejny otworzył oczy, nie bawił się już w skrytą obserwację, czy ktoś znajduje się z nim w pokoju. Zerwał się z tapczanu, po czym padł na twarz. Cóż, może należałoby w jakimś widocznym miejscu powiesić informację, że zaraz po omdleniu nie należy wstawać zbyt gwałtownie z łóżka, bo grozi to bólem puchnącej właśnie szczęki. Ałaa, Juugo potarł obolałe miejsce, a po krótkim użalaniu się nad sobą w myślach, jednak rozejrzał się po pokoju. W jego polu widzenia nie było nikogo! O bogowie, druga taka szansa tego samego dnia zdarza się (według wszelkich rachunków podobieństwa) raz na milion lat!
Przeanalizowawszy wszelkie możliwe warianty sytuacyjne, Juugo postanowił doczołgać się do drzwi, a później wydostać się na zewnątrz tylnym wejściem, tym zaraz obok schowka na miotły. Jak postanowił, tak też zrobił — pełznięcie po śliskich płytkach było rzeczą banalną, nawet przy przeszkadzających odrobinę zawrotach głowy. I gdy już, już miał chwycić za klamkę, odezwał się Ten Dźwięk. Ten Dźwięk aktualnie brzmiał jak niegrzeczne „ekhm, ekhm” i dobiegał z krzesła, które znajdowało się za Juugo.
No tak, za nim! Oczywiście, to że nie spojrzał się za siebie, podczas małego, wzrokowego rezonansu świadczyło dobitnie, że:
a) Juugo jest n00bem,
b) Kabuto kampi,
c) Juugo sobie dalej już nie popełznie.
Szlag, koniec z ucieczką w stylu Jamesa Bonda (zresztą, nie było tutaj odpowiednich rekwizytów, a i sam Juugo nie przypominał z wyglądu słynnego agenta 007.). Juugo posłusznie wstał i odwrócił się w stronę Kabuto, mającego akurat mały seans z kawą, papierosem i tym swoim czytadłem.
— Podłoga jest czysta, nie musisz jej froterować — odezwał się, przewracając stronę.
— Aha — odparł Juugo i po raz kolejny usiadł na otomanie.
Nie umknęło jego uwagi to, że Kabuto zamiast relaksować się przy tylu używkach, raczej się stresuje. Popiół z peta był strząsany zbyt gwałtownie, kawa pita zbyt szybko, a wzrok zbyt często padał na wskazówki zegarka tykającego na lewym nadgarstku Kabuto. Ba, nawet cliffhanger zastosowany przez autora na koniec rozdziału (— O przenajsłodszy Jezu! — wykrzyknęła Amelia Anna Maria, a jej pełna pierś uniosła się przyspieszonym oddechem. Gdy pociągnęła drzwi starej dębowej szafy, która należała do rodziny Johanna Richarda Patricka von Hagen od piętnastu pokoleń, zauważyła, że tak naprawdę w środku znajdowała się…) nie sprawił, że Kabuto zaprzestał obserwacji tarczy czasomierza.
— Kimimaro coś za długo u niego siedzi — mruknął, podpalając kolejnego ćmika.
— Tak? — zainteresował się Juugo. Kimimaro i Orochimaru, jeden pokój, długie siedzenie… Czerwona lampka zapaliła się w głowie Juugo. — Ale jak to siedzi?
— Domyślam się, że nie na dupie.
— A…aha.
Kabuto kiwnął głową w stronę drzwi wyjściowych.
— Siedzi tam już trzecią godzinę i nie wychodzi. To zdeczka zbyt długo.
Krótkie spojrzenie, które Juugo rzucił Kabuto, spotkało się z odzewem, na jaki liczył. Oczy Kabuto błysnęły, a chwilę potem czajnik już radosnym gwizdem oznajmiał, że wrzątek jest już gotowy. Ozdobny imbryczek malowany w różowe kwiatki i jakieś inne zielsko, ciasteczka na talerzyku o złoconych krawędziach, jakiś niewiadomo skąd wytrząśnięty kwiatek i Juugo był gotowy na odegranie roli kelnera, podającego popołudniową herbatkę. Oraz ciasteczka maślane z kawałkami czekolady, oczywiście.
Zatrzymali się przed drzwiami naprzeciwko laboratorium. Juugo przyłożył ucho do drzwi i nasłuchiwał, co takiego zajmuje Kimimaro i Orochimaru tyle czasu. I usłyszał! A jakże usłyszał i Kabuto także. Najpierw poczerwieniał, a potem zbladł, gdyż dialog zmierzał w galopującym tempie tam, dokąd ani Juugo ani Kabuto nie chcieli, żeby dotarł.
A co usłyszeli?
— No… to co o tym sądzisz? — zapytał głos Kimimaro.
— Nieźle. Podobają mnie się te, emm… mięśnie. Naprawdę całkiem sexy.
— Dziękuję bardzo
— A mógłbyś…
— Słucham?
— Tutaj, no wiesz trochę…
— Znaczy tak?... Dobrze?
— Trochę mocniej. O, o, o tak! Tak! O to mi chodziło!
Juugo walnął trzykrotnie pięścią w drzwi (co miało imitować pukanie) i bez odczekania kurtuazyjnych kilku sekund, wpadł do pomieszczenia. Chciał przyłapać ich na gorącym uczynku, ale nie udało mu się to. Jedyną faktycznie gorącą rzeczą była herbata rozlana na tacy w rękach Juugo.
— Dobra, zaakceptuj — powiedział Orochimaru i odwrócił się znad monitora w stronę Juugo.
Program graficzny. To był program graficzny. No przecież, że tak — w końcu każdy się podnieca przy retuszowaniu zdjęć, nie?... Emm, no może jednak nie aż tak — bez przesady…
Kimimaro polatał jeszcze trochę kursorem po wielkim ekranie i edytor, którego Kimimaro używał przed chwilą do poprawienia zdjęcia Orochimaru, został zamknięty. Kimimaro kliknął raz i drugi, wpisał hasło, adres mailowy i zatwierdził. Na monitorze, przed którym siedzieli obaj mężczyźni, nie mając na swoim sumieniu żadnych większych grzechów od sporego gabarytu kłamstw (o czym Juugo i właśnie wchodzący do gabinetu Orochimaru Kabuto mieli przekonać się już za chwilę), pojawił się fioletowy, glitterkowy napis „Profil: Oro$weetGuy”. Napis pobłyszczał się trochę, zawirował i zniknął, ukazując dalszą zawartość strony. Juugo odstawił tacę na zagracone biurko. Myślał, że jeśli tego nie zrobi, to ją upuści i nie tylko rozleje więcej herbaty, ale też potłucze ozdobne porcelanowe filiżanki. A wtedy Kabuto by go zabił. Jeśli Juugo miałby pecha, zostałby zamordowany przez jego kolekcję harlequinów.
— …! — Kabuto wydał bliżej nieokreślony dźwięk i zapatrzył się w ekran
Widniało na nim mocno wyfotoszopowane zdjęcie Orochimaru albo może zdjęcie jakiegoś modela z tylko przeklejoną głową wcześniej wspomnianego. W stanie prawie kompletnego dezabilu — bez koszuli i z rozpiętym rozporkiem, który ukazywał światu (a na pewno Internautom, którzy jakimś sposobem zabłądzili w ten zakątek Internetu) czarno-czerwone gacie na wąskich biodrach. Orochimaru tak nie wyglądał i Juugo był co do tego absolutnie pewny. Gorzej z Kabuto, który aktualnie prawie rymsnął na twarz z nadmiaru szczęścia. Ugh, ale ten nadmiar szczęścia w postaci śliny wyciekał mu kącikiem ust na brodę.
— Zjedź niżej — polecił Orochimaru i przed Juugo wyświetlił się tekst. Był to rzekomo opis osoby Orochimaru, który okazywał się być chyba większą fikcją literacką niż romansidła Yakushiego.
Hello everyone! Mam na imię Orochimaru i jestem zwariowanym facetem trochę po dwudziestce. xD (Dość spore to „trochę” — pomyślał Juugo. — „Tak jakby około trzydziestu lat…”) Lubię nowe techniku ninjutsu i badania w laboratorium — żadna probówka i substancja potencjalnie radioaktywna albo wybuchowa mi nie straszna. xD Liczę, że na tym portalu odnajdę swoją wielką miłość. ^^ Jeżeli jesteś młodym chłopcem o czarnych włosach, jasnej cerze i posiadasz interesujące Kekkei Genkai (najlepiej techniki wzrokowe xD), a przede wszystkim, jeśli masz na nazwisko Uchiha — napisz do mnie! Nie pożałujesz… ^^
PS To real foto ;D
— No — stwierdził zadowolony Orochimaru. — Dobra robota, Kimimaro.
— To nic takiego, ale dziękuję — odparł Kimimaro. — O, ktoś wysłał ci wiadomość.
SeksiMściciel pisze: Cześć, jestem Sasuke Uchiha, mam 13 lat. Szukam koleżanek i kolegów, którzy pomogą mi stać się silniejszym, żebym mógł zabić brata, który wyrżnął całą moją rodzinę :)
„Matko, czy to nie było za dużo informacji, jak na pierwszy mail?! Czy ci ludzie w ogóle myślą, co robią?! Kto normalny odpowie na taką wiadomość?” — załamał się Juugo.
— Łaa! — wykrzyknął Sannin. — Złaź, odpiszę mu!
„Cofam pytanie.”
Oro$weetGuy pisze: Hey, mam na imię Orochimaru, tesh mam 13 wIo$eNeK (W tym momencie brwi Juugo podjechały ze zdziwienia prawie pod samą linię włosów — była mowa o dwudziestukilku latach, nie trzynastu! To nie wypali, nie ma mowy. Nawet ten SeksiMściciel się na to nie złapie!). Jeżeli jeste$ zainteresowany znajomo$cią z potężnym $anninem, zapraszam do dalszej ro$$mowy. xD Pomogę Ci stać się potężniejshym. ;D
Pik! I na ekranie pojawiła się kolejna wiadomość, ale po przeczytaniu jej dwóch pierwszych zdań (To fajnie, że jesteś w moim wieku, trochę starzej wyglądasz na tym zdjęciu. Heh, to kiedy możemy zacząć?), zwątpił w jakąkolwiek inteligencję społeczeństwa. A Kimimaro nawet na niego nie spojrzał i tylko pomagał Orochimaru w odpisywaniu na kolejne wiadomości tego całego Sasuke. Będzie musiał się poważnie zastanowić nad umieszczeniem Kimimaro w takiej roli w swoim bestsellerze in spe, no bo skoro jest przez niego ignorowany…
Tak więc zwątpił i wyszedł w ciemność korytarza, zostawiając rozmięknięte przez herbatę ciastka na drewnianej tacy, Kabuto w jakimś dziwnym, prawie narkotycznym stanie oraz Kimimaro i Orochimaru, zafascynowanych internetowym podrywem tego ostatniego. A gdy już wyszedł, ciemność pochłonęła go cichutko.
***
Juugo powoli otworzył jedno oko i omiótł wzrokiem całe pomieszczenie. Tamto przed chwilą — dzięki bogom! — było snem, hurra, hurra. Chyba nie wyrobiłby psychicznie, gdyby okazało się, że Orochimaru naprawdę zakłada sobie profile na portalach randkowych i podrywają go tam trzynastolatki.
Pokój, w którym się znajdował, wyglądał na bezludny. Juugo odetchnął z ulgą i zsunąwszy się z posłania, przypadł do podłogi — uff, nie spotka tego cholernego Kabuto i może wreszcie uda mu się jakoś wydostać z ciemnicy korytarzy ośrodka. Niedostrzeżony przez nikogo (bo też aktualnie nikogo w laboratorium nie było), wstał i przebiegł do drzwi. Rzucił okiem na papiery porozrzucane na biurku Kabuto, dostrzegając książkę o złoconej okładce i tytule: Noc z szejkiem.
„Co do…?!” — pomyślał, naciskając klamkę — „Może i ten sen nie był znowu taką wielką lipą, może jednak Kabuto czyta TAKIE książki.”.
Parsknąłby śmiechem, gdyby nie fakt, że ma teraz dużo ważniejszą rzecz do wykonania. Zdobycie przynajmniej półgodzinnej wolności na spacerek w pobliskim parku! W stawie mieli kaczuszki, które można było karmić suchym chlebem i w ogóle! Gdyby mu się udało, oznaczałby to wygranie przynajmniej chwili normalności.
Juugo prześlizgnął się przez drzwi i wydostał  na korytarz. Pędem rzucił się ku tylnemu wyjściu.
Hmm, ciekawe jak bardzo historia lubi się powtarzać?
end.