Uwaga!

Fanfiction yaoi, czyli traktujące o związkach męsko-męskich. Blog zawiera również treści erotyczne.
Nie lubisz, nie czytaj - ja do niczego nie zmuszam.
Możesz skomentować dowolną notkę, każdy komentarz zostanie przeczytany! :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawieszone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawieszone. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lipca 2011

Bonusfik "Skazany na Sasuke" Rozdział 11

No tak do SnS dawno nie było aktualki, mimo że Shun co i rusz mi na gg o tym przypominała. No tak, Shun, gdyby rozdział był lepszy, niewątpliwie walnęłabym Ci dedykację, ale że nie jest, to poczekamy na więcej starszego brata Sasuke i wtedy coś z tym zrobię.  :D Myślę, że wtedy rozdział będzie przynajmniej bogatszy o ciekawe dialogi, bo ten jest dość… dość zapychający. Nawet mimo że wywaliłam z plotu dwie kompletnie bezsensowne, nic niewnoszące scenki, które najpierw, będąc osobą niekoniecznie inteligentną, rozpisałam na sześć stron. Hahah, mechalice sucks. xD
I te długie przerwy, no taaak – niby coś piszę (ma to w zasadzie być coś dłuższego, mającego więcej niż 3 krótkie części), ale zajmuję się tym trochę dziwnie, bo mimo myślenia nad fabułą i przyległościami, cały czas nie zdecydowałam na przykład o rzeczach tak podstawowych jak narracja. O.o No… tak… czeka mnie jeszcze dużo pracy i myślenia, jak widzę. Poza tym nie chcę zaczynać czegoś długiego bez skończenia innych długich rzeczy – SnS jest długi, a nieskończony, więc pasowałoby mi najpierw go wykończyć. Buaah, lajfs hard!
Nikt z Was pewnie nie pamięta (zdziwiłabym się, jeśliby ktoś pamiętał – ostatni rozdział był w marcu! Mujeju, kiedy był marzec???), ale w odcinku poprzednim Neji i Sasuke wybrali się na zakupy, podczas których zawędrowują do sklepu Orochimaru oraz Kabuto, którzy… no cóż, nie przypadają Nejiemu do gustu. Po zakupieniu garniturów dzwoniący telefon Sasuke przerywa Nejiemu jego wyznanie dotyczące jego hipotetycznej zazdrości o Uchihę obmacywanego kilka minut wcześniej przez Orochimaru. Dzwoni brat Sasuke, który właśnie zobaczył na własne oczy, co też stało się z ich domem rodzinnym. Nie jest zbytnio zadowolony. Sasuke myśli, że w gruncie rzeczy to powinien jak najszybciej znaleźć sobie jakaś przyjemną kryjóweczkę, która uchroni go przed gniewem brata…
11. Eskapizm w praktyce, czyli Sasuke, jednak robisz to źle!
- Sasuke? – zapytał głośno Neji.
- Sasuke? – zapytał ponownie, jednak i tym razem nie doczekał się odpowiedzi.
Sasuke przyciskał się do ściany przy rogu budynku tak, jak jakiś oryginalny rodzaj tapety i wyglądał zza węgła. Gapił się tak kilkadziesiąt sekund, skanując całą ulicę, wszystkie chodniki, ogródki, a nawet niebo, by w końcu aprobująco stwierdzić:
- Czysto.
I pociągnął Nejiego za rękę, aby dostosował swoje tempo do powolnego truchtu po prawie zupełnie pustym chodniku.
- Wyjaśnisz mi – zaczął wtedy Neji – co ty do cholery wyprawiasz? I dlaczego musimy biec?
- Cśśśścho – syknął Sasuke przyciskając się na płask do kolejnej ściany i ponownie skanując okolicę. – Musimy uciekać. On może już tutaj być.
- No co ty nie powiesz – mruknął Neji. – A gdyby tak zaszedł nas od tyłu?
Sasuke zwrócił zmrużone oczy ku Hyuudze.
- Nie. To mój brat – odparł pewnie. – On tak nie robi, nagłe wyskakiwanie z tyłu jest…  – Sasuke westchnął ciężko, poddając się. – Jest dla niego typowe. Dlatego powinniśmy znaleźć jakąś bezpieczną kryjówkę, aż się nie uspokoi i sobie nie pojedzie.
- I dlatego bawisz się w skradanie ulicami miasta, w świetle dnia, jeśli tym sposobem robisz z siebie sensację? Poza tym, o ile wiem, to Itachi pewnie i tak będzie na imprezie, więc za długo nie damy rady tego odwlec.
Sasuke w zamyśleniu potarł brodę:
- Może mamy szczęście i zatrzaśnie się gdzieś w toalecie?
Neji niemalże wybałuszył oczy.
- Wierzysz w to?
- Nie, ale byłoby miło. Nie zaszkodziłoby, gdyby się tak zatrzasnął raz na czas, a szczególnie dzisiaj. Ewentualnie jutro rano. I nie wyszedł aż nie zapomni.
Neji nie odpowiedział nic, bo długie „okeeej” jakoś na mądrą odpowiedź nie wyglądało.
- Nie uważasz, że mimo wszystko uciekanie jest trochę… dziecinne?
- To według ciebie mniej dziecinna jest śmierć w męczarniach? Nie jestem głupi, Neji.
No faktycznie. Lepiej już niech Sasuke sobie ucieka, skoro w tej sytuacji miałoby mu się stać to, co Itachi zaplanował jako karę adekwatną do przewin Sasuke. Neji domyślał się, że nie było to nic dobrego.
- To może ja wezmę zakupy i zaniosę je do mieszkania, a ty sam pobawisz się w Jamesa Bonda na akcji, co? – zaproponował, wyciągając z rąk Sasuke torby z zakupami.
- Chyba żartujesz – powiedział Sasuke ściśniętym głosem – wtedy on weźmie ciebie jako kartę przetargową w rozmowach ze mną. Ach, Neji! – zakrzyknął chwytając go za ramiona i patrząc poważnie w oczy. – Ani się obejrzysz, a Itachi zakradnie się do ciebie tylnym wejściem i pozostaniesz bez najmniejszych szans!
Neji zamrugał; zakradanie się tylnym wejściem brzmiało dość niepokojąco w ustach Sasuke. Cholera, brzmiało wręcz złowieszczo. I… o matko, Sasuke nie miał chyba na myśli tego, co właśnie przemknęło przez głowę Nejiemu, prawda?
- Nie. Musimy uciekać razem. Tylko wtedy będziemy mieli jakieś szanse na przetrwanie. My dwaj, a cały świat przeciw nam! – dla podkreślenia wymowy wygłoszonej przed sekundą frazy, klepnął Nejiego w tyłek. To nie było zbyt dramatyczne, ale… każda okazja na klepnięcie w tyłek jest dobra. Każda. Nawet jeśli okazja nadarza się na sekundy przed wybuchem bomby jądrowej, a ty masz wybór – klepnąć kogoś w tyłek, czy zwiać (i tak nie dając rady uratować swojego życia), wiedz, że lepiej już klepnąć i umrzeć szczęśliwym.
Hyuuga nadal pod wrażeniem wieloznacznego zakradania się tylnymi wejściami prawdopodobnie wypowiedział coś jak „Eeee, w sumie dobra”. To zakradanie naprawdę było niepokojące, bo co jeśli Sasuke jednak miał na myśli to, co Neji miał na myśli??? A to klepnięcie jeszcze jakby to potwierdzało…
Neji ponownie został pociągnięty przez Sasuke (który w międzyczasie obrzucał podejrzliwymi spojrzeniami wszystkie kosze na śmieci – tam może być Itachi! – wszystkie skrzynki pocztowe – tam też może być Itachi! – a nawet co poniektóre gęstsze krzewy i rabatki – tam… a zresztą, wiadomo jak to leci), tylko tym razem nie do kolejnego rozwidlenia ulic, a do wnętrza jakiegoś budynku, gdzie obaj czym prędzej wpakowali się pod pierwszy mebel, jaki pojawił się w zasięgu ich wzroku. Było to biurko ze stertą splątanych kabli i koszem z wyrzuconymi doń wieloma skrawkami papieru pod spodem. Należy dodać, że mebel ten nie był zbyt wielki, a więc dwóch dorosłych facetów skutecznie zredukowało ilość wolnego miejsca. Było tam ciasno i w sumie dość ciemno. I były kable od komputera, i torby z zakupami, i Sasuke leżący na Nejim i jakieś urajstopione damskie nogi, które postukały obcasikami najpierw w pobliżu, a później już w ogóle dotarły do biurka i usadziły się przy nim, zmniejszając ilość miejsca pod biurkiem jeszcze bardziej i zmuszając chłopaków do ściśnięcia się jeszcze bardziej. Kryjówka była do bani. Definitywnie. Gdyby tylko te nogi nagle postanowiły przesunąć się o kilka centymetrów, elegancka szpilka wbiłaby się Nejiemu dłoń, co byłoby tak samo do bani jak kryjówka ogólnie. Tylko rzecz jasna bolałoby bardziej.
- Co teraz? – zapytał cichutko Neji, jednak Sasuke milczał, słuchając pełnego fałszu nucenia kobiety siedzącej przy biurku. Jednocześnie próbował wychwycić z otoczenia jakieś bardziej niebezpieczne dźwięki niż ta odważna interpretacja Madonny rozbrzmiewająca znad blatu.  Dźwięk brzmiący jak: „Ha, bracie! Znalazłem cię!!!” poprzedzony serią z karabinu maszynowego jednak nie nadchodził. Uchiha zaczął nawet myśleć, że szanse na udaną ucieczkę są naprawdę duże.
No dobra to jest trochę lepsze od bycia ciąganym po ulicach, zadecydował tymczasem Neji, próbując wyprostować choć trochę przykurczone niewygodnie kończyny. Przynajmniej trochę lepsze do czasu, aż właścicielka nóg nie upuściła długopisu i nie postanowiła się po niego schylić. Sądząc po szoku wymalowanym na jej twarzy jej drugie imię brzmiało Zdziwienie. Sądząc po ogólnym wyglądzie, jej pierwsze to Sakura.
O rany…
- SASUKE-KUN??? – krzyknęła ogłuszająco różowłosa dziewczyna, kompletnie zapominając o długopisie.
No i to było na tyle z ich wielkiej ucieczki. Po niecałych dziesięciu minutach zostają wykryci i to w sposób tak głośny, że chyba tylko głuchy nie dowiedziałby się o ich obecności. Sasuke, ech, Sasuke… - pomyślał Neji popychając kolanem skamieniałego Sasuke gapiącego się w oblicze Sakury z taką samą intensywnością, jakby on też miał zamiar przemianować się na Sasuke Zdziwienie Uchiha.
- O mój bożeee! To naprawdę Sasuke-kun! Pod moim biurkiem! – pisnęła dziewczyna podskakując z radości. Sasuke mruknął coś bardziej jak „o nie, nienienienie” i tylko mocniej ścisnął Hyuugę. Neji sapnął wciśnięty między blat a podłogę; tutaj jest… za mało miejsca!... jeszcze chwila, a naprawdę… się zacznie dusić. Hyyy…! Już powoli zaczynał charczeć, kiedy Sakura sięgnęła w końcu po Sasuke i wytargała go za koszulę na światło dzienne. Neji szybko wyczołgał się za nim szczęśliwy, że może się wyprostować i odetchnąć pełną piersią.
- Cześć Sakura – przywitał się Sasuke, uśmiechając się bardzo niepewnie. Zważywszy, że dziewczyna wciąż trzymała go za koszulę i to trzymała na tyle blisko, aby móc patrzeć na Uchihę z bardzo niedaleka, to niepewność była jak najbardziej zrozumiała. – Pieknaś niczym chmura zdobiąca czoło a…aaatłasowego abażura.
Chmura? No jasne, Neji przed każdą chmurą, która zdobi czoło wszelkich abażurów świata przystaje z nabożnym podziwem i chłonie cudowną estetykę… tego. Albo przystawałby, gdyby wiedział, że takie dziwo występuje w naturze. W każdym razie od tej chwili zamierza przystawać i chłonąć estetykę. No chyba, że jakoś mu to wyleci z głowy… a to dość prawdopodobne.
Hyuuga nadal na klęczkach spojrzał ciekawie na Sasuke. Och, och – czy za chwilę coś mu się stanie? Czy znowu będzie musiał leżeć z woreczkiem z lodem na szczęce, bo Haruno zadecyduje, że przefasonowanie twarzy dobrze mu zrobi na elokwencję?
Cóż taki widok zapewne czekałby na Nejiego, gdyby Sakura była normalną kobietą. Bo każda normalna kobieta byłaby co najmniej zdeprymowana takim powitaniem, ale Sakura była uśmiechnięta od ucha do ucha i rozpromieniona tak, że gdyby w pobliżu trzymano jakieś liczniki Geigera, to te zaczęłyby wariować.
- Och, Sasuke-kun! Wiesz, jak rozmawiać z kobietą!!
- Cała przyjemność po mojej stronie – powiedział niskim głosem Sasuke, chwytając za dłoń Sakury i muskając ustami jej wierzch. I w tamtym właśnie momencie dziewczyna wpadła na amen. Zachwycona szarmanckością Sasuke usiadła na krześle przy biurku i wpatrywała się w bruneta rozmarzonym wzrokiem.
- A tak w ogóle, to znasz może jakieś bezpieczne miejsce w okolicy?
Sakura nadal gapiła się na Sasuke, nie zwracając uwagi na pytanie. Neji w międzyczasie wstał i otrzepał spodnie z kurzu, jaki tu i ówdzie zalegał na podłodze. Może Sasuke jednak… jednak czasem myśli? To w końcu nie był aż taki zły pomysł z tym przyflirtowaniem do Sakury. Przynajmniej był skuteczny – może nie wirtuozerski i inteligentny, ale przynajmniej skuteczny. A to się liczyło na plus.
- Sakura? – Neji pomachał dziewczynie przed szeroko otwartymi oczami. – Sakura?
Sakura jednakże oznak życia nie dawała poza pomrukiwaniem co jakiś czas: Ah, Sasuke, Sasukeee i patrzeniem na rzeczonego, który raczej zdawał się nie przejmować tym faktem.
- To z szoku? – zwrócił się do Sasuke, który wyciągał spod biurka ich torby z zakupami i sprawdzał, czy zawartość nie ucierpiała. – Często tak ma?
- Często. Widzisz, Neji – uśmiechnął się Sasuke – tak działam na ludzi i ojejku, nic nie poradzę, że jestem taki przystojny i pociągający, jaki jestem.
- Aha – mruknął Neji, bo co innego mógł powiedzieć?
- Gdybym nie był, czy byłbyś o mnie taaaki zazdrosny? – zapytał chytrze Sasuke.
Neji przymknął na chwilę oczy, czekając na ratunek z niebios. Niebiosa jednak rzadko mają dobre wyczucie albo w ogóle rzadko przejmują się losem zwykłych śmiertelników, nie chcących się przyznawać do swoich uczuć, więc i tym razem żadne zdarzenie paranormalne nie uratowało go od odpowiedzi. Życie jest ciężkie, a Sasuke czekający kilka metrów obok ciebie na odpowiedź jest do zniesienia równie trudny.
No chyba, że… Wybrnięcie z grząskiego tematu, jak pomyślało się krótką chwilkę, nie było jednak aż tak trudne. Hyuuga postanowił ominąć temat zazdrości szerokim łukiem i pozostać przy Itachim. To było tą lepszą alternatywą.
- Nie mieliśmy uciekać?
- Mieliśmy. Nadal mamy. Tylko mi odpowiesz i znikamy, Neji, znikamy, jak sen jaki złoty!
- Ale po co zwlekać? – rzekł Neji ze źle zagranym entuzjazmem. – Itachi tutaj przyleci zwabiony tamtym ultradźwiękowym krzykiem Sakury, a my sobie będziemy tak stać i rozprawiać, jaki to ja jestem zazdrosny, a zaznaczam, że nie jestem, i jak bardzo chcesz ode mnie usłyszeć, że jestem? – chłopak trochę się zapętlił w wyjaśnieniu, ale przekaz dla Sasuke był i tak nieprzyjemnie wyraźny; Itachi czyha na każdym kroku. Do jasnej cholery, a może już znalazł się na tej ulicy?! A może zaraz wejdzie do budynku?!!!
- Tak właściwie… - Sasuke niespokojnie rozejrzał się po budynku. Sala była dość duża i przestronna, urządzana w nowoczesny sposób obejmujący kilka futurystycznych biało-srebrnych foteli i stalowe kręcone schody na piętro. – O, pójdziemy na górę – ręka Sasuke wystrzeliła, wskazując drogę na piętro.
- A jej nic nie będzie? – Neji zawahał się przed złapaniem za barierkę i podążeniem w ślad za, uh, mężem?
- Nie powinno, myślę, że po tylu latach już zdążyła się przyzwyczaić. No chodź. Tylko szybko, kto wie, jakie zło może czaić się na zewnątrz, o, tuż za tymi oszklonymi drzwiami.
Obaj przyjrzeli się drzwiom wnikliwiej niż przedtem. I nagle rzeczone drzwi jakby oświetliło mroczniejsze światło, a ludzie przechodzący chodnikiem tuż za nimi zdali się wyglądać, jakby dopiero co wyszli z kryminału. Pewnie gdyby Sasuke i Neji gapili się na drzwi jeszcze trochę bardziej i dłużej sugerowali sobie, że czeka tam na nich wielkie, okropne zło, to uparliby się zobaczyć przechodniów z kajdankami na rękach i odzianych w pomarańczowe uniformy rodem z amerykańskich filmów traktujących o zakładach karnych. Nie mieli jednak czasu na gapienie się i wmawianie, że zło czyha na zewnątrz, kiedy złu nic przeszkadzało wtargnąć do środka i zacząć działać w środku. Czym prędzej popędzili więc po stopniach w górę.   
Korytarz tam był pusty. Ha! więc jednak zło jeszcze ich nie dogoniło i mogą odzyskać trochę pewności siebie, nie czując ciężkiego oddechu zdyszanego pogonią Itachiego na karku.
- Patrz, jest balkon! – kiwnął Sasuke w kierunku innych oszklonych drzwi. – O radości, iskro bogów, tędy możemy stąd uciec!
- Chwila – Neji zatrzymał się w połowie pomalowanego na biało korytarza. – Chcesz powiedzieć, że weszliśmy tutaj tylko po to, żeby stąd wyjść? Przez balkon?
- To było dla tak zwanej „zmyły”, Neji – odparł Sasuke. – Nikt nigdy, a szczególnie mój starszy brat, nie wpadnie na to, że można wejść do budynku i po dziesięciu minutach wyjść z niego ot tak, bez próby znalezienia jakiegoś mniej oczywistego wyjścia, czy robienia podkopu. Czy to nie jest genialny plan? A wyobraź sobie, że wpadłem na to dopiero przed chwilą!
- A za tymi drzwiami już nie ma niczego złego, jak na parterze? – dopytał się ze zdziwieniem Neji.
- No właśnie nie ma – Sasuke pokiwał z zastanowieniem głową, przemykając wzrokiem po ramie, na dłużej zatrzymując się na dość nowej klamce. – Nie ta aura. To jest aura niedawnego remontu, a nie wielkiego zła.
- Sasuke, ale to jest idiotyczne po prostu! – krzyknął bezsilnie.
- Nie narzekaj – zirytował się Sasuke – przejdziemy się po jeszcze kilku dowolnych budynkach i zgubimy Itachiego kompletnie. Nie będzie wiedział, gdzie góra, gdzie dół, nie wspominając o prawej i lewej stronie, bo z ich rozróżnianiem ma problem już od dzieciństwa.
- A skąd masz pewność, że w ogóle jest jakaś pogoń? Że chce mu się latać po całej Wiosce i szukać nas po wszelkich domkach, na jakie tylko się natknie?
- No, pewności nie mam, ale ci źli zawsze lubią pobiegać za tymi dobrymi. Myslę, że w tym wypadku, rola „tych dobrych” przypada nam, jako że my nie mamy najmniejszych chęci uszkadzać nikogo z takiego błahego powodu, jak spalenie domu. A i mimo wszystko to zawsze lepsze niż czekanie, aż Itachi po prostu nas dorwie… Nie mam racji?
Nie miał. Przynajmniej według Nejiego, ale Hyuuga już po prostu zacisnął zęby, zgrzytając cichutko, i wyjrzał na balkon.
Przynajmniej nie było znowu aż tak wysoko. Te kilka metrów w dół… co to dla niego.
Neji przełknął ślinę, obserwując jak Sasuke przekłada nogę przez barierkę.
***
Neji był zmęczony. Bardzo zmęczony, co również odbijało się na jego wyglądzie zewnętrznym. Spodnie i koszula zostały udekorowane błotnistymi plamami, a włosy zdobiły opadłe liście i gałązki, które wczepiły się w jego fryzurę, kiedy Sasuke uznał, że najbardziej niekonwencjonalnym ruchem, którego nikt by się nie spodziewał, będzie doczołganie się do kamienicy przez plac zabaw. Hyuuga już nie chciał się kłócić, dlatego bez słowa padł na płask i rozpoczął mozolne pełznięcie po lekko błotnistym podłożu. Chociaż samo to, że nie chciał się kłócić nie obejmowało, że jest z tego wszystkiego zadowolony i że Sasuke nie będzie musiał w domu bardzo się postarać, aby wrócił mu dobry humor. A o dobry humor Nejiego ciężko było, szczególnie w ostatnich tak psychodelicznych dniach. Żeby go zapewnić Sasuke musiałby się starać długo i bardzo mocno. I prawdopodobnie musiałby się postarać o tort czekoladowy albo co…
Neji zrzucił brudne buty na podłogę obok toreb z zakupionymi garniturami i przeczłapawszy kilka kroków do salonu, legł na sofę. Odetchnął głęboko, zamykając oczy – taak, tutaj przynajmniej mógł rozprostować kości, a nie leżeć z Sasuke pod biurkiem, jakby byli sardynkami ściśniętymi w bardzo małej, ciasnej puszce.
Z korytarza coś zapiszczało cienko: „O nie, moja kanapa!” mając zapewne na myśli niezbyt schludne odzienie Nejiego napastujące jej obicie, ale tamto coś nie kontynuowało piszczenia, ani żadnych działań godnych Ruchu Wyzwolenia Kanap Spod Okupacji Ubłoconych Ubrań, więc Neji uznał, że równie dobrze mogło mu się zdawać. Tak, na pewno mu się zdawało.
- Neji – odezwał się po kilku minutach głos jakoś blisko ucha Hyuugi.
- Hmmhmmm? – mruknął, nie mając chęci na artykułowanie jakichkolwiek wyrazów.
- Nie chciałbyś się wykąpać na przykład? Wtedy… - mamrotu, mamrotu – sofa… - mamrotu – czysta… -była? – mamrotu – nie… czyścić.
Ah! W końcu to doszło do umysłu wycieńczonego Nejiego. Kąpiel! Kąpiel była dość przyjemną koncepcją. Woda w wannie, piana, pachnące żele do mycia, szampony i odżywki do włosów… ciepło i unosząca się delikatnie w łazience para wodna… hmm, tak, kąpiel… Ciekawe, jak dużą wannę miał Sasuke? Bo aż wstyd przyznać, ale dzisiaj rano, kiedy Neji w oczekiwaniu aż Uchiha nie przyjdzie z zakupów, martwiąc się, że chłopak obraził się na niego śmiertelnie, jakoś nie zwrócił uwagi na jej rozmiary…
- Mam dużą wannę – powiedział Sasuke zupełnie, jakby czytał Hyuudze w myślach. – Zmieścimy się obaj – mruknął sugestywnie, siadając na oparciu kanapy i kładąc dłoń na barku długowłosego. Dłoń wkrótce przesunęła się i odpięła Nejiemu dwa górne guziki od koszuli. – Napuszczę dużo ciepłej wody, wleję dużo tego pachnącego żelu, co położyłeś go w szafce łazienkowej, i będziemy się pluskać i myć sobie plecy, co Neji?
Sasuke mimo postawienia pytania jakoś nie czekał na odpowiedź Hyuugi, jak tylko wypowiedział „co Neji”, już zsunął się z kanapy i popędził do łazienki napełniać wannę. Z góry uznał, że pewnych propozycji wysuwanych przez Uchihę Sasuke, najseksowniejszego faceta w Konosze, się nie odrzuca, bo takie odrzucenie świadczy co najmniej o braku gustu… a w skrajnych przypadkach zapewne też o impotencji. A co tam, uznał Neji, przeciągając się na sofie, ostatecznie może wykąpać się z Sasuke. Jedna taka kąpiel chyba nikomu jeszcze nie zaszkodziła, nie? A Neji miał też nadzieję, że jak zaszkodziła, to nie jakoś drastycznie i trwale.
Neji postanowił nawet udać się do kuchni i coś zjeść, bo to całe uciekanie i związane z nim wchodzenie do wszystkich budynków, jakie tylko stanęły im na drodze, zostawiło go z niezbyt przyjemnym uczuciem ssania w żołądku. Już miał wyjść z salonu, kiedy jego uwagę zwróciły niedokładnie domknięte drzwi jednej z szaf. Dodajmy tej jednej, w której znajdowały się ubrania Nejiego. Czy to, że były niedomknięte świadczyło, że jakaś z jego jedwabnych koszul zsunęła się z półki i teraz zwisa tam zakleszczona między drzwiczkami? A jak się poniszczy?!
Ledwie dotknął szafy, a drzwi odskoczyły jak żywe. Bieliźniarka krzyknęła:
- Głupi mały braciszku!
I z szafy wyszedł wysoki brunet z długimi ciemnymi włosami związanymi w koński ogon. Brunet ten oprócz zwyczajnej ciemnoszarej koszuli i czarnych spodni, na sobie miał także kilka przewieszonych przez ramiona błyszczących szmatek, które na pierwszy rzut oka wydały się Nejiemu znajome. Nagle zrobiło mu się zimno.
- Jeżeli to miała być ucieczka, to wiedz, że była tragiczna – powiedział brunet jeszcze głośniej, ściągając z siebie wszystkie te „szmatki”, które zdecydowanie były ulubionymi, specjalnie dla Nejiego zaprojektowanymi koszulami. Hyuugę nagle coś ścisnęło w gardle, kiedy patrzył jak pognieciony materiał jest bezceremonialnie wrzucany na dno szafy, a ta zamyka się z głośnym trzaskiem.
- Tragicznie tragiczna – powtórzył mężczyzna.
Neji spojrzał się wrogo na tego faceta, co wyszedł z szafy i pogniótł mu całą garderobę. Przybysz odebrał jednak tę płonącą w oczach wściekłość jako niezrozumienie wypowiedzianej przezeń przed chwilą frazy.
- Jak tragedie greckie, taka tragiczna – wytłumaczył. – A to znaczy, że najtragiczniejsza z możliwych, bo sorry, ale…
W mieszkaniu nagle zrobiło się bardzo cicho. Szum wody wlewającej się do wanny ustał kilka ładnych chwil temu, nawet zegar na ścianie przestał tykać, jakby w oczekiwaniu na coś, co miało wydarzyć się za chwilę i ma zamiar być tak epickie, że klimatyczna cisza jest wskazana.
- …alee… - zaciął się mężczyzna, patrząc na nagle szaleńczo poruszającą się klamkę w drzwiach łazienki. Wyglądało na to, że się zacięły. A niech to! Cnota Nejiego jest wystawiona na burzącą cały porządek wszechrzeczy obecność Itachiego!
- … ale…
- ITACHI!
W końcu z łazienki wyskoczył Sasuke bez koszuli i z już rozpiętymi spodniami, z każdą sekundą coraz bardziej zsuwającymi się z tyłka.
- … ale tak in reality to od razu przyszedłem tutaj i schowałem się w szafie. Nie chciałem się przemęczać, you know – dokończył z idealnie brytyjskim akcentem Itachi

Ciąg dalszy - mam nadzieję - nastąpi kiedyś. ;)

sobota, 26 marca 2011

Bonusfik "Skazany na Sasuke Rozdział 10"

Rozdział, który mam do zaprezentowania wytworem genialnym nie jest, ale lepszego nie udało mi się napisać. =.=  Oglądanie durnych kreskówek zdecydowanie nie pomaga na lenia i resztę rzeczy z tym związanych. Przez to mam ochotę jedynie napisać jakąś scenę, w której flaki będą zwisać z wentylatora u sufitu. xD Nienie, tutaj nie zwisają, bez obaw.
O czym jest? O zakupach, rozrywce, jaką preferują właściciele sklepu i o tym że odebranie telefonu od brata przepowiada ci niekoniecznie różową przyszłość.
No i ten, od tego Nejiego muszę sobie zrobić jakąś dłuższą przerwę, bo mnie zaczął straszliwie denerwować – następnym razem coś zdecydowanie bez sfoszonego pana H. A jeśli już pan H. wystapi, to będzie zdecydowanie bardziej kanonicznie denerwujący. :)

10. Zakupy odzieżowe, wcale nie sułtan oraz gry komputerowe to jednak zło.
Neji nie sądził, że Sasuke mówiąc o wybraniu się na zakupy, miał na myśli jedno konkretne miejsce, a nie ogólne chodzenie po mieście i odwiedzanie wielu mniejszych lub większych saloników odzieżowych. Nie sądził też, że upatrzony przez Sasuke sklep będzie tak… unikatowy. Unikatowo unikatowy jak na standardy Nejiego, gdyż (co dziwne) nigdy nie znalazł się w aż tak nietypowym miejscu, które do tego mieniło się nazwą sklepu odzieżowego.
Oczywiście, drzwi otwierało się normalnie – ciągnąc, jednakże już po wejściu okazywało się, że to jest naprawdę dziwne miejsce. Pierwszym, co po zamknięciu drzwi poczuł Neji był duszący zapach kadzidełek. Uch, okropieństwo – tym bardziej, że jego nos zdawał się być pewny, że w lokalu pozapalano wszystkie rodzaje trociczek, jakie były w sprzedaży. No, przynajmniej wyjaśniło się, kto w ogóle kupuje te wynalazki… Nie, chwilka! Jeszcze się nie wyjaśniło, bo po wejściu Neji nie zobaczył żadnego sprzedawcy – widział właściwie tylko delikatne woale pouwieszane u sufitu. Woali było tak dużo, że po całej minucie odsuwania materiałów sprzed twarzy i przechodzeniu pod nimi Neji zaczął uważać, że ten cały sklep sklepem raczej nie jest – bardziej jak jakiś orientalny harem w sułtańskim pałacu, do którego wstępu broni cholerny labirynt ze zwiewnych przejrzystych szmatek zasnuty wonnym dymem. Neji nie wiedział, że w Konosze w ogóle rezyduje jakiś sułtan, ani że prowadzi sklep z modą męską, ale uznał, że może poświęcić się odsuwaniu woali tylko po to, by chociaż go zobaczyć. Nawet jeśli wiązało się z tym, że jego prędkość wynosiła teraz pięć metrów na minutę.
Kiedy woale w końcu ustąpiły Nejiemu i Sasuke z pola widzenia, a zapach kadzidełek stał się (o ile to możliwe) jeszcze bardziej drażniący niż przedtem, Neji odkrył, że sułtan, którego chciał zobaczyć rozpartego na jakimś pufie z półnagimi paniami trzymającymi wielkie wachlarze z pawich piór i innymi hasającymi dookoła w jakimś orientalnym tańcu, jest jakiś mało sułtański. Żeby nie powiedzieć, że nie jest sułtański nawet w jednym calu, a potem wysnuć wniosek, że kadzidełka i woale zostały umieszczone tam przedpokoju tylko z powodu, dajmy na to, promocji na te artykuły w pobliskim supermarkecie.
Sułtan, który raczej na pewno sułtanem nie był (być może dlatego, że Konoha nie stanowiła normalnego miejsca występowania takich indywiduów) właściwie leżał na kontuarze, wyciągając nogi na całą jego długość i razem ze szczupłym jasnowłosym chłopakiem o okularach zajmujących większą część twarzy wpatrywał się w coś, co nawet nie było magazynem ze zdjęciami Nejiego. Był to wielki telewizor stojący na podłodze na środku sklepu, na ekranie którego wyświetlała się jakaś bijatyka. Mężczyzna zalegający na ladzie miał długie czarne włosy, twarz koloru jakiego nie powstydziłaby się dowolna kreda i oczy pomalowane na fioletowo. Ubrany był w jasną koszulę z krawatem luźno zwisającym na przedzie, aktualnie już trochę pogniecionym. Obaj faceci trzymali w rękach (według Nejiego) jakieś niewielkie czarne pudełeczka z przyciskami, które klikały w chaotycznym rytmie, do wtóru okrzyków i przekleństw.
Tak naprawdę pudełka były najzwyklejszymi w świecie joypadami, chociaż Nejiego wcale nie martwił fakt, że uznał je za pudełeczka. Było w tej scenie coś znacznie gorszego, niż ignorancja Nejiego, czy „O *****!” wypowiedziane w chwili większego wzburzenia przez jednego z graczy.
Najgorsze było to, że gapienie się w monitor było dla mężczyzn tak pochłaniające, że w ogóle nie zwrócili uwagi na wchodzącego właśnie Nejiego, który (bądź co bądź) był drugim po Sasuke najseksowniejszym facetem w Wiosce według ostatniego rankingu. Został praktycznie olany! A gdzie zasady? Gdzie ten mechanizm zachowania się na jego widok, co? Co się stało z planem „Co robić, kiedy przypadkiem natrafisz gdzieś na Nejiego Hyuugę i nie jesteś przygotowany na takie spotkanie?”, który jako jedyny został oficjalnie zatwierdzony przez Nejiego (również napisany, ale tak właściwie to tajemnica, o której do tej pory wiedzieli tylko sam Neji i jego miłość własna)? Plan ten obejmował kolejno:
1) Otwieram oczy szeroko ze zdumienia, jak wielkie SZCZĘŚCIE mnie spotkało;
2) Wydaję okrzyk ZACHWYTU, po czym stoję nadal z otwartymi w zadziwieniu ustami;
3) Nie mogę uwierzyć, że to prawdziwy CUDOWNY Neji Hyuuga;
4) Miękną mi kolana; nie wiem, co powiedzieć, nie wiem nawet, jak podejść bliżej do tego BÓSTWA;
5) Ostatecznie udaje mi się przemóc słabość na widok Nejiego Hyuugi i pławić się w zachwycie nad jego PIĘKNOŚCIĄ już blisko niego, obdarzając przy okazji sowitą porcją komplementów.
Lecz zanim Hyuugę kompletnie pochłonął żal, że czasy się zmieniają i nikt już nie wie, jak powinno wyglądać spotkanie z nim według wszelkich zasad dobrego wychowania, uderzyło go, że tak właściwie to zna tego faceta o ciemnych włosach i kontrolerze w dłoniach. Tak, tego samego, który przed sekundą malowniczo odrzucił włosy do tyłu i uderzył padem o kontuar, coś sycząc z irytacją do okularnika. Wyglądał na nieco zdenerwowanego.
- Matko – szepnął Neji i złapał idącego obok Sasuke za łokieć – Po co my właściwie przyszliśmy do Orochimaru? Przecież on – zamrugał, ściskając mocniej rękę Sasuke i kalkulując sobie coś przez chwilę w myślach – on handluje elektroniką. Jutro zamiast krawata chcesz założyć sobie na szyję laptopa, czy może pięćdziesięciocalowy telewizor? O, taki jak ten na podłodze.
Sasuke omiótł Nejiego powłóczystym spojrzeniem, nie zerkając przy tym wcale na wspomniany telewizor, i oznajmił:
- Wczoraj Orochimaru uznał, że moda męska w obliczu pewnej większej imprezy – słowo „pewnej” wydawało się brzmieć, jakby wyraźnie sugerowało, że Neji wie o jaką imprezę chodzi – jest bardziej opłacalna niż wszelkie laptopy. I zmienił branżę.
Może rzeczywiście tak było, może garnitury jednak przyniosą więcej zysku. W końcu Hiashi chodząc po mieście (a chodził bardzo dużo, również przez to, że nie posiadał żadnego środka transportu licującego z jego pozycją społeczną; czerwona damka Hinaty się nie nadawała),  informował wszystkich, co sądzi o tych „kujonach cholernych” co zdecydują się nie przyjść na „zajedwabistą imprę”. A oprócz Danzou i kilkunastu jego popleczników, którzy buntowali się dla zasady, nikt nie chciał zostać uznanym za lamera i narazić się staremu Hyuudze. Narażanie się było niespecjalnie wygodnym rozwiązanie, jako że Hiashi bardzo łatwo mógł okazać swoje niezadowolenie, nagle pojawiając się późnym wieczorem w ciemnym zaułku ze swoim legendarnym kijem w ręku i ze słowami: „No proszę, taki siarski kujon na mojej dzielni!”… A to kończyło się niezbyt komfortowymi siniakami i obitymi żebrami.
Neji po tej krótkiej projekcji swojej wyobraźni zdecydował, że on sam w celach ochronnych również powinien jednak zaopatrzyć w cokolwiek, co pozwoliłoby mu pozostać „ziomem” Hiashiego i nie narażać na żadne bliższe spotkania w ciemnych zaułkach. To że miał zaopatrywać się u Orochimaru (który, zanotujmy raz jeszcze, sprawnie zignorował Nejiego przed chwilą) po zestawieniu z wujem w szale bojowym nie było już tak istotne.
Kiwnął głową i westchnął ciężko, zgadzając się na swój los.
- No to dobrze – skomentował Sasuke i podszedł do lady. Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, został szybko odsunięty na bok i poczęstowany komentarzem, że niech no chwilę poczeka, bo teraz jest ważny moment, a Uchiha zasłania ekran i przez to, no nieeee, jak to znowu przegrana?! Czy to pad mi nie łączy??! Czy to wina kabelków?!
Uchiha spróbował raz jeszcze, ale znowu został odsunięty.
- Kabuto – wyszeptał Orochimaru głosem bardzo wyraźnie słyszalnym w ciszy, jaka zapanowała nagle w sklepie. Nawet dźwięk, który odtwarzany był przez głośniczki monitora urwał się w pół tonu. Nawet Sasuke już nie próbował dojść do głosu. Nawet Neji się nie poruszył i stał nadal u wejścia, patrząc jak Orochimaru ściska w dłoniach kontroler, zagryza wargę w zamyśleniu i ruchem tak szybkim, że w komiksie nie zająłby nawet jednego kadru podnosi się do pozycji siedzącej.
- Tak, panie Orochimaru? – odparł równie poważnie i cicho Kabuto. Siedzieli teraz na ladzie obok siebie, kolano w kolano, ręka z padem obok ręki z padem.
- Kabuto, mój drogi – powtórzył Orochimaru, a jego rozmówca poprawił przy tym swoje okulary ruchem niemalże scenicznym – jeżeli jeszcze raz wygrasz, będę zmuszony… - Ciemnowłosy zacisnął usta w wąską kreskę i pokręcił dramatycznie głową. Rozpuszczone włosy dodając dramatyzmu, opadły mu na twarz. – Będę zmuszony wyciągnąć z tego dość nieprzyjemne konsekwencje.
Kabuto gwałtownie głośno nabrał powietrza:
            - Konsekwencje? – wypowiedział z czymś na kształt bardzo oszczędnie dawkowanego przerażenia, po czym odrzucił kontrolery na podłogę i gorączkowym ruchem złapał dłonie Orochimaru. – Co chcesz przez to powiedzieć?
- Prawdopodobnie – zaczął Orochimaru, bardzo powoli dobierając słowa – zostaniesz zwolniony w trybie natychmiastowym. Bez wypowiedzenia, zaległych urlopów i pensji za ten miesiąc. No i bez premii za wrzesień oraz służbowego telefonu.
Półotwarte z szoku usta Kabuto zdawały się formować bezgłośne „Ale jak to?”.
- To nic osobistego – dodał ciemnowłosy, patrząc na udręczonego okularnika – rozumiesz, że takie po prostu są zasady. Bo rozumiesz, prawda? Nie powinieneś wygrać, to wystąpienie przeciwko naturalnym regułom i wzorom postępowania, jakimi ludzkość kieruje się od tysięcy lat. Jako podwładny nie masz prawa wygrywać z szefem, czyż nie mam racji?
Kabuto mocniej ścisnął dłonie Orochimaru.
            - Przykro mi, Kabuto, ale wiesz, że muszę – powiedział smutnym tonem i uwolniwszy jedną z rąk z uścisku jasnowłosego, poklepał go kilkakrotnie po ramieniu, co miało dodać mu otuchy. – Z zasadami nie wygrasz.
- Panie Orochimaru! – Kabuto nagle podniósł głos, jego twarz wyrażała zacięcie i pewność co do obranej ścieżki. Jego oczy wyrażały… właściwie Neji nie widział , co wyrażały oczy Kabuto, bo światło akurat odbijało się od szkieł w okularach, ale coś wyrażać chyba powinny. – Ja dla pana przegram! Zrobię to perfekcyjnie.
Orochimaru machnął nogami w powietrzu kilka razy, czekając, czy Kabuto raczy dodać coś jeszcze, jakieś dalej idące obietnice czy przysięgi, ale skoro nie dodał i tylko wgapiał się w niego swoimi ciemnymi oczami, pozostało mu tylko:
- No – ucieszył się Orochimaru – to zmienia postać rzeczy. W takim razie łaskawie sięgnij mi po pada i rozegrajmy ten ostatni mecz. A ty poczekasz sobie jeszcze chwilę – zwrócił się do stojącego kawałek dalej Sasuke skamieniałego w obserwowaniu scenki rodzajowej z udziałem pracowników sklepu.
No i rozgrywali. Przez dobre kilka minut kolorowe postacie latały po całym ekranie wymieniając ciosy i piszcząc cieniutkimi głosikami jakieś „hijaaa!” „łaaj!” „a masz!”, aż w końcu pojawił się wyczekiwany napis K.O. wraz z podsumowaniem rozgrywki.
Kabuto przegrał w idealnym tonie – nie wyglądało to, jakby rzeczywiście pragnął porażki, a wynikła ona jedynie przez fakt różnicy umiejętności między nim samym a Orochimaru. Orochimaru trochę pocieszył się zwycięstwem, chichocząc pod nosem przez krótką chwilę i wymachując nogami w powietrzu przez trochę dłuższą, po czym wreszcie zwrócił uwagę na Sasuke. Uchiha stał tuż obok nich i był trochę zdziwiony faktem bycia świadkiem takiej dziwacznej, ale mimo wszystko dramatycznej i rozrzewniającej scenki. Gdyby trwała jeszcze dłużej i Orochimaru zamiast frazy „wystąpienie przeciwko zasadom”, użył „Kabuto, jeśli mnie kochasz, przegraj dla mnie!” niechybnie wzruszyłby się do łez.
- Niemożliwe – zdziwił się Orochimaru, zeskakując z kontuaru i nieznacznym ruchem poprawiając lekko pogniecioną od leżenia na blacie koszulę. – Co sprawiło, że to Sasuke Uchiha zdecydował się mnie odwiedzić? Po tak strasznie dłuuuugim niewidzeniu się?
- To tylko miesiąc – mruknął Sasuke, nie chcąc zagłębiać się w temat. – Zresztą nieważne.
- Tak, nieważne – powtórzył Orochimaru i obrzucił krótkim taksującym spojrzeniem Hyuugę nadal stojącego przy drzwiach. Gdyby spojrzenia mogły pogardliwie prychać, to prychnęłoby na pewno. – Przyszedłeś w interesach, Sasuke, nieprawda? Towarzysko – parsknął – to pewnie znalazłeś sobie kogoś… dla ciebie może bardziej odpowiedniego.
- Orochimaru – odpowiedział poważnie Sasuke, co Nejiemu zaczynało z daleka wyglądać jak powtórka tej całej scenki z Kabuto tylko z wykorzystaniem innego aktora. Postanowił więc natychmiastowo wkroczyć i zdusić wszystko w zarodku. Tym bardziej, że nie podobało mu się zostanie nazwanym kimś, kto jest bardziej odpowiedni towarzysko dla Uchihy. Neji wszak nie babrał się w żadnych wierszykach – jeśli nie liczyć tego, który kiedyś sprezentował mu Sasuke na walentynki.
- Tak, przyszliśmy tylko w interesach, o ile tak można nazwać kupno garnituru – wtrącił się Neji i bez większych ceregieli odsunął Sasuke od Orochimaru. – Kupujemy, wychodzimy, tylko tyle. No, pod warunkiem, że macie tutaj coś oprócz telewizora i konsoli do gier. Preferowałbym jednak coś bardziej materiałowego.
Lekkie skrzywienie ust, ponowne obrzucenie Nejiego długim spojrzeniem i Orochimaru odparł, odrzucając eleganckim ruchem włosy w tył:
            - Oczywiście, że mamy coś innego. Mamy dużo innych rzeczy. Na specjalne zamówienie i za dobrą zapłatą możemy sprowadzić praktycznie wszystko. Oczywiście trzeba wziąć wtedy pod uwagę, że transakcja na „praktycznie wszystko” nie jest traktowana jak coś normalnego, nie prowadzę przecież sklepu wielobranżowego.
- Nie sądzę, że potrzebujemy czegoś takiego – Neji uśmiechnął się milutko i ścisnąwszy rękę Sasuke, odsunął na jeszcze większą odległość. – Ograniczymy się do standardu.
- Kabuto –  Orochimaru zwrócił się do chłopaka, wskazując mu Nejiego – Podaj temu panu katalog i zapytaj się o rozmiar. Ja… zajmę się drugim panem.
Okularnik zmierzył Nejiego wzrokiem, a niecało dziesięć sekund później był w stanie określić rozmiar klienta w rozmiarówce każdej z firm, jakiej wyroby sprzedawał. Kabuto właściwie wyglądał na kogoś, kto ma w oczach jakieś niewidzialne macki z metrem krawieckim w łapkach, a macki te maja jakąś wewnętrzną superpamięć, umożliwiającą mu recytację z pamięci wszystkich tabel rozmiarowych świata nawet o czwartej nad ranem po wyrwaniu z głębokiego snu.
No, jeżeli tylko puści się w niepamięć ignorowanie klienta przy wejściu, to nawet można by stwierdzić że serwis jest bez większego zarzutu. Gdyby jeszcze tylko Orochimaru nie obmacywał Sasuke tym metrem pod pretekstem zmierzenia mu długości nogawek, to Hyuuga powiedziałby, że obsługa jest naprawdę niezła. Ale Neji niczego w niepamięć nie puszczał i dlatego z bardzo głośnym zniecierpliwieniem zaczął przeglądać wyciągnięty przez Kabuto katalog, losowo chwaląc i ganiąc zdjęcia, na które nawet się nie patrzył. Były i tak zupełnie standardowe – trawniczek, marmur, białe kwiaty, ładna pogoda…
Denerwowało jeszcze go trochę, że Sasuke na każde „chodź tutaj i zobacz” reagował szybkim „za moment”, a kiedy ten moment mijał, dalej stał przy Orochimaru i dawał mierzyć się w pasie. Pfff, jak nie, to nie.
- … tak myślę – Kabuto skończył jakiś dłuższy wywód o tematyce odzieżowej i z zadowolonym, wyćwiczonym uśmiechem ekspedienta czekał na reakcję Hyuugi. A Hyuuga właśnie nie wiedział, jak zareagować. Bo to owszem, mógł być jakiś dobry koncept, ale mógł być też jakiś bardzo zły koncept. Za zły koncept Neji uważał garnitur z farbowanej na różowo skóry krokodyla, do tego pomarańczową koszulę i mokasyny, a nikt nie dawał mu gwarancji, że właśnie takiej kombinacji nie proponował mu jasnowłosy chłopak.
- Hm – Neji udał zastanowienie, zerkając przy tym kątem oka, czy Sasuke już kończy, czy może da się zmierzyć Orochimaru w naprawdę niepotrzebnych miejscach. I będą się mierzyć wzajemnie w jakiejś przebieralni. – Nie jestem pewny.
- Nie rozumiem – Kabuto zamrugał. – Przed chwilą wskazywał pan na welon i mówił, że to nieźle wygląda.
- Naprawdę?
- Tak – Kabuto zmarszczył brwi. – No i się składa, że mamy na magazynie całkiem ładną koronkę, więc ewentualnie mógłbym się podjąć pewnych przeróbek dowolnego smokingu, jaki pan wybierze.
- Nie, chwila – Neji pokręcił głową i odsunął od siebie katalog. – W jeden dzień? I do tego koronkę, mnie w koronkach? Pan upadł na głowę?
Kabuto sprawiał wrażenie kogoś, kto być może zaraz wyskoczy z siebie i przebiegnie się po sklepie z siekierą w dłoniach – przez całe pięć minut uzewnętrzniał swoją wizję przed Nejim wedle tego, co sam Hyuuga zaproponował, a teraz ten cholerny laluś burzy się i protestuje. Ale oprócz bycia zdenerwowanym, Kabuto był też profesjonalistą, a profesjonalista nie daje się wyprowadzić z równowagi przez klienta, który nie wie, co mówi, ani czego chce. Dlatego też trzymana pod blatem siekiera nie znalazła się w jego rękach, tylko leżała tam nadal; ostra i czekająca na jakiś bardziej wnerwiający bodziec. W sumie Kabuto chciał, żeby taki moment nadszedł szybko.
- Może więc wolałby pan firankę? – dodał uszczypliwie Kabuto.
- W życiu nie założę firanki! – wykrzyknął rozdrażniony Neji. – Nie chcę ani firanki, ani koronki!
Jak ten Kabuto sobie w ogóle wyobrażał coś takiego? Jak w ogóle mógł pomyśleć, że Neji zdecyduje się to założyć i pokazać publicznie? To przecież nie był pokaz mody, a Neji osobiście wolał nie bawić się w modę wielkowybiegową na co dzień – jego zdjęcia reklamowe i tak były mniej drastycznie trendy.
Wtem szelest z tyłu ustał, nie przerywając jednak Hyuugowego zamyślenia na tematy okołoodzieżowe. Orochimaru wreszcie przestał męczyć ten metr krawiecki podszedł w końcu do zaczerwienionego ze wzburzenia Nejiego:
- To może ma pan jakieś inne propozycje?
- Chcę taki – Neji stuknął palcem w zdjęcie najnormalniejszego z normalnych czarnych garniturów, jaki można było sobie było wyobrazić. Na metce od producenta z pewnością napisano „100% przeciętności”. – I uprzedzając godzinne zastanawianie się, Sasuke też chce taki. Dokładnie taki sam.
- Ale ja wcale – zaczął Sasuke, który pojawił się tuż obok Nejiego, lecz nie dokończył, bo Hyuuga obdarzył go takim spojrzeniem, że poczuł się, jakby był wcale nie Sasuke Uchihą tylko jakimś robalem rezydującym w dziurze za tapetą.
- Jest pan pewny?
- Absolutnie.
Tak, absolutnie. Neji miał dosyć koronkowych garniturów, które prawdopodobnie byłyby największą zbrodnią dokonaną na modzie od czasów uznania, że skarpetki noszone do sandałów są „cool”. Tego że Sasuke ostatecznie zawziął się i wybrał szary połyskliwy materiał też miał dosyć. Miał dosyć chyba w sumie już wszystkiego. Absolutnie.
***
Niecałe piętnaście minut później Neji ponownie przebiegł przedsionkiem wypełnionym dymem zapalonych kadzidełek i wiszącymi u sufitu woalami i wydostał się na chodnik. Jeden z woali został w mu w dłoniach. Widocznie Hyuuga tak się cieszył, że wreszcie wyszedł z tamtego sklepu i że Sasuke już w końcu nie znajduje się tak blisko Orochimaru, że musiał jakąś szmatkę za mocno pociągnąć i zerwać. Bywa.
- Neji, wszystko w porządku? – zapytał Sasuke, gapiąc się na idącego obok i gniotącego przejrzysty materiał Nejiego.
- Prawie – odparł Hyuuga, wpakowując tkaninę do pierwszego lepszego kosza, jaki stanął na jego drodze. – Będzie w porządku, jak mi powiesz, o co ci chodziło z tym Orochimaru.
- To jest takie ważne? – Sasuke poprawił torby w dłoniach.
Neji zacisnął usta i spojrzał na Sasuke dość wymownie.
- Oczywiście, że jest ważne – powiedział. – Może przestanę się martwić, co jeszcze może ci zmierzyć ten facet.
Sasuke wzruszył ramionami.
- Przez pewien czas pracowałem u niego. To wszystko właściwie.
- Taaak?
- Jeżeli cię to interesuje – westchnął Sasuke – to rzecz trwała niecałe trzy tygodnie. Wtedy sprzedawaliśmy patelnie i garnki. Nawet napisałem wierszyk: „Na patelniach naszej firmy, które wcale nie są z Birmy, zrobisz pyszną jajecznicę oraz może wielbłądzicę. A dzisiaj jeszcze o tej porze, masz w prezencie od nas noże.” Osobiście uważam, że to nie są wyżyny moich umiejętności pisarski, ale…
- Wierszyk? – Neji przerwał Sasuke. – Wszystkim naokoło piszesz wierszyki?
- Co? Neji, jakie to ma znaczenie? Wyleciałem z pracy, bo nie lubiłem grać w strzelanki. I właściwie tyle treści w tej opowieści.
- Aha – odpowiedział Neji dobitnie.  – Tyle treści, no tak. Oczywiście.
- Dobra – odezwał się Sasuke, po dłuższej chwili milczenia. – Jesteś o mnie zazdrosny? No, powiedz, jesteś?
Hyuuga uniósł brwi w zdziwieniu; jeszcze nikt nigdy nie zapytał się go, o coś takiego wprost!
- Oczywiście, że nie jestem! Po prostu… po prostu mam tego dosyć. I wierszyków, i Orochimaru, i tych garniturów, i wesela, i…
- Czyli jesteś? – przerwał mu Sasuke, łapiąc za rękę i zmuszając przystanięcia.
- Rany, Sasuke – zaczął Hyuuga – muszę odpowiadać? Poza tym telefon ci dzwoni.
Telefon rzeczywiście dzwonił. Mruczące „tyryryryry” rozlegało się z kieszeni spodni Sasuke i nie wyglądało na to, że szybko umilknie.
- Odbiorę za chwilę – Sasuke wyjął komórkę z kieszeni. – No to jak?
Hyuuga przygryzł wargę, spojrzał się w niebo, jakby szukając tam jakiejś pomocy, a kiedy po czterech sekundach żaden ratunek nie nadszedł, westchnął raz jeszcze i powiedział:
- Po dwóch dniach?
- Tak, po dwóch dniach.
Po piętnastu sekundach ratunek również się nie pojawił.
- No – mruknął Neji cichutko i zanim Sasuke zdołał to jakoś przetworzyć, wyrwał mu dzwoniący telefon z ręki.
Neji nacisnął przycisk i odebrał, jednakże to, co usłyszał od swojego rozmówcy brzmiało mniej więcej jak:
- Sasuke!!! Co ty do jasnej cholery zrobiłeś z naszą chatą?!! To wszystko jest jedną wielką popaloną ruiną! Jak tylko cię znajdę to-
Neji profilaktycznie się rozłączył, wolał nie domyślać się, co czeka Sasuke, jeżeli jego brat pojawi się niedaleko i postanowi zrobić wszystko, co następowało po „to”, a czego nie usłyszał Neji. Hyuuga odsunął słuchawkę od ucha i oznajmił:
- To był Itachi.
- Och? – zdziwił się Sasuke. W końcu brat nigdy do niego dzwonił, dlatego też była to nowość na miarę wynalezienia telegrafu.
- Zastanawiał się, co z waszym domem. Brzmiał jakby był trochę zdenerwowany.
Sasuke najpierw zbladł, a potem szybko wziął od Nejiego komórkę i wyłączył ją. Po chwili wyjął jeszcze akumulator i dopiero ponownie wsunął do kieszeni.
- Znasz jakieś dobre miejsce, w którym moglibyśmy się schować? – zapytał Uchiha słabym głosem.

piątek, 25 lutego 2011

Bonusfik "Skazany na Sasuke" Rozdział 9

No cóż, miał wystąpić Orochimaru wraz z Kabuto w kompletnie nowych rolach, ale Neji i jego foch) zdominował całą narrację - telenowela musi mieć trochę dramy, no nie? xD
Ale w rozdziale 10 na pewno pojawi się więcej bohaterów. I taak, wiem, że piątek to nie środa, ale coś mi się nie złożyo. ;P
Bajdełej, są różowe fartuszki. Opko nie byłoby opkiem, jeśli nie zawarłabym w nim różowych fartuszków i odzianych w nie facetów. :P Za to schodzenia na śniadanie ani widu, ani słychu. xD

9.      Z wizytą u dzikich zjadaczy śniadań w towarzystwie drastycznych różowości i idealnych omletów.
Nie no, oczywiście, że fartuszek był różowy. Oczywiście, że miał falbanki. Oczywiście, że leżał całkiem ładnie i w ogóle dodawał postaci kucharza uroku, ale zagadką pozostawało, czemu Sasuke go założył. Neji w swoim obecnym stanie nie sądził, że byłby w stanie rozwikłać coś tak skomplikowanego, jak fakt występowania w naturze fałszującego, odzianego w różowy fartuszek Sasuke, który podrygiwał nad patelnią pełną jajecznicy.
Nieee. To się nie zdarzało, tak na dobrą sprawę to Hyuuga się pewnie jeszcze nie obudził i to tylko jakaś projekcja jego nienormalnej wyobraźni. Albo ma wizje i wcale nie ma kaca, tylko jest jeszcze w sztok pijany. A może tak na dobrą sprawę jeszcze się nie obudził i to jeden z niewymownie głupich snów – niewymownie znaczy w tym wypadku, że nie sądził, aby kiedykolwiek chciał kogoś informować werbalnie o szczegółach takiego snu. Chociaż ten wczorajszy King-Kong potupujący radośnie i wyśpiewujący największe przeboje Electric Light Orchestra nad ukradzioną kiełbasą też już był strasznie kretyński.
- Eeeo… – zachrypiał zaskoczonym głosem Neji, chwytając się framugi drzwi, żeby pod wpływem różowego szoku nagle nie upaść. - …o, Uchiha?
- Neji! – zakrzyknął Sasuke i przy pomocy łopatki obrócił omleta na patelni. Był bardzo ładnie zrumieniony, wyglądał niemalże jak wyrwany ze zdjęcia w książce kucharskiej. Sasuke też wyglądał jak wyrwany z jakiejś gazetki dla kur domowych, tylko miał zaskakująco niepostrzępione krawędzie. To znaczy, że mógł zostać kulturalnie wycięty. – Mam nadzieję, że dobrze ci się spało? Nawet jeśli, niewiadomo czemu, zdecydowałeś się na kanapę.
Neji zacisnął wargi i ciężko usiadł na taborecie przy niewielkim kwadratowym stoliku w pobliżu okna. Postanowił w ogóle nie odpowiadać na takie idiotyczne pytanie jak to o spanie, bo odpowiedź chyba nie była taka ciężka do wymyślenia – jedno spojrzenie na jego nieco sfatygowaną twarz mówiło wszystko. No, gdyby Sasuke chociaż na chwilę zdecydował się w końcu spojrzeć na Hyuugę, a nie kręcić się przy tej kuchence jak jakiś cholerny bączek!
- Dlaczego różowy? – zapytał w ramach konwersacji, zastanawiając się, czy Sasuke zamierza mu w końcu coś zaserwować i czy ma szanse na herbatę.
- Tylko takie mieli w sklepie – Sasuke wzruszył ramionami. – Jak ci się nie podoba, mogę go zdjąć. Dla ciebie zdejmę wszystko i to w mniej niż dziesięć sekund… - wymruczał sugestywnie, rzucając mu spojrzenie znad ramienia.
- Aha… nie, chyba się nie zdecyduję. Ale fartuszek i tak jest absolutnie ohydny – odpowiedział Neji i położył głowę na ramionach ułożonych już wcześniej na stołowym blacie. – I ten kolor chyba mnie boli – odezwał się głosem stłumionym przez materiał ubrania – i radio też mnie boli. Daj mi herbaty i jakieś proszki. Obojętnie co.
Szklanka stuknęła obok łokcia Hyuugi i wtedy długowłosy zdecydował się unieść wzrok ze swojej koszuli (oglądanej z bardzo bliska) na resztę świata. „Cudownie”, pomyślał chwytając naczynie i wyciskając z listka kilka tabletek, ”przynajmniej herbata jest taka akurat.” Sącząc napój, wodził oczami za rozkładającym talerze chłopakiem. Czy Sasuke naprawdę myśli, że Neji jest gotowy coś zjeść? Z tym czymś, co tkwiło mu w miejscu żołądka i zdawało się być tak skore do trawienia jak przeciętny truposz do udziału w maratonie? Gratulujemy wiary i dobrych chęci.
- Nie będę nic jadł – oburzył się Neji, który z rana miał humor co najmniej tak przyjemny jak odgłos styropianu pocieranego o szybę. Był w nastroju towarzysko nieprzysiadywalnym.
W radio spiker przeczytał prognozę pogody, która Nejiego raczej nie obchodziła, i kiepsko zażartował coś o jesieni, która z takimi temperaturami wygląda bardziej jak lato, haha, haha, a mamy już październik, hahaha, noniemoge. A potem puścił kolejną piosenkę Saia. Zresztą w radio leciały wyłącznie piosenki Saia. Tylko on był na tyle szalony, żeby wstrzelić się w przemysł rozrywkowy Konohy i na listach przebojów zajmować wszystkie miejsca od pierwszego aż do czterdziestego (brak konkurencji wymagał od niego nagrywania przemysłowej ilości płyt, należących do większości możliwych gatunków muzycznych).
Sasuke zdjął patelnię z kuchenki.
- Co to w ogóle ma być? – wyraził swoją wątpliwość Neji, niemalże przysysając się do swojej szklanki z herbatą i obdarzając zawartość patelni nieprzychylnym spojrzeniem. – Omlet?
- Jako wyraz mej miłości ze szczypiorku na nim serce gości – odparł rymująco Sasuke i zsunął na talerz Nejiego omlet tak żółciutki i puszysty, jak modelowo powinien być. Jeżeli w Sevres jeszcze nie mają jeszcze wzorca omleta, powinni poprosić Sasuke o usmażenie jednego; danie było tak niemożliwie cudownie omletowe, że Nejiemu aż przewróciło się w żołądku. Z początku nie potrafił stwierdzić, czy odezwały sie w nim radość i głód, czy może bardziej herbata chciała wydostać się na zewnątrz trybem przyspieszonym. I wolał nie stwierdzać, dlatego po trzydziestu sekundach nadal nie wiedział, chociaż śniadanie zaczynało wyglądać coraz apetyczniej.
- No dobra – przyznał w końcu Neji, wpatrując się w pokrojony szczypiorek na wierzchu – wygląda całkiem dobrze.
- No wiem. Przecież ci mówiłem, że gotuję nieźle.
Jeżeli to było „nieźle”, to Neji ze swoją zdolnością do ugotowania zjadliwego makaronu powinien iść popełnić seppuku. Najlepiej w tej chwili, żeby nie robić więcej wstydu swojemu nazwisku. To było cholernie genialne, a nie niezłe! No, przynajmniej tak wyglądało, co do smaku jeszcze nie był pewny.
- Po co miałbym kłamać? – kontynuował Sasuke, ściągając fartuszek przez głowę. Neji z małym westchnieniem ulgi powitał zniknięcie tego małego różowego koszmaru z jego pola widzenia. Uchiha i róż z falbankami zdecydowanie nie grają w jednej drużynie. Kto był na tyle nikczemnym człowiekiem, że wypuszczał na rynek takie ohydztwa? – I tak już cię mam.
Hyuuga rzucił Sasuke zirytowane spojrzenie; Sasuke mógł tego nie kończyć. Neji opuścił widelec i założył ręce na ramiona. Naprawdę chciał spróbować tego omletu, skoro już tak przed nim stał. Ale teraz, kiedy ten cholerny Uchiha już dokończył swoją wypowiedź, zdecydował, że nieważne, co się stanie, nie zamierza nawet polizać zaserwowanego śniadania. Niech się wali, niech się pali, niech żołądek z głodu zakręci mu się w pięćset inkaskich supełków opowiadających drogę do skarbu ukrytego gdzieś w Niedzicy – Neji nie tknie tego śniadania. Głównie ze względu na zaawansowany debilizm kucharza.
Innymi słowy, Neji obraził się na Sasuke, tak jak to zwykły robić dwunastoletnie dziewczynki, jeżeli ich ukochany tatuś nie pozwolił im wrócić do domu później niż o godzinie dziewiątej wieczorem. Tylko to było bez porównania gorsze – Neji nie był dwunastolatką w różowej bluzie i warkoczykach, tylko dorosłym mężczyzną w naprawdę paskudnym nastroju, a Sasuke wcale nie mógł sprawy załatwić zwykłym: Masz szlaban na komputer i nie pyskuj.
- Nie będę tego jadł – Neji zmrużył oczy i dodał władczo: - Dolej mi herbaty, Uchiha.
- O rany – skomentował Sasuke, krojąc swoje śniadanie widelcem. Puszyste żółte ciasto wyglądało i pachniało naprawdę zachęcająco. – To że gotuję nieźle naprawdę obejmuje to, że nie mylę soli z cukrem. Jest zupełnie smaczne, Aniele – próbował jakoś ułagodzić Nejiego, ale to wyglądało raczej, jak głaskanie kota pod włos. Zresztą, w tej chwili nawet komplement zostałby odebrany raczej jako sarkazm i próba ataku…
- Nie nazywaj mnie tak, jeśli nie zauważyłeś, ja mam imię. Czekam na moją herbatę – prychnął Neji i założył nogę na nogę, machając stopą w taki sposób, który jednoznacznie sugerował, że jest rozzłoszczony i mile widziane jest płaszczenie się przed nim i błaganie o przebaczenie. Kwiaty, czekoladki i listy miłosne (w wersji nierymowanej!) również są odpowiednie, a potem Neji komisyjnie zdecyduje, czy petentowi jest ewentualnie wybaczane.
Sasuke wzruszył ramionami i podał mu imbryk, żeby sobie sam dolewał tej swojej herbaty. – Jak chcesz, Neji. Na twoim miejscu jednak bym coś zjadł. Poczujesz się lepiej, na pewno.
- A skąd TY, Uchiha, masz o tym niby wiedzieć?! – nagle wybuchnął Neji i zatrząsł dzbankiem z herbatą. – Skąd wiesz, czy ja w ogóle lubię omlety? Nie gadam z tobą – fuknął i nalał sobie już chyba trzecią szklankę herbaty. Jak wypije jeszcze dwie takie, czuł, że niechybne pojedzie do Rygi. I po drodze będzie podziwiał, jak biała jest muszla klozetowa w łazience Sasuke.
- Chyba nie chcesz, żebym cię karmił, Neji?
Neji zmierzył go zimnym spojrzeniem. A niech Uchiha tylko spróbuje tu podejść! Mimo bólu usiłującego rozsadzić czaszkę, mimo dziwnie zastanych mięśni, Neji pokaże mu, że karmienie Hyuugi będzie wysiłkiem na miarę próby karmienia dzikiego tygrysa kawałkiem świeżego mięsiwa. Karmiciel raczej nie wyjdzie z tego cało.
- Bo, wybacz kochanie, że to powiem, wyglądasz jakby było przedwczoraj. I żaden makijaż nie byłby w stanie ukryć twoich ślicznych worków pod oczami i tego, że jesteś taki blady jak nigdy.
- Nie mówiłem już, Uchiha, że z tobą nie rozmawiam?
- A ja nie mówiłem, że cię zwiążę i wepchnę ci ten omlet do gardła? – odparł Sasuke tak samo zirytowanym tonem jak Neji. – Wstaję wcześnie rano, idę do sklepu, kupuję świeże jajka, masło i chleb, robię dla ciebie najlepszy omlet, jaki kiedykolwiek zrobiłem w życiu, a  ty strzelasz focha! I nawet nie wiem, z jakiego powodu! – Sasuke odwrócił się na taborecie i walnął w wyłącznik radia stojącego na lodówce; śpiew Saia ucichł. Przynajmniej tyle dobrego.
- Już ty dobrze znasz powód – mruknął Neji i potarł czoło. Nadal go tam ćmiło za czaszką.
- No jaki?
- Traktujesz mnie… - zawiesił głos, poszukując odpowiedniego słowa – instrumentalnie. „Nie muszę kłamać, bo i tak cię mam”? Niewolnictwo już zniesiono, Uchiha, spóźniłeś się trochę.
- Rozumiem – westchnął Sasuke – więc przepraszam, nie o to mi chodziło. Teraz zjesz?
- Zastanowię się – odparł Neji.
- No to się zastanawiaj – powiedział Sasuke chłodno i wstał, kładąc swój pusty talerz do zlewu. – Masz dużo czasu, a ja muszę wyjść na chwilę. Nie będę czekał, aż łaskawie zdecydujesz się pożywić.
- Przecież ci nie bronię. Wychodź, kiedy chcesz i na jak długo chcesz, Uchiha. Masz prawo.
Sasuke minął go bez słowa i wyszedł z kuchni.
Kiedy Hyuuga usłyszał trzask zamka drzwi wejściowych, przełknął łyk chłodnej herbaty, który trzymał w ustach od momentu, kiedy Sasuke zaczął ubierać kurtkę, i ukroił sobie kawałek omleta. Trochę ostygł, ale był naprawdę cudownie smaczny.
Tylko teraz, gdy jadł to śniadanie, trochę mu się głupio zrobiło, że potrafił wywołać taką aferę o jeden nieszkodliwy przecież komentarz. Jeszcze jakby to było coś naprawdę głupiego albo obraźliwego, a nie takie kpiące zdanko. Chyba Neji naprawdę nie miał humoru i tylko szukał okazji, żeby się z kimś ostro pokłócić.
A to wszystko miało iść odwrotnie – Neji miał się w Sasuke zakochać, a nie robić sobie z niego zapamiętałego wroga przez niedocenienie jego talentu kulinarnego. Sasuke zresztą robił, co się dało, by zakochiwanie się szło Hyuudze jak po maśle, tylko Hyuuga coś nie bardzo potrafił się do tego dostosować. W ogóle zawsze ciężko szło mu dostosowywanie się, ale to że teraz bronił się przed tą sytuacją nie było całkowicie dziwne. Było wręcz dość normalne – nie co dzień okazuje się, że zostałeś ślubnym Uchihy Sasuke i zaczynasz mieszkać u niego w domu i jeść śniadania zrobione przez niego. Całować się z nim i robić awantury z głupiego powodu też.
„O rety”, pomyślał przeżuwając kęs bułki, „chyba będę musiał przeprosić Sasuke.”
***
Kiedy Sasuke wrócił jakieś cztery godziny później, Nejiego ból głowy męczył jeszcze trochę, ale na pewno nie miał już takiego okropnego nastroju jak rano. Lepiej poczuł się po krótkim prysznicu i wskoczeniu w świeże ciuchy, które odnalazł w odmętach stojącej w korytarzu szafy. Ochota na niszczenie świata mu przeszła i już całkiem spokojnie, z jedną tylko stratą w postaci potłuczonej szklanki, wysprzątał kuchnię (głównie dlatego, że było w niej raczej czysto i nie musiał się specjalnie męczyć), żeby jego przeprosiny nabrały jakiejś oprawy. Błyszczący z czystości blat raczej dobrze wyglądał jako tło.
Neji wyprostował się na kanapie i odłożył książkę, którą czytał dla zabicia czasu. Właściwie nie wiedział, o czym była. Całemu czytaniu, na którym się nie skupiał, towarzyszyła raczej myśl o tym, co powinien powiedzieć Sasuke i czy Uchiha nie będzie jakoś strasznie wkurzony. W każdym razie, jak teraz spojrzał na okładkę z gościem ubranym w garnitur i przeładowującym pistolet na tle palm, nie sądził, aby to była jakaś bardzo ambitna lektura. Tytuł też jakoś średnio do niego trafiał – „Agent Kubut na tropie nielegalnych sprzedawców broni, którzy mają swoją nielegalną kryjówkę w Tanzanii, a na boku nielegalnie handlują diamentami. Są też wielbłądy (legalne), ale to w Egipcie, nie w Tanzanii, bo w Tanzanii tak właściwie wielbłądów nie ma” – ale za to zajmował tyle miejsca na okładce, że brakło go na nazwisko autora. Może zrobili to celowo.
- Nie powinienem aż tak krzyczeć rano, to przecież nie była twoja wina – powiedział Hyuuga, kiedy Sasuke ściągał buty i ustawiał w równiutkim rządku niedaleko drzwi. Uchiha schylał się i wcale nie patrzył na Nejiego, zupełnie jakby układnie obuwia równo jak od linijki było robotą tak precyzyjną jak rozbrajanie bomby. – Przepraszam. A twój omlet był naprawdę bardzo smaczny. Jeżeli się nie gniewasz, chciałbym, żebyś mi jeszcze kiedyś coś ugotował, Sasuke – dodał miękkim głosem i złapał Sasuke za bark.
Sasuke wstał i odwrócił się twarzą do Hyuugi. Mimo że Sasuke był kilka centymetrów niższy od Nejiego, jakimś cudem Uchiha właśnie patrzył na niego z góry. I z ustami w ciup. I z rękoma założonymi na piersi.
- Naprawdę przepraszam – powtórzył Neji. – Ale nie będę tego mówił sto razy. Jak się obraziłeś, no to… no cóż. Ale mógłbyś się przestać gniewać. Na serio.
Sasuke nadął policzki na krótką chwilę, rzucił okiem na dłoń Nejiego zaciskającą mu się na barku i jakby coś przeanalizował, w końcu uśmiechnął się.
- Nie gniewam się, tylko… - zaczął Sasuke, ale przerwał i zamrugał kilkakrotnie, a potem zrzucił rękę Nejiego i ściągnął kurtkę. No tak…
- Tylko? – powtórzył Neji, modląc się, aby w ramach zadośćuczynienia Sasuke nie zażądał niewiadomo jakich dziwnych rzeczy. Kilka propozycji takich dziwactw przebiegło mu właśnie przez myśli… Cóż, nie było to nic, nad czym warto się rozmieniać. Oszczędźmy Nejiemu upokorzenia i czerwieniących się z zawstydzenia policzków i nie wspominajmy o tym ani jednym maluteńkim słówkiem. Nawet najmniejszym.
- A nie fochniesz się znowu? – Uchiha rzucił Nejiemu znaczące spojrzenie, ale Neji zagryzł wargi i nic nie powiedział. Chociaż chciał, nawet bardzo. –  Po prostu pomyślałem, że mógłbyś częściej nazywać mnie „Sasuke” – już bez wahania odpowiedział Uchiha. – W twoich ustach to bardzo ładnie brzmi, a raczej nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek mówił mi po imieniu.
- Naprawdę? – Neji przeanalizował sobie wszystkie swoje wypowiedzi kierowane do Sasuke i próbował przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek adresował go po imieniu. Chyba rzeczywiście nie. – No dobrze – zgodził się – nie mam nic przeciwko temu, Sasuke.
- A co do mojego gotowania, to będziesz miał niezliczoną ilość okazji, aby się przekonać, jak daleko sięga u mnie słowo „nieźle”. Prawdopodobnie nawet bardzo niedługo.
- Czyżbyś planował zostać moim osobistym kucharzem? – parsknął Neji zadowolony, że Sasuke przyjął przeprosiny bez żadnych ceregieli.
- Nie tylko kucharzem, Neji, a twoim osobistym wszystkim – zaśmiał się Sasuke i przysunąwszy się blisko, wylądował Nejiemu pocałunkiem na ustach. A potem szybko odsunął się i dodał:  – Wyjąwszy sprzątaczkę. Nie lubię latać z odkurzaczem.
Neji nie odpowiedział na tak jawną sugestię. On sam też nie lubił sprzątać. Nie żeby sądził, że ktokolwiek w rzeczywistości czerpie radość z latania ze ściereczką i anihilacji kurzu i pająków. Właściwie to mógłby się zgodzić tylko na pranie i prasowanie – niewiadomo, jak wysoką temperaturą Sasuke mógłby potraktować jego jedwabne koszule i wolał się zajmować tym osobiście. Już zresztą miał w tym względzie nieprzyjemne doświadczenia z Hiashim i jego ignorancją kolorystyczną – według niego wszystkie kolory i tkaniny należało prać razem.
Sasuke przeszedł do kuchni i wypakował zakupy. Ku radości Hyuugi nawet nie zwrócił uwagi na to, że naczynia zostały umyte, wytarte i elegancko ułożone w szafce. A to oznaczało, że rola sprzątaczki w ich wspólnym mieszkaniu przy odrobinie szczęścia również spadnie na Sasuke, bo dlaczego nie. Huhuhu, cudownie.
- Za pół godziny wychodzimy – odezwał się Uchiha, kiedy paczka płatków kukurydzianych trzeszczała w jego dłoniach w ramach protestu przeciwko upychaniu jej w szafce. – Powinniśmy kupić sobie coś extra na jutrzejsze przyjęcie.  
- Może być – odpowiedział Neji i usiadł przy kuchennym stole, mierząc Uchihę wzrokiem. Dopiero kiedy przed chwilą Sasuke cmoknął go w usta, odkrył, że policzek chłopaka wygląda całkiem normalnie; żadnej opuchlizny, czy zsinienia. A teraz, jak układał przeróżne artykuły w przypisanych im miejscach w kuchni, Hyuuga zauważył również, że Sasuke ma czymś upaprane ręce. Z perspektywy przystołowo-taboretowej to wyglądało na tusz. Z perspektywy bliższej Neji się jeszcze temu nie przypatrywał, ale jeśli to naprawdę był tusz, to oznaczało, że Sasuke usilnie nad czymś pracuje, wykorzystując swoją „poetyczną naturę”.
Hyuuga nie był pewny, czy jest gotowy na kolejny pełnowymiarowy wiersz Uchihy. Nie był pewny, czy w ogóle ktokolwiek byłby w stanie się na coś takiego przygotować.