Obawiam się, że właśnie zdewaluowałam pojęcie galaretki truskawkowej (o ile galaretka jest jakimś pojęciem ;d).
Rozdział 2
— Hej! — Głos odbił się od ścian chłodnego, ciemnego korytarza. — Hej, Itachi!
Ciemnowłosy chłopak nie zatrzymał się na wołanie, wręcz przeciwnie — jeszcze przyspieszył swój krok. Stuk, stuk, stuk stuk stuk — podeszwy bardzo szybko uderzały o kamienne stopnie schodów w budynku należącym do szefostwa ANBU. Było tam jeszcze pusto, bo biuro zaczynało pracę dopiero za jakieś dwie godziny.
— No zatrzymaj się na chwilę! Nie będę przecież za tobą leciał i darł się przez pół miasta, no! — Krzyczał Kakashi znajdujący się niezmiennie kilka metrów za nim. Itachi zmarszczył brwi na ten irytujący constans. — A może chcesz, żebym to zrobił?
Ostatecznie Uchiha jednak stanął przed oszklonymi drzwiami, za którymi znajdowało się coś, co z daleka wyglądało na recepcję. I odwrócił się na pięcie tak szybko, że gdyby Kakashi znalazł się trochę bliżej, włosy chlasnęłyby go po twarzy. Ominęły go o milimetry.
— Nie sądziłem, że jeszcze się spotkamy.
— Och? A ja tak szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że kiedyś będziemy mieli okazję jakoś na siebie wpaść.
— Okazja, jak widać, się nadarzyła, ale ja powinienem już iść. Bardzo się spieszę — ponownie uciekł o krok do tyłu i już miał się odwrócić, gdy jego nadgarstek został zamknięty w dłoni Kakashiego.
— Hej, ja chciałem tylko chwilę pogadać — Kciuk delikatnie głaskał wierzch dłoni Itachiego. Był trochę szorstki. — Bo w końcu już dzisiaj zostaniemy wpisani oficjalnie do rejestru jako partnerzy z drużyny specjalnej i pasowałoby jakoś odświeżyć naszą znajomość. No nie?
— Nie sądzę — mruknął cicho, wpatrując się w wiszącą na ścianie zieloną tabliczkę z ludzikiem biegnącym w stronę wyjścia ewakuacyjnego. Haa, szczęściarz, nie musi teraz tutaj stać i rozprawiać o pewnych… rzeczach, które wynikły bardziej z niefortunnego zbiegu okoliczności, niż z celowego zabiegu Uchihy. Zbieg okoliczności był tak bardzo niefortunny, że akurat i Hatake, i Uchiha musieli znaleźć się na tej samej imprezie i uskuteczniać to, o czym teraz Itachi nie miał ochoty rozmawiać.
— Wtedy nie miałem pojęcia, że jesteś od Uchihów. Tak czasem bywa jak o kimś słyszysz, ale na oczy go nie widziałeś i wtedy nawet jak stanie przed tobą, to go nie poznasz, nie? — Kakashi zaczął się trochę denerwować, a to zwykle objawiało się u niego w pieprzeniu trzy po trzy i usilnym staraniu opanowania nerwowego chichotu. — Tylko no wiesz, gawędzić tak w korytarzu to nie bardzo. To może moglibyśmy…
— Niestety naprawdę jestem już bardzo spóźniony. Przepraszam za fatygę, kapitanie Hatake — Itachi uciął wypowiedź Kakashiego, wysuwając rękę ze słabego uścisku i zamknął mu drzwi tuż przed nosem.
Sylwetka Itachiego za szkłem oddalała się od niego coraz bardziej i ostatecznie zniknęła za kolejnymi, już wyjściowymi drzwiami. Kakashi we frustracji kopnął stojącą w kącie gaśnicę. Szlag by to!...
***
Faktem było, że Itachi tak naprawdę nie spieszył się nigdzie. Po prostu takie postawienie sprawy było jedną z tych wymówek, które są doskonałe na każdą okazję.
Wszedł do domu i skierował się do swojego pokoju. Powinien jak najszybciej skończyć pisać zaległy raport. W chwili, gdy kończył jedno z ostatnich zdań: "… dotarł do nas patrol z wioski Konoha; liczba ninjów: 1 jounin, 3 chuuninów, 1 medyk w składzie.", usłyszał szczęk czegoś odkładanego na podłogę, a potem energiczne pukanie. Zza półotwartych drzwi wysunęła się ciemna głowa Sasuke z wielkim uśmiechem na ustach.
— Braciszku — odezwał się, zawisając na klamce. Przez miarowe popychanie zrobił sobie z drzwi do pokoju starszego Uchihy coś w rodzaju huśtawki. — Zrobiłem galaretkę, chcesz trochę, no nie?
— Sam zrobiłeś? — zapytał Itachi. Chcąc, nie chcąc, odłożył pióro, uprzednio zakładając na nie skuwkę — inaczej tusz mógłby zaschnąć.
— Sam. — Uśmiech Sasuke stał się jeszcze jaśniejszy. — Tylko mama mi zalała wrzątkiem, bo powiedziała, że czego jak czego, ale do czajnika dotykać mi się nie wolno. Ciekawe czemu?
Sasuke wziął w swoje drobne, dziecięce dłonie dwie dość spore miseczki i przeszedł przez próg. Śliska powierzchnia porcelany wyślizgiwała mu się z palców, ale mały Sasuke nie okazał na zewnątrz tego, że spotkał się z pewnym utrudnieniem. Zagryzając język w ustach, ruszył do przodu, bo ostatecznie cel (czyli blat biurka Itachiego) nie znajdował się daleko i kto jak kto, ale członek klanu Uchiha nie podda się tej wrednej grawitacji i niezbyt dobrze obliczonej sile tarcia, i dokona tego, czego dokonać chciał.
Ale gdy już, już miał tryumfalnie postawić białą miseczkę, jego lewa stopa (niech na wieki przeklętą będzie!) zahaczyła o podwinięty dywan przy krześle. Naczynie zostało wyrzucone do przodu i bardzo szybko, ruchem parabolicznym zbliżało się do podłogi. Przyszłość galaretki (hand made by Sasuke — warto zaznaczyć po raz kolejny) mogła być tylko i aż jedna. No chyba, że… Młodszy Uchiha kątem prawego oka wychwycił ruch, który tak na dobrą sprawę mógłby być nazwany szybszym od światła. Itachi w porę złapał naczynie szybujące nieuchronnie ku swojemu przeznaczeniu, a usta Sasuke uformowały się w perfekcyjnie okrągłe "o". Podziw był po prostu wymalowany tak doskonale na jego twarzy, że nawet napis ze strzałką określający jego stan ducha, powiedziałby dużo mniej.
— Chciałem tylko ciebie sprawdzić — żachnął się jednak, wspinając na biurkowe krzesło.
— Oczywiście. — Itachi, potargał Sasuke jego (i tak egzystujące w wielkim nieładzie) włosy. Ciekawe po kim ten mały mógł odziedziczyć taki bałagan na głowie.
Starszy brat stanął przy oknie, opierając się o parapet. Truskawkowa galaretka zalśniła na łyżeczce. Głupio ta czerwień skojarzyła mu się z krwią. Z morzem krwi czerwonej jak maki, wykwitające na piersiach i twarzach nieżywych ninjów na Wielkiej Wojnie, której świadkiem był w wieku czterech lat. To wtedy gwałtowny atak mdłości oraz świadomość własnej marności i niemocy zmieniły wszystko.
Itachi od tamtej pory miał wrażenie, że od ludzi oddziela go szklana bariera, której tak naprawdę nie dostrzega i nie odczuwa nikt oprócz niego samego — tak jakby egzystował w zamkniętej przestrzeni jakiegoś terrarium.
Nie chodziło o to, że bariera taka istniała fizycznie i naprawdę nikt nie mógł zbliżyć się do chłopaka na odległość — dajmy na to — trzech i pół metra (przy okazji z początku jej nie dostrzegając i rozpłaszczając nos na gładkiej szybie). Właśnie nie, bariera ta istniała jedynie w wymiarze nadprzyrodzonym i była jednym z kilku wytłumaczeń Itachiego na jego wyobcowanie i swego rodzaju samotność, w której pogrążał się tylko na swoje własne życzenie.
Nie chodziło o to, że bariera taka istniała fizycznie i naprawdę nikt nie mógł zbliżyć się do chłopaka na odległość — dajmy na to — trzech i pół metra (przy okazji z początku jej nie dostrzegając i rozpłaszczając nos na gładkiej szybie). Właśnie nie, bariera ta istniała jedynie w wymiarze nadprzyrodzonym i była jednym z kilku wytłumaczeń Itachiego na jego wyobcowanie i swego rodzaju samotność, w której pogrążał się tylko na swoje własne życzenie.
Bariera oddzielała go od ludzi, którzy nic nie wiedzieli. Którzy nie widzieli tego, co on zobaczył i co zmieniło diametralnie jego sposób postrzegania świata, a których on powinien z całych swoich sił chronić przed takim widokiem lub (w ostateczności) takim końcem.
Galaretka trzęsąca się na łyżeczce poruszyła czas i w tej chwili Itachi znów znajdował się na polu tamtej bitwy.
Krwawe krople spadając bezgłośnie na podlaną stosunkowo niedawno i obficie juchą ziemię, wchłonęły cały dotychczasowy koloryt jego dzieciństwa. Cała zieleń trawy, błękit nieba i blask słońca w letnie wakacje najpierw zbladły, a później zszarzały i pozostały w jego umyśle jako niewiadomo po co cyknięte zdjęcie z zamierzchłej przeszłości, do którego powrót jest niespecjalnie przyjemny, bo nie rozpoznawał już elementów zamazanego obrazu. Oglądanie go stawało się prawdziwą udręką sklerotyka.
Krwawe krople spadając bezgłośnie na podlaną stosunkowo niedawno i obficie juchą ziemię, wchłonęły cały dotychczasowy koloryt jego dzieciństwa. Cała zieleń trawy, błękit nieba i blask słońca w letnie wakacje najpierw zbladły, a później zszarzały i pozostały w jego umyśle jako niewiadomo po co cyknięte zdjęcie z zamierzchłej przeszłości, do którego powrót jest niespecjalnie przyjemny, bo nie rozpoznawał już elementów zamazanego obrazu. Oglądanie go stawało się prawdziwą udręką sklerotyka.
Szklana bariera utworzona w wieku lat czterech, dwóch miesięcy i kilku dni, pewnego gorącego sierpniowego dnia Wielkiej Wojny, którego to ziemię zrosiło zbyt wiele kropli krwi z biegiem czasu stawała się coraz grubsza i rosła wraz z Itachim. A wykonana była naprawdę solidnie.
— Braciszku? Nie smakuje ci? — Zapytał Sasuke dotychczas majtający nogami na krzesełku i gadający jakieś głupoty, o tym jak mija czas egzaminów w Akademii. Itachi trząsł się daleko bardziej niż przedtem galaretka na łyżeczce młodszego Uchihy.
— Bardzo mi smakuje — odparł Itachi, ale jego głos dziwnie zdawał się dochodzić z bardzo daleka. — Naprawdę… bardzo.
Na potwierdzenie wypowiedzianej pochwały, włożył łyżeczkę z błyszczącą słodyczą do ust. Aromat truskawek był jednak niezauważalny; czuł w ustach smak metalu, żelazisty smak krwi z tamtego dnia. Krwi tak gęstej, że prawie o konsystencji keczupu, która leniwie wypływała z dziur w ciałach charkoczących w agonii ludzi. Chciało mu się rzygać.
— Ach! Ale ze mnie gapa, braciszku! — wykrzyknął Sasuke, lądując na szarym dywanie. — Bo mama zrobiła bitą śmietanę, a ja zapomniałem. To dlatego ci nie smakuje!
W chwilę później krwawą galaretkę, przykrył słodki obłoczek bitej śmietany; Sasuke nałożył mu jej tak sowicie, że w miseczce nie dało się już dostrzec drżącej przy najmniejszym ruchu czerwieni. I było dobrze, było bardzo dobrze.
W ostatecznym rozrachunku Itachi całkiem nieźle czuł się z tą swoją barierą. Jednakże nie przeszkadzała mu ona w zupełnie niezależnym od Itachiego pragnieniu spotkania kogoś podobnego do niego, kogoś kto tak jak on stawiałby na pierwszym miejscu pracę i jak najlepsze efekty w niej osiągane, kogoś kto pragnąłby tak jak on zapobiec wojnom, samemu rzucając się we wszelkie międzyklanowe konflikty i ryzykując tam swoje życie.
Niestety jak na razie nikogo takiego nie znalazł, ale odkrył za to, że nigdy, przenigdy nie chciałby, aby cokolwiek złego stało się jego młodszemu bratu — on powinien zostać od tego wszystkiego odseparowany, żeby nie musiał uświadomić sobie takich rzeczy, jakie uprzytomnił sobie Itachi.
Życie prawdziwego ninji Sasuke nie dotyczyło i nigdy dotyczyć nie powinno.
Niestety jak na razie nikogo takiego nie znalazł, ale odkrył za to, że nigdy, przenigdy nie chciałby, aby cokolwiek złego stało się jego młodszemu bratu — on powinien zostać od tego wszystkiego odseparowany, żeby nie musiał uświadomić sobie takich rzeczy, jakie uprzytomnił sobie Itachi.
Życie prawdziwego ninji Sasuke nie dotyczyło i nigdy dotyczyć nie powinno.
Deser Sasuke smakował jak bita śmietana i Itachi musiał bardzo się pilnować, by nie odnaleźć w nim swojego dawnego szoku i przerażenia.
***
— Proszę o wydanie osobistych rzeczy Kondo Ryuuichiego.
— Pani jest?
— Sugiyama Miki, ja… byłam narzeczoną Ryuu. Mieszkaliśmy razem.
— Proszę o dokument tożsamości i podpis w prawym dolnym rogu na tym formularzu. Tak, właśnie tutaj. To kluczyk, szafka Kondo ma numer 47. Składam wyrazy współczucia.
— Czy… czy mogłaby mi pani jeszcze udzielić jednej informacji?
— Słucham.
— Czy dowódca jego oddziału przeżył?
— Przepraszam, ale obawiam się, że jest to tajna informacja.
Paznokcie boleśnie wbiły się we wnętrze dłoni.