Uwaga!

Fanfiction yaoi, czyli traktujące o związkach męsko-męskich. Blog zawiera również treści erotyczne.
Nie lubisz, nie czytaj - ja do niczego nie zmuszam.
Możesz skomentować dowolną notkę, każdy komentarz zostanie przeczytany! :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niekontynuowany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niekontynuowany. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 grudnia 2010

"Dla kasy!" Rozdział 1 (ItaKimi)

Ficzek z pairingu ItaKimi (to się dookreśli w następnym rozdziale, bo mam nadzieję, że napiszę dwa, ale jeszcze nie jestem pewna na sto procent ;P) specjalnie dla Kimi. ;)
Mam nadzieję, że OOC postaci i brak jakiegokolwiek sensownego wystąpienia Kimimaro w tym rozdziale Cię nie zniechęci...
Dla kasy!
Rozdział 1

            Itachi siedział w wysokiej, sięgającej mu do ramienia trawie i czekał. Z pozoru wyglądało to tak, jakby nie obchodziło go to, jak długo będzie jeszcze musiał odsiedzieć na niewielkim wzniesieniu, wypatrując swojego partnera powracającego ze swojej części misji, ale w rzeczywistości całkiem zirytowany skubał zieloną łodyżkę jakiejś byliny. Co tam skubał, tak właściwie masakrował tę biedną roślinkę, tarmosząc za cieniutkie listki.
Naprawdę nie lubił czekać, chociaż w życiu nie przyznałby się do tego. Wolał, żeby reszta członków Akatsuki nadal uważała go za milczącego, diabelnie cierpliwego mistrza iluzji. A przynajmniej ta reszta, która nie bardzo orientowała się, kim tak właściwie był Uchiha i jakich okrucieństw potrafił się dopuścić. Toteż w celu zachowania jakichkolwiek pozorów, gniótł w szczupłych długich palcach kolejną roślinkę i uważnie wypatrywał jakichkolwiek śladów Kisame.
Nie czekał na niego dłużej niż dwadzieścia minut okupionych śmiercią kilku chwastów. Giętkie zielone źdźbła, które jeszcze nie miały przyjemności bliskiego spotkania z Uchihą, uginały się kołysane wiatrem w ten sposób, że łąka wyglądała jakby to zielone morze z trawiastymi falami rozstępowało się przed potężnym facetem w czarnym płaszczu w chmurzasty wzorek. Tak wysokiej barczystej sylwetki niknącej w oceanie trawy nie można było przeoczyć; Itachi porzucił wyginaną właśnie łodyżkę i wyprostował się. Coś jasnego majaczyło przerzucone przez ramię wspinającego się zarośniętą ścieżką Kisame; coś co z daleka wyglądało jak bezładny worek ziemniaków, równie dobrze mogło też okazać się być obezwładnionym, nieprzytomnym człowiekiem – w tej chwili jeszcze nie mógł dobrze stwierdzić, ale skłaniał się ku tej drugiej opcji. Tym bardziej, że ani Kisame, ani Itachi raczej nie potrzebowali całego worka ziemniaków. No chyba, że gdzieś akurat była promocja…
Kiedy mężczyzna znalazł się dość blisko, Itachi wstał i mógł stwierdzić na pewno, że Kisame przyniósł ze sobą wcale nie worek ziemniaków, marchewek czy innych ogórków, ale człowieka. Ściślej, nieprzytomnego chłopca, który zrzucony gruchnął na trawę u stóp Itachiego. Uchiha rzucił okiem na jego szczupłą sylwetkę w jasnych płóciennych ubraniach i spojrzał na Kisame.
- Co ty tutaj przytargałeś, Kisame? – zapytał nisko i jeszcze spokojnie. Mógłby też przyznać, że w głosie przebrzmiewała także pewna nutka zaciekawienia. – I co ważniejsze, po co nam on?
- Dla kasy oczywiście. Szwendał się po okolicy, to żem przygarnął. Takie biedne toto, chuderlawe, to z dobroci serca wziąłem, ogłuszyłem i przyniosłem; co ma się wałęsać, aż jacyś przestępcy wezmą się zbiorą, porwą i sprzedadzą gdzieś do burdelu w Kraju Wiatru – odparł Kisame jowialnym tonem, ściągając z pleców Samehadę i siadając w trawie tuż obok porzuconego ciała chłopaka.
Poczucie humoru, które prezentował Hoshigaki było na tyle specyficzne, że w ogóle nie trafiało do Itachiego, a ilościach większych niż dwa żartobliwe zdania, przekraczały jego wytrzymałość na mało śmieszne żarty. A sfrustrowany Uchiha był Uchihą niemożliwym do wytrzymania – o czym Kisame przekonał się już kilka razy w ciągu ich partnerstwa. I rzeczą raczej wątpliwą było to, czy rzeczywiście, chciałby doświadczyć tego po raz kolejny, skoro ten seans niekoniecznie przyjemnych wizji, jakie zaserwowało mu genjutsu Itachiego, odchorowywał przez dobre trzy dni.
- A na serio?
Kisame wzruszył ramionami i podrapał się po nosie:
- A bo ja wiem. Zarżnąłem tego dwulicowego szpiega, co to ostatnio dał się znać całej organizacji, opóźniając transport broni do naszej bazy i wychodzę sobie, a tam na schodkach naprzeciwko siedzi sobie ten dzieciak i się gapi. A jak się tak gapił, to sobie pomyślałem, że mógł coś widzieć i w najlepszym wypadku poleci wypaplać jakimś ANBU, co my sobie za vendetty urządzamy. No i zabrałem go ze sobą.
Im dalej Kisame brnął w wyjaśnienia, tym bardziej zniecierpliwione staccato Itachi wybijał na swoim ramieniu.
- To nie mogłeś go od razu wziąć, zabić i dołożyć do ciała tamtego zdrajcy? Gwarantuję ci, że jeden trup więcej, jeden trup mniej, różnicy nam nie zrobi. Poza tym nie sądzę, żebym albo ja, albo ty… tym bardziej ty, żebyśmy nadawali się na opiekunki dla takich dzieciaków jak on. No powiedz, ile ma lat? Na oko z piętnaście, a na co nam piętnastolatek, który jak przyjdzie co do czego, z taką łatwością daje się podejść i ogłuszyć?
- Powiedz mi, panie Itachi, ile ty sam masz lat? – Uchiha puścił tę uwagę mimo uszu, strzepując sobie włosy z ramienia i udając, że chwilowo bardziej zajmują go rozdwojone końcówki, niż to że sam ma lat osiemnaście. - Miał mocną czakrę – wyjaśnił Kisame – to pomyślałem, że możemy spróbować go opchnąć pośrednikowi, a jak ten nie weźmie, to, hehehe…
- Sprzedać do burdelu w Kraju Ognia, co?
- W Kraju Wiatru, jeśli już. – Itachi przewrócił oczami. – Jeżeli o Kraj Ognia chodzi, to ma…
- Nie obchodzi mnie co mają, a czego nie mają zamtuzy w Kraju Ognia! – oburzył się Itachi, odrzucając swoje ciemne włosy na plecy. – Pytałem, co masz zamiar teraz zrobić z tym chłopakiem.
- A toć już mówię od kilku minut. Weźmiemy go do pośrednika i jak się da, to dostaniemy trochę kaski, a jak nie, czyń honory, panie Itachi.
Itachi skrzywił się na ten zwrot grzecznościowy. Niby wyraz szacunku, a w ustach Hoshigakiego czasem miał taki ironiczny wydźwięk, że Itachi miał ochotę tylko bardzo dobitnie mu uświadomić, że z Uchihami w ironię i sarkazm lepiej się nie bawić, bo kończy się to dekapitacją. W najlepszym wypadku dekapitacją, bo na wspomnienie legendarnych masakr Madary Uchihy, nawet Itachiemu po plecach zaczynały przebiegać ciary. A przecież on sam też był znany z tego, że czasem lubi się dość ostro „pobawić”. I plamy po tych jego zabawach wcale nie dawały się tak łatwo zmyć.
- Aleś ty łaskawy – burknął przyklękając i chwytając brodę chłopaka. Chłopak miał jasną cerę z czerwonym makijażem na oczach i czole okolonym nieporządnie ułożonymi jasnymi kosmykami. Itachi zastanawiał się chwilę, ale w końcu w wyniku jakiejś konkluzji uniósł powiekę chłopca i zerknął na jego zielone, zamglone tęczówki. – Prawdę mówiąc – zaczął – nie sądziłem, że użyjesz na nim akurat genjutsu, Kisame. Z twojej wypowiedzi prędzej wywnioskowałbym, że znalazłeś na ziemi jakąś cegłę i przywaliłeś mu tym z daleka.
Kisame ułożył się wygodnie na rozgrzanej słońcem trawie i chwycił w zęby jakieś źdźebełko, którego przedtem nie dorwał Itachi w swojej furii czekającego.
- Ninja powinien dostrzegać to, co ukryte, panie Itachi – odpowiedział w końcu jego partner, podkładając sobie dłonie pod kark. – Gdybyś nie lustrował mnie tymi swoimi szkarłatnymi oczkami tak pobieżnie, może zauważyłbyś, że pod powłoką nieludzko silnego wojownika z legendarnym mieczem, posiadam też inne, niekoniecznie szermiercze umiejętności, o których nawet ty wiedzieć nie musisz.
Itachi prychnął w irytacji. Jak ktoś taki jak Hoshigaki śmiał mu wytykać nieuwagę?
- Za dziesięć minut ruszamy – poinformował go Itachi, ale nie wiedział czy machnięcie stopą, którym poczęstował go Kisame było wyrazem potwierdzenia, że przyjął to do wiadomości i zamierza się podporządkować do Uchihowego planu dnia, czy też było to zwykłe zignorowanie.
Ech, nieważne. Itachi zerknął raz jeszcze na twarz chłopaka, po czym odłożył ją delikatnie na trawę, wyciągając z potarganych włosów kilka suchych źdźbeł, które psuły ogółem nie tak złe wrażenie estetyczne, jakie wywierał chłopak.
***
- Panie, co pan mi tu…! A gdzie mi z tym, całą podłogę zapaprzecie! – krzyknął starszawy mężczyzna, kiedy Kisame po raz kolejny upuścił chłopaka na ziemię.
Tym razem jego ciało gruchnęło o stare, nieco popękane kafelki w kuchni, będącej częścią nieużywanej od jakichś dziesięciu lat szkoły. Szkołę tę zaadoptował sobie pośrednik, jako miejsce na rozkręcenie swojego niezbyt legalnego biznesu, a Akatsuki oczywiście było to jak najbardziej na rękę. Tym bardziej, że rzeczą bardzo wątpliwą było to, żeby nagle ktoś zainteresował się architekturą brzydkiego, prostokątnego budynku i zachciał zrobić w nim muzeum sztuki nowoczesnej. Zresztą, kto w dzisiejszych czasach chodzi do muzeów oglądać obrazy?
Kiedy wreszcie weszli do środka, po kilkunastominutowym kluczeniu po ciemnych korytarzach i zdemolowanych klasach, pośrednik opierał się o kredens i dopijał kawę, której teraz plama rozlewała się po niekoniecznie czystym blacie i ściekała na podłogę, kapiąc wielkimi brązowymi kroplami na twarz znalezionego przez Hoshigakiego chłopaka.
- Nie jest ranny – zauważył Itachi, gromiąc Kisame spojrzeniem. Jeżeli ten nadal będzie sobie rzucał tym dzieciakiem, to Itachi raczej nie sądzi, że dostaną za niego dużo pieniędzy. Zamiast do roboty w zamtuzie, będzie się nadawał tylko do sprzedaży na części. O ile tylko już nie dorobił się kilku arcyciekawych obrażeń wewnętrznych.
- A to nie robi różnicy – oznajmił mężczyzna, wycierając mokre od napoju dłonie o grube ciemnozielone spodnie i klnąc pod nosem coś o „cholernikach jednych, co sobie przychodzą i rozlewają kawy”. – Ja nie z tych, co bawią się w handel ludźmi.
Itachi zmarszczył brwi i bardzo powoli założył ręce na ramiona. Ach tak? Nie handel ludźmi, tutaj tylko legalny biznes, skup zboża, sprzedaż krokusów, co? Krokusy są pod ochroną, psze pana. Co? Nie wiedział, pan?
- Proszę nie żartować – wycedził Uchiha, prostując się na pełną wysokość swoich 175 centymetrów. Co i tak nie pomogło mu zbyt dużo, skoro Kisame i bez prostowania był wizualnie dwa razy od niego większy. – My doskonale wiemy, czym się zajmujesz i nie omieszkamy skorzystać z twoich usług. Z wszelkich usług, jakie świadczysz.
- Ach tak? – zastanowił się mężczyzna, ale zwój z raportem z misji, który wręczył mu Kisame szybko rozwiał jego wątpliwości. Doskonale widoczna na nim pieczęć Akatsuki mówiła sama za siebie i nie potrzebowała rzecznika w osobie podirytowanego Itachiego.
- To taka malutka przesyłka dla szefa – mruknął Kisame i poprawił szeroki rękaw swojego płaszcza. Chyba się trochę spruł… - Wiesz pan, co z tym zrobić, nie?
- Wiesz pan, wiesz pan… - powtórzył mężczyzna, odkładając papiery na kredens. – Oczywiście, że wiem! Misja wykonana, to po pieniążki przyszliście. No, ja pieniążki za zadanie mam, ale za tego dzieciaka… Kurde, z porwaniami to nie do mnie. A w ogóle co to za jeden?
- Myśleliśmy – odezwał się, Kisame kończąc z wyrywaniem nitek ze swojego płaszcza – że będzie dobry jako kolejny członek Akatsuki, jego czakra wyglądała na dość mocną. Jak nie…
Itachi rzucił Kisame spojrzenie, które bardzo dobitnie mówiło: zamknij się. W końcu nie każdy obcy facet musi wiedzieć, jak wielkim, nieskrywanym uwielbieniem Hoshigaki darzył domy publiczne Kraju Wiatru i jakie plany miał względem tego chłopaka, który w dziwnej, chyba nie do końca wygodnej pozycji wypoczywał na nierównej podłodze. To byłby cios dla latami wypracowywanej reputacji Itachiego, która w żadnym wypadku nie powinna zawierać znajomości z maniakiem seksualnym.
-… to zawsze można go wysłać do pracy na jakiejś plantacji tytoniu. Jak go wytarzać w sadzy, to może i robić za etatowego murzyna. O, już z resztą ma twarzowe siniaczki!
… ani z rasistą. Cholera!
- Niestety – facet bezradnie rozłożył ręce – ja się tym nie zajmuję. Ale wystarczy, że skierujecie się na północ do kolejnego pośrednika. Gwarantuję, że Shirakawa chętnie pobawi się w handel niewolnikami. Jak pan chcesz, to nawet napiszę list polecający, co mi tam.
- Niech będzie – zadecydował Kisame.
Itachi na tę chwilę, w której pośredni wręczył Kisame nabazgrolony szybko świstek papieru, jak i na tę chwilę, w której Hoshigaki ponownie zarzucił sobie nieprzytomnego chłopaka na ramię i błądzili przez chwilę ciemnymi szkolnymi korytarzami, nabrał wody w usta. Ale szybko uległo to zmianie, gdyż, kiedy tylko przerdzewiała szkolna brama zamknęła się za nimi ze zgrzytem, Itachi wybuchnął.
- I mamy go znowu ze sobą targać?
- Kto targa, ten targa – odpowiedział Kisame, łypiąc na niższego partnera ze złością. – Może chcesz ponieść? Dobrze zrobi ci na kondycję, panie Itachi.
- Podziękuję – Itachi westchnął i spojrzał się w czerwieniejące zachodem słońca niebo. – Tylko że kolejny pośrednik znajduje się około dwóch dni drogi stąd, a zakładam, że już jesteś bardzo zmęczony, Kisame.
Kisame obdarzył Uchihę pobłażliwym spojrzeniem i poprawił zsuwające się z jego ramienia ciało. Kto był tutaj zmęczony? Bo chyba nie targający pięćdziesiąt kilo więcej Kisame, a drący się na okrągło Itachi, dla którego cały ten dzień był jakiś dziwny i zdający się nie iść odgórnie ustalonym torem.
- Nie bój żaby, panie Itachi – Kisame klepnął Uchihę po łopatkach. – Po drodze znajduje się ta nasza dawna kryjówka, co żeśmy w niej odpoczywali ze dwa miesiące temu po rzezi w warowni tego daimyo… cholera, nie pamiętam jak się nazywał, ale to nieważne. Ta kryjówka będzie idealna dla gości w takiej sytuacji jak my. Chłopaka nawet możemy wsadzić do piwniczki i tam zamknąć. Ta iluzja, co mu ją zaaplikowałem, kończy się jakoś pod wieczór, więc jak się obudzi, będziemy mieli względny spokój.
Itachi przelotnie zerknął na kwadratową twarz Kisame o dziwnym, niebieskawym odcieniu skóry i ruszył przed siebie.
- Jak chcesz, Kisame.

Fik niekontynuowany, przepraszam.

piątek, 27 sierpnia 2010

"Wszechświt" Rozdział 5 (ItaKaka)

Większa część rozdziału jest bardziej skoncentrowana na wszelkich innych akcjach, niż romans Itachiego i Kakashiego, ale druga część, podczas której nareszcie znalazłam rytm, trochę to nadrabia ;)
Rozdział 5
— Kondo Ryuuichi — powtórzył Kakashi. — Coś mi się kojarzy… Wysoki, jasne włosy, z blizną na lewym policzku?
Itachi kiwnął głową, chowając dłoń między udami, żeby Hatake nie widział, jak bardzo się trzęsie. Już i tak ten okrzyk przed chwilą zabrzmiał żałośnie. Być może aż tak żałośnie, żeby Hatake wziął za jakiegoś niezrównoważonego chłopaczka. A nie powinien.
Mimo usilnych starań Itachiego, Kakashi jednak zauważył. Nie było zresztą możliwości, żeby tego nie zrobił — tym bardziej, że przez ostanie kilka minut wpatrywał się wyłącznie w siedzącego na podłodze chłopaka. 
To ten facet zginął na ostatniej misji Itachiego i chociaż Itachi tak usilnie próbował pokazać swoją obojętność na śmierć, jednak go to dotknęło. To dobrze, cholera — może Uchiha kiedyś przestanie udawać, że jest niedostępną dla nikogo i niczego bryłą lodową pływającą gdzieś na środku oceanu i zacznie zachowywać się bardziej ludzko w stosunku do innych. W końcu nie jest Robocopem, prawda? Musi okazywać jakieś uczucia.
— To on zginął na twojej ostatniej misji, tak?
— On i Murasaki, nieważne — uciął Itachi i zagapił w swoje kolana i zaciśnięte pięści.
— Itachi — powiedział Kakashi, kładąc mu dłoń na ramieniu. — Czytałem raporty, wiem co się…
— Oczywiście, że nie wiesz, Hatake. Masz jeszcze jakieś pytania? — powiedział, wstając. Szkic, który do tej pory tkwił w jego ręku został wręczony Kakashiemu. Proste linie kreślone czarnym tuszem stanowiły dla niego pokręcony labirynt, z którego nie potrafił znaleźć wyjścia. Podobnym, choć zgoła innego rodzaju, labiryntem były oczy Itachiego i cholera, Kakashi chciałby mieć okazję, żeby patrzeć się w nie tak długo, żeby wyłuskać z nich odpowiedź na wszelkie wątpliwości, jakie miał.
— W sumie to mam — odezwał się Kakashi po krótkiej chwili. — Nie wiesz, kto oprócz Kondo i dowódców mógł mieć dostęp do tego projektu?
— Ty, ja, może setki innych ludzi? — parsknął Itachi. — Nie mam pojęcia, jak właściwie wyglądają u nas zabezpieczenia, bo sam nigdy się tym nie zajmowałem, ale sądząc po tym, chyba bardzo źle. Jak tak dalej pójdzie, każdy będzie mógł sobie wejść i wziąć z kwatery wszystko, co tylko zechce.
— Szlag — zaklął Hatake. — Te problemy mnożą się jak króliki, jakiś cholerny okres godowy? Czy chociaż raz jakaś misja nie mogłaby stać się prosta?
— Mam ci odpowiedzieć?
— Jeśli znasz odpowiedź.  — Kakashi pozwolił sobie na delikatne zmrużenie oczu w uśmiechu. — Ale co do tamtego… Zawsze możesz ze mną pogadać. O wszystkim. Jeśli chcesz nawet teraz, mamy czas dopóki nie uzyskamy łączności z bazą.
— Nie, dziękuję.
— Nie chcesz mi zaufać?
— To nie to. Ja… Uch, muszę wyjść, źle się czuję.
— Będziesz mdlał? To jeszcze ta trucizna? Zawołać Kabuto?
— Nigdy nie sądziłem, że potrafisz aż tak panikować, Hatake. Po prostu muszę odetchnąć świeżym powietrzem, mogę?
— Nie panikuję, po prostu się o ciebie martwię.
— W twoim wydaniu, Kocie, wygląda to raczej identycznie — odparł Itachi prostując się na pełną wysokość.
Ścianka namiotu wybrzuszyła się i Mitarashi Anko niemal zderzyła się z Uchihą przy wyjściu z, niemałych rozmiarów, namiotu Hatake.
— Dowództwo na linii, Kocie.
***
Droga minęła Sugiyamie Miki zaskakująco szybko — nawet ten czas, który zmarnowała, analizując fragmenty papierów i projektów Ryuu zdawał się nie opóźniać jej podróży. A teraz, idąc za tłustym, spoconym mężczyzną o świńskich oczkach (którego wygląd zewnętrzny mógł doskonale dopasować się do obrazu dowolnego rynsztoka), czuła, że jest bliżej celu, niż kiedykolwiek przedtem. Aż sama się zdziwiła, że wynajęcie morderców jest tak proste, jak… jak chociażby kupno telewizora. Ale takiego kradzionego telewizora, ma się rozumieć, ostatecznie nie byłą to dla niej sobotnia wycieczka po supermarketach.
— Ten zakręt w prawo i jesteś na miejscu, panienko. — Sugiyama wzdrygnęła się z obrzydzenia, gdy mężczyzna wyciągnął ku niej nieszczególnie czystą dłoń. Banknot za przysługę, teraz uwalany czymś, czego pochodzenia kobieta wolała nie znać, zniknął w czeluści bezdennej, bo zapewne podziurawionej jak sito, kieszeni.
Jeżeli wierzyć słowom tego pijaka, to ci ninja, z którymi spotka się za chwilę, będą też tymi, których schwytanie zawierała aktualna misja tego łajdaka Uchihy.
Sugiyama Miki spojrzała w niebo czerwieniejące na krańcach.
Już niedługo...
***
Antena wystająca znad ciemnozielonego, wodoodpornego materiału była prawie tak wysoka jak dowolne drzewo w tej części lasu, w której aktualnie znajdowała się drużyna ANBU. Stację radiową umieszczono pod brezentem rozwieszonym na dość wysokich palach. Miało to, w razie deszczu, ochronić punkt łączności z dowództwem przed wodą, która mogła uszkodzić delikatne elektroniczne komponenty. Ale chwilowo takie zabezpieczenie okazywało się być kompletnie niepotrzebne — nic nie wskazywało na to, że nadchodzi jakaś większa ulewa.
— Tutaj Kot, mam wiadomość, kod czerwony — powiedział raz jeszcze Kakashi rozdrażnionym tonem. — Zawołaj głównego dowódcę.
„Kod czerwony?” — zainteresował się Itachi. Kody stosowało się tylko w określonych procedurami sytuacjach i stosowanie ich bez powodu groziło poważnymi sankcjami. Kod czerwony był drugim w skali ważności kodem bezpieczeństwa. Pierwszy był tylko czarny, ale oznaczał takie sprawy, które zagrażały istnieniu nie tylko samej Konohy, ale także jakiejś dużej części innych terenów. Dodajmy, że ta duża część była naprawdę „spora” i nie oznaczała tylko jakiegoś średniego kraiku o populacji nie przekraczającej 70 milionów, a obszar zasadniczo większy obszarowo.
Czy niebezpieczeństwo tych pułapek było aż tak wielkie, by ustalać tak wysoki priorytet? Nie no, powinno być coś jeszcze…
Pytającym spojrzeniem powiódł po twarzach reszty drużyny. Anko wyglądała na zdziwioną co najmniej tak jak on sam, a Kabuto zagryzł wargi i wpatrywał się w Kakashiego, uderzając dłonią o swoje uda. Nie wyglądało na to, że tutaj znajdzie odpowiedź. Chyba, że ta nagle postanowiłaby się objawić tuż przed nim wykaligrafowana na ozdobniej papeterii. No, może chociaż na zwyczajnej kartce w kratkę… Ale chyba nic takiego zdarzyć się nie miało. Będzie musiał poczekać na dalszą część rozmowy Hatake.
— Tak, jestem pewny i cholera, naprawdę, sekretarki nie powinny bawić się w telegrafistki! Zawołaj Yukimurę.
Między brwiami Kakashiego pojawiła się mała zmarszczka. Palce w zniecierpliwionym staccato uderzały o bok urządzenia, które z daleka wyglądało jak dość duże, prostokątne pudełko w czarnym kolorze. Tylko od zwyczajnego kartonu było dużo, dużo cięższe i zdecydowanie bardziej skomplikowane technicznie. Oraz oczywiście bardziej kosztowne.
Uchiha nienawidził radiostacji od czasu, kiedy zetknął się z nimi po raz pierwszy na szkoleniu. Nie cierpiał składania przez nie raportów i używania całej tej procedury radiowej. To okropne, że ich misja została zakwalifikowana jako taka, na której łączność z kwaterą jest priorytetem. Inaczej dostaliby służbowe komórki (które słynęły z tego, że bateria rozładowuje się szybciej, niż zdoła się powiedzieć: Misja wykonana, powracamy do Konohy) i przynajmniej szopka z używaniem komend byłaby niepotrzebna.
— Wiadomość, kod czerwony — powtórzył Hatake, gdy tylko w głośniku odezwał głos Yukimury. — Wynikły komplikacje. Over.
— Rozpocznij nadawanie — zazgrzytał dowódca przez elektroniczne trzaski.
— Podejrzewana zdrada funkcjonariusza ANBU Konohy. Projekty pułapek Kondo Ryuuichiego zostały wyniesione z bazy. W promieniu trzech kilometrów od nas znaleźliśmy trzy urządzenia miotające kunaie zbudowane na ich podstawie. Sokół sądzi, że ostrza zostały zatrute toksyną naszego wyrobu. Jedna osoba lekko ranna, ale to nic poważnego. Parametry misji zmienione, prawdopodobnie na rangę S. Ścigamy nukeninów. Koniec raportu, over.
— Roger. Zweryfikuję, wait out.
W przestrzeni odzywały się jedynie ciche trzaski, do czasu kiedy Anko, kompletnie ignorując wszystkie możliwe praktyki związane z ze swoją pozycją jako funkcjonariusza, krzyknęła na Kakashiego:
— Hatake, niech cię szlag! Czemu nic nam nie powiedziałeś?! Myślisz, że co? Że czytamy tobie w myślach?
— Nie było czasu — odezwał się zamiast Kakashiego Kabuto. — O wszystkim dowiedzieliśmy się nawet nie przed godziną. I, cóż ukrywać, myślę, że nie ma zbyt wielkiego sensu babrać się w domysłach, kiedy można wszystko dokładnie sprawdzić w bazie. Co też właśnie robimy, a że dopiero teraz, to już wina niedawnego braku sygnału.
— Widzę — syknęła Anko. — Tylko nie lubię być ostatnią osobą, która jest informowana o kodzie czerwonym. Następnym razem to o kodzie czarnym dowiem się z autopsji?
— Bez przesady, Mitarashi, do apokalipsy chyba jeszcze trochę czasu zostało. Chociaż jak tak dalej pójdzie, to daję Konosze jakiś tydzień względnego spokoju i…
— Och, zamknij mordę, Yakushi. Nie chodziło mi o żadną z tych twoich popieprzonych analiz.
— Jak to ścigamy nukeninów? — zapytał Uchiha przerywając świeżo rozpoczętą kłótnię.
Hatake odłożył nadajnik i wyszedł spod polowego zadaszenia.
- Mgła przemilczała, że ci mężczyźni, których mieliśmy znaleźć i zaprowadzić do ich wioski, to przestępcy. Ci bracia Fukuyama figurują również w księdze Bingo, Jastrząb znalazł ich podobizny i zameldował o tym mnie. Niby mała komplikacja, z którą moglibyśmy sobie sami poradzić, ale jest jeszcze jedna rzecz, o której właśnie raportowałem Yukimurze.
— Ta zdrada?
— Dokładnie, ta cholerna zdrada i zamieszanie z pułapkami Kondo. Nie wiem, kto dał radę podszyć się pod nieżywego ninję i zaiwanić to wszystko z ANBU, ale ten ktoś musi być piekielnie dobry, skoro zdołał zrobić to wszystko pod nosem dowódcy. Chociaż to wszystko uświadamia nam tylko, jakie genialne zabezpieczenia funkcjonują w kwaterze głównej. Konoha, cholerny wzór bezpieczeństwa! — prychnął Hatake i kopnął w leżący niedaleko niego kamień. — Kurwa, nic tylko sobie do nas pójść i rozwalić wioskę naszymi własnymi, niesamowicie tajnymi projektami broni!
— Kocie, tutaj Yukimura, sprawdziłem. Over  — odezwał się ponownie Yukimura. Hatake natychmiast dopadł do transceivera i odpowiedział:
— Zgłaszam się. Rozpocznij nadawanie.
— Potwierdzam, bracia Fukuyama są nukeninami zbiegłymi z więzienia o zaostrzonym rygorze. Przesiadywali wyrok za rozboje w tym tę sławną masakrę klanu Tachiki. Czekam na rozmowę z mizukage, na temat tego zatajenia. Póki co, nie dysponujemy żadnymi informacjami na temat specjalnych umiejętności i technik przestępców. Nie było żadnych informacji o jakiejkolwiek kradzieży w kwaterze, potrzebujemy więcej czasu na weryfikację ostatnio wydanych rzeczy i ludzi którzy dostali się do środka. Przeprowadzamy teraz przyspieszone śledztwo w tej sprawie. Na wszelki wypadek hokage został powiadomiony. Czekajcie na połączenie za około dwie godziny. Over.
— Zrozumiałem.
— Doślemy do was małe wsparcie, powinno przybyć nad ranem. I uważajcie na siebie, Kocie. Dopóki tego nie wyjaśnimy, bądźcie ostrożni. Nie wiemy, jaki cel miała Mgła, nie mówiąc nam o tej ucieczce. Póki co kontynuujcie swoją misję i czekajcie na dalsze instrukcje, over.
— Willco. Out.
***
Drewno w ognisku trzasnęło rozgłośnie w ciemności sączącej się z ogarniającego obozowisko lasu. Jasnopomarańczowe iskierki uniosły się, oświetlając niezbyt wesołą twarz Kakashiego.
Od drugiej transmisji minęło pół godziny. I przez cały ten czas Kakashi siedział tutaj sam, rozmyślając nad tym, jaką dziwną ścieżką biegnie jego życie. W sumie nie dziwił się, że mizukage nie powiedział Konosze o tym, że ci bracia Fukuyama to najgorsze szumowiny, jakich można było spotkać wiosce Mgły, a nawet w więzieniach na terenie całego kraju i szczerze pragnął, żeby wieść o takim zaniedbaniu z jego strony (a może bardziej ze strony więziennych strażników) nie rozeszła się po świecie. Tylko, że teraz wychodzi na to, że rozejdzie się po wszystkich krajach ościennych jak echo w górach, a kto wie — może nawet spowoduje lawinę w postaci dymisji kage?
Ech, pieprzyć to. Polityki ni w ząb nie zrozumiesz, dopóki nie znajdziesz się w samym środku tych wszystkich zawirowań. Chociaż - zamyślił się głębiej Hatake. — Jakby nie patrzeć, jest w samym środku zawirowań politycznych i mimo to nadal nie rozumie tej… hmm, dyplomacji. No bo, przepraszam bardzo! Jak wynika z nieco pokrętnych wiadomości od mizukage, faceci uciekli z wiezienia dwa tygodnie temu, poszukiwania zostały rozpoczęte w całym Kraju Wody, oczywiście, ale zdało się to na nic.
Kakashi westchnął ciężko i pomacał po wielu różnej wielkości kieszeniach, poumieszczanych na jego plecaku. Cholera, cholera! Zapaliłby sobie, a fajki jak zwykle wyparowały w najmniej odpowiednim momencie… No nic, przemęczy się trochę, bo raczej w takim lesie nie ma co szukać kiosku, nie?
Tss, szukanie tutaj kiosku, miało takie wielkie szanse zwieńczenia sukcesem, jak poszukiwanie tego złodzieja projektów. Bo chyba nie trzeba wspominać, że chociaż lista została utworzona w tempie ekspresowym, to jej weryfikacja może ciągnąć się (co najmniej) przez kilka dni.
Jakkolwiek bądź, Fukuyamowie uciekli przez granicę i chwilowo sprzymierzyli się z wioską Deszczu — aktualnym wrogiem Konohy. Razem poorganizowali kilka zasadzek na wrogie oddziały, a potem albo Fukuyamom się znudziło, albo coś poszło nie po ich myśli i prysnęli z powrotem do Mgły, mordując przy okazji wszystkich strażników granicznych, którzy mieli pecha natrafić na nich podczas patrolu. A pech to był wprost niewypowiedziany — ci goście byli, ujmując jednym słowem, psycholami. Ci którzy mieli jako takie szczęście, zostali rozkrzyżowani na ścianach wieży granicznej i wydali swoje ostatnie tchnienie, będąc tylko przebijani naładowanymi czakrą ostrzami. Ci, którym tego szczęścia zabrakło, po potraktowaniu genjutsu tracili zmysły i dusili się własną śliną, ewentualnie w sztucznie wywołanym szale bitewnym rozrywali swoich kompanów na strzępy i  dopiero potem w amoku zabijali siebie. Bogowie, jaka okropna śmierć…
W ciemni, rozświetlanej jedynie przez przegrzebywane co jakiś czas długim patykiem ognisko, bardziej poczuł niż zobaczył, że ktoś się zbliża. Spiął wszystkie mięśnie w razie czego gotowy do skoku i szybkiego unicestwienia wszelkiego niebezpieczeństwa, które odważyłoby się próbować podejść go od tyłu. Ale nie skoczył, ani nie podziurawił tego kogoś kunaiami, bo ten ktoś miał farta, że najpierw trochę niepewnie chrząknął, a potem tonem Uchihy stwierdził, że nie daje rady zasnąć i równie dobrze może sobie usiąść tutaj, przy ognisku razem z Kakashim i zupełnie niepotrzebnie pogapić się w ogień.
I od teraz gapili się razem w pełgające po drwach płomienie, nie ruszając ani na krok od ustawionych wokół niego, nadających się do siedzenia pniaków.
— Robisz się strasznie gadatliwy wieczorem, Itachi — zauważył ironicznie Kakashi. — Jak z raną?
— Oczywiście jeszcze się całkiem nie zagoiła, ale w niczym nie będzie mi przeszkadzać.
— To dobrze… Wszystko zależy od jutra, powinniśmy. Musimy dać z siebie wszystko, żeby nikt z nas nie stracił życia w głupi sposób, rozumiesz? Pewnie teraz już tak — odpowiedział sam sobie, zauważając, że Itachi nie ma ochoty dodawać nic od siebie.
Hatake stęknął:
— Dlaczego nie pójdziesz do namiotu odpocząć chociaż trochę? Wystarczy, że jedna osoba trzyma wartę i naprawdę, ktoś kto tylko siedzi skulony jak sowa na gałęzi nie jest zbyt przyjemnym towarzysko dodatkiem do stania na straży. No, papierosy by były, nie masz?
— Nie palę, poza tym nie mam jeszcze osiemnastki.
— O ile dobrze pamiętam, ta magiczna granica wieku nigdy nie była dla mnie problemem… Jeżeli chodzi alkohol, też jakoś nie miałeś z tym problemów. Poza tym, brawo, odezwałeś się.
— Tak naprawdę chciałem pogadać — powiedział Itachi zwracając swój wzrok na Kakashiego. — Mówiłeś, że chętnie… posłuchasz.
Zmierzch najwyraźniej był granicą, po której przekroczeniu nawet Itachi trochę odmieniał swoje oblicze. Hatake czuł, że nie będzie to milutka pogawędka, ale nie mógł się oprzeć. Chciał, żeby te oczy patrzyły na niego, chciał zobaczyć jak ciemność księżyca odbija się w jego tęczówkach. Chciał wszystkiego, co dotyczy Itachiego, nawet jeśli okaże się nie być słodkim ciasteczkiem, oblanym różowym, błyszczącym lukrem.
— Uważam — zaczął z wahaniem w głosie — że to że ktoś z naszych podszył się pod Kondo i zabrał jego projekty jest… okropne. On… na to nie zasługiwał. Te raporty z mojej misji, ty tylko je czytałeś, nie byłeś na niej. Nie byłeś tam przy nich, z nimi. Mój raport nie odda wszystkiego. Żaden raport nie oddaje; równoważniki i krótkie rzeczowe sformułowania nie oddają niczego. Są suche jak trociny i tak też je się czyta. Całkowicie analitycznie.
Kakashi szturchnął raz jeszcze ognisko patykiem, rozgarniając popiół i odkrywając rozżarzone fragmenty drewienek.
— Wtedy gdy wracaliśmy już z tej wypełnionej misji i nagle okazało się, że wpadliśmy w zasadzkę… Ja chyba okazałem się na to wszystko zbyt słaby.
— Człowieku! — nie wytrzymał Kakashi. — Bez niczyjej pomocy zapieprzyłeś piętnastu ninjów! Nie byłeś słaby, tylko nieodpowiedzialny i egoistyczny.
Nieodpowiedzialny, egoistyczny — te słowa uderzyłyby w Itachiego, gdy nie fakt, że doskonale zdawał sobie sprawę, że jest inaczej. Chciałby taki być, chciałby zachować się egoistycznie i olać sprawę swojego klanu i szpiegowania… No, ale nie mógł. Trzeba wybrać mniejsze zło, dla Sasuke, dla wioski. A nawet dla… dla Kakashiego, którego oczy wpatrywały się w niego tak, jakby miał ogłosić jakąś niezwykle istotną dla losów Wszechświata nowinę. A Uchiha wątpił, że była aż tak ważna.
— Medycy mówili, że tamten atak genjutsu był zbyt silny — kontynuował cicho Itachi. — On i Murasaki szli w ostatniej linii. Ja… Mój Boże, to było szaleństwo, cholerna siła, atak prawie ścinający białko w mózgu. Potem był katon prawie tak silny jak mój własny i płaty skóry, które dosłownie odklejały się od ciała i krzyk… Bardziej ryk, zamieniający się z każdą sekundą w bulgoczące wycie.
Ciepła dłoń na barku Itachiego nie uspokoiła go ani trochę, gdy zupełnie jak nie on wyrzucał z siebie całe zdania. Wszystkie tamte chwile z ostatniej misji.
— Z Murasakiego nie zostało nic. Kondo… To był jego przyjaciel i on też… Ale on dostał genjutsu, a potem rzucił się do przodu. Widziałem jego oczy, nie panował nad sobą. Ciął na odlew, jakby był sterowany pilotem. Ruchy zbyt szybkie do zauważenia dla kogoś bez sharingana, ciął, ale on nie chciał. Nie chciał. A jeśli ja nie… jeśli to nie ja bym się poświęcił, oni wszyscy, rozumiesz, Hatake? Oni wszyscy by tak skończyli. Smród zbyt szybko gnijącego mięcha na drodze, uwalanego piaskiem, oblazłego muchami. Krew która nie ma czasu skrzepnąć, krew, krew… Lejąca się z ran, z nieba wraz ze słońcem. Słońce krwawiące na pustynny piasek… Nie było czasu na cokolwiek innego.
— Itachi. Dosyć — powiedział Kakashi, zaciskając dłoń bardziej. — Tego już nie dasz rady zmienić. To było.
— Tak, było — powiedział w roztargnieniu, strącając dłoń ze swojego ramienia. Ale ona uparcie powracała na to samo miejsce, znowu i znowu. — Było. Było też wiele innych rzeczy. Przepraszam.
— Za co?
— Nie myśl sobie, że ja tak zawsze… że zawsze jestem taki nienormalny, niestabilny. To tylko ten raz, wiesz?  
Ciało Itachiego dygotało. Kakashi czuł, że było naprężone co najmniej tak, jak struna dobrze nastrojonej gitary.
— Wiem, że nie jesteś, Itachi. Cieszę się, że mnie o tym opowiedziałeś. Kocham cię.
— Przestaniesz — odparł twardo Itachi. — Przestaniesz, oczywiście, że przestaniesz. Każdy by przestał.
Kakashi zamknął mocno w swoim uścisku jego telepiącą się postać. Tak, żeby Uchiha nie mógł się poruszyć, tak żeby przestał się trząść w ten sposób, jakby stał na trzaskającym mrozie w samych gatkach. Jakby stał tam całkiem sam, pośród wielkiej białej pustyni zbroczonej krwią…
— Nie przestanę. Kocham cię, Itachi. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że kocham cię od naszego pierwszego spotkania. I jak chcesz, powtórzę to tyle razy, ile będziesz chciał. — Odsunął się trochę od niego, ale gdy zauważył jakiś nagły błysk paniki w ciemnych oczach Uchihy, delikatnie pociągnął go na mech obok siebie. Itachi przyległ do jego piersi, a ramiona Hatake ponownie objęły jego wciąż nieco drżące ciało.
— Przestaniesz — odezwał się bolesny, cichy szept. — To ja… Ja sam zabiłem Kondo.
Chwila ciszy stała się niemal namacalna, a Itachi na brak jakiegokolwiek odzewu ze strony Kakashiego stężał cały. Wiedział. Wiedział, że tak będzie, nie powinien aż tak się uzewnętrzniać. Z chwilą, gdy tamto zdanie poszło w eter, całe to „Kocham cię, Itachi”, tamten pocałunek w namiocie Hatake, noc Sylwestrowa — stały się nieważne. Nie, nawet nie „nieważne” — zniknęły… A może nigdy ich nie było? Może nigdy nic nie było i wszystko, to że ramiona Hatake jeszcze go obejmują, że jeszcze nie zostawił go samego, jest tylko kłopotliwą dla nich obu pomyłką? Tym bardziej, że ten wielki, rażący błąd jeszcze przed kilkoma sekundami zdawał się być prawidłowy, jak nic innego na świecie. Jak nic innego nigdy.
Itachiemu przemknęło przez myśl, że co tam, gorzej już być nie może. Że ewentualnie mógłby się jeszcze tylko poryczeć, ale nie, nie zrobi tego. Mimo że w ustach czuł nieprzyjemną gorycz, jego oczy pozostawały suche i bolesne od całkowitego niemrugania. Równie dobrze, może powiedzieć resztę.
— Zabiłem go. Patrzyłem na niego, na jego przerażone oczy, na paskudny, wykrzywiony grymas, który nosił wtedy zamiast uśmiechu i chwyciłem katanę. I wbiłem ją prosto w pierś. I dopchnąłem, dopychałem dopóki nie przeszła na wylot i jego ręce nie przestały się poruszać, szukając kogoś, kogo mogłyby rozmiażdżyć. A uśmiech, ten ohydny uśmiech, który wyglądał jakby ktoś wziął i naciął mu twarz maczetą stworzył ranę długą od ucha do ucha, i ten uśmiech zniknął, bo Kondo leżał twarzą w piasku. Nie wiem, co bym zrobił, gdy wtedy nie upadł w taki sposób, nie chciałem na niego patrzeć. Nawet teraz, jak tylko usłyszę jego imię, to wszystko wraca jak koszmar, jak okropny wyrzut sumienia. Coś czego nie mogę się pozbyć.
Ręka na plecach Itachiego poruszyła się i przejechała mocno po łopatkach w nieco zbyt ostrej pieszczocie.
— Zostaw mnie, Hatake. Chyba rzeczywiście powinienem iść spać.
— Nie przestałem — powiedział Kakashi i cmoknął krótko czoło Itachiego. — Nadal mogę całkiem szczerze mówić, że cię kocham.
„Kocham?”
— Jesteśmy ninja — mówił dalej Hatake. — Wszyscy posiadamy pewną zakres wspomnień, których wolelibyśmy nie mieć, a które… Są konieczne, są typowe dla naszej profesji i są straszne i ważne. Żeby pamiętać, żeby móc pamiętać, po co zostało się ninja i dlaczego do cholery ja to jeszcze znoszę, jakim cudem nadal jestem psychicznie prosty, a nie pogięty jak spinacz do papieru. Ty zabiłeś przyjaciela… Ja też zabiłem przyjaciela, ale jestem, żyję nadal i mogę teraz tylko starać się, by inni też żyli, a nie umierali głupio i młodo w tragicznym akcie młodzieńczej brawury.
Skąpe „tak” było jedynym, co Itachi był zdolny wykrztusić z siebie, zahipnotyzowany cichym głosem starszego mężczyzny. I to krótkie potwierdzenie mógłby, chciałby powtarzać w nieskończoność, żeby upewnić się, że to dzieje się naprawdę. Że to nagle nie jakaś cholerna wirtualna rzeczywistość, że Kakashi… Że Kakashi wcale nie zrezygnował z Itachiego, kiedy tylko tamten zdecydował się być bardziej szczerym.
To wszystko brzmiało jak bajka. Co prawda taka bardziej słodko-gorzka, kwaśnawa jak owoc granatu i tak jak on krwawoczerwona, ale Itachi lubił granaty. Wyjadanie łyżeczką ze środka owocu cierpkich, galaretowatych pestek było bardzo przyjemne. Tak przyjemne, jak delikatne muśnięcie na jego wardze; jak gładki, śliski język wsuwający się do jego ust i zapach mięty przenikający dotykające jego policzka jasne włosy Kakashiego.
Ognisko już tliło się słabym czerwonawym blaskiem, będącym pamiątką po wesoło trzaskającym ognisku. Było późno, Kakashi tuląc się do  Itachiego zauważył z przykrością, że już niedługo zacznie dnieć.
— Lepiej naprawdę idź się położyć, trochę wypoczynku ci nie zaszkodzi.
— Hm? — mruknął Itachi, zaciskając bardziej ręce na torsie Hatake.
— Poza tym niedługo Kabuto przyjdzie mnie zmienić, umawialiśmy się na trzecią.
Itachi poruszył się na słowo „Kabuto” i zaskakująco szybko wyplątał się objęć Kakashiego:
— Może to nie jest taki zły pomysł… - uśmiechnął się na moment. - Kakashi - dodał, przez chwilę obracając to słowo na języku, jakby miało jakąś interesującą fakturę lub smak. A zresztą, może miało?
— To miłej nocy, Itachi.
— Wzajemnie.
Po słabo słyszalnym zgrzycie zamka błyskawicznego do namiotu, w lesie nie odezwało się już nic bardziej podejrzanego od ćwierkania kilku ptaków, których nazw Kakashi nie znał. Ornitologia nie była jego konikiem, zdecydowanie… Oczywiście nawet taka miła cisza ma kiedyś swój koniec.
Pierwszą rzeczą, która spowodowała więcej hałasu był Kabuto…
— Wstałeś? — zapytał niepotrzebnie Kakashi. — Głupio pytam, ale nie masz może fajek? Kto jak kto, ale ty powinieneś coś mieć, a mam ochotę zapalić.
— Ostatnie trzy — odpowiedział Kabuto, dokonując szybkiej, wzrokowej kontroli ilości papierosów w paczce. — A co mi tam, częstuj się, Hatake. Nic podejrzanego?
— Nic — odpowiedział Kakashi powoli zaciągając się dymem. Uhu, Kabuto palił mocne, a to w obecnym stanie niezwykle pasowało Kakashiemu.
Drugą był wybuch…
Fanfiction niekontynuowane, przepraszam.

czwartek, 6 maja 2010

"Wszechświt" Rozdział 4 (ItaKaka)


Rozdział 4
Kakashi zrobił szkic, na którym przedstawił jak umiejscowiona była pułapka i w jaki sposób uruchamiany był mechanizm. Wiedział, że już kiedyś nawet spotkał się z maszyną uruchamianą przez poruszenie żyłki połączonej bezpośrednio z blokadą wewnątrz niewielkiego aparatu miotającego. Tylko chwilowo nie mógł sobie przypomnieć, kto korzystał z czegoś takiego. Zresztą, już i tak wystarczająco ogłupiło go odnalezienie na miejscu kunaiów, które z całą pewnością wyprodukowane zostały w Konosze — świadczył o tym chociażby mały wyżłobiony znaczek liścia na rękojeści.

Było mu gorąco. Stał w samym środku wirujących w tańcu ciał i było mu cholernie gorąco — tak bardzo, że gotów był uznać unoszący się siwy papierosowy dym za parę wodną ze znanej mu sauny.
Ścisnął szklaneczkę pełną jakieś wysokoprocentowego trunku i zaczął przepychać się do wyjścia z sali. Dziwna muzyka w guście organizatorów imprezki, ANBU z Korzenia, lasowała mu mózg tak skutecznie, że poczuł jak zaczyna mu się kręcić w głowie — koniecznie musiał odetchnąć czymś innym niż ten wszechobecny papierosowy dym! Co prawda te zawroty głowy, nie do końca skoordynowane ruchy i podobne sprawy nie wytworzyły się z winy biernego palenia czy też niedopasowania gustów muzycznych — nie wybiła jeszcze dwunasta, a on już był narąbany jak meserszmit. Cholera!
Ale udało mu się — wypadł z sali tanecznej na stosunkowo bezludny korytarz i zawisł na drzwiach od męskiej toalety. Drzwi się najwyraźniej zacięły, ale zanim zdążył powiedzieć coś więcej, niż słowo zbliżone znaczeniem do bardzo zirytowanego „A niech to!”, nacisnął klamkę mocniej, profilaktycznie efektywność wzmacniając kopniakiem. Puściły.
Na parapecie naprzeciwko Hatake, obok ciągu trzech kabin siedział ciemnowłosy chłopak. Świdrował go wzrokiem, a przynajmniej ninja odniósł takie wrażenie, bo było zbyt ciemno, aby mógł stwierdzić to na pewno.
No ale jednej rzeczy był pewien, obaj trafili tutaj w poszukiwaniu świętego spokoju i odpoczynku od całej tej kakofonii za drzwiami. I męska toaleta zapewniała im swego rodzaju azyl.
— Za chwilę północ — stwierdził chłopak, ściągając nogi z parapetu i odsłaniając kilka stojących tam butelek szampana. Zatrważająca większość z nich była odkorkowana i prawdopodobnie również opróżniona. — Może napijesz się ze mną? Jak widzę masz nawet własną szklankę.

Gdy Kakashi już uświadomił sobie, że wgapianie się od dziesięciu minut w ten sam ołówkowy rysunek i wspominanie ubiegłego Sylwestra zamiast analizowania budowy technicznej pułapki niewiele mu pomoże w rozwikłaniu tej zagadki, otrząsnął się z rozmyślań i odłożył szkic na mały, trochę rozklekotany stolik typu „rozłóż-złóż-chyba-że-akurat-coś-się-zacięło”. Stolik był stary, ale jary i jeszcze nigdy nie zablokował się na amen, dlatego ciągle był użytkowany przez Kakashiego.
Według Małpy i kilku notatek dostarczonych do Kakashiego wraz z mapą znajdowali się w lesie jakieś 80 kilometrów od granicy Kraju Ognia. Hmm, ten wymuszony, wcześniejszy postój opóźni ich spodziewane przybycie o jakieś dwie godziny, ale jeśli jutro się pośpieszą, uda im się to nadrobić i złapią…
— Kapitanie, tutaj Sokół — odezwał się głos Kabuto przy wejściu do namiotu. — Mam coś ważnego do zameldowania.
Kakashi miał złe przeczucia. A jeśli coś się stało z Uchihą i Kabuto nie dał rady…? Nienienie! Masz myśleć pozytywnie! Pozytywnie jak dziecko przed rozdawaniem prezentów na Gwiazdkę! No, ale uśmiech możesz sobie darować, Kakashi, naprawdę. Po co się starasz, skoro i tak nosisz na twarzy tę swoją maskę?
— Wejść — odezwał się w końcu Hatake.
Kabuto wszedł bez porcelanowej maski na twarzy — miał ją przypiętą do paska przy spodniach. Od razu położył mu przed nosem otwartą księgę Bingo. Zdjęcia dwóch mężczyzn umieszczone na sąsiednich stronach były Hatake znajome.
— Przecież-
— To nukenini z Mgły — odezwał się szybko Kabuto, siadając przed stolikiem po turecku. — Musiałem to sprawdzić, bo coś w tych ich facjatach nie dawało mi spokoju. I co znalazłem? To że Mgła zataiła przed Liściem malutki fakt ucieczki dwójki przestępców, wzmiankując tylko o zwykłych uciekinierach. ANBU Mgły z pewnością także ich ścigają, a my jesteśmy tutaj albo po to, by upewnić się, że ta dwójka na pewno zostanie schwytana, albo to jakiś większy spisek, kapitanie.
— W takim razie ważność i założenia misji zmieniają się. To będzie ranga A.
— To nie będzie ranga A, kapitanie — parsknął Kabuto, wręczając Kakashiemu kilka nabazgranych w pośpiechu notatek. Niezależnie jak długo Kakashi by się na nie gapił, prawdopodobnie i tak nie zrozumiałby tych wszystkich chemicznych pierdół, które rozpisał mu Kabuto. Dlatego też nawet się nie starał.  — To mi bardziej wygląda na S. Co powiecie, kapitanie, jeśli stwierdzę, że maczała w tym palce osoba z Konohy? I do tego taka na dość specyficznym stanowisku? Bo dowiedziałem się naprawdę ciekawych rzeczy, odtruwając Uchihę.
— Co z nim? — Pewny siebie uśmieszek na licu Kabuto został zastąpiony przez zdziwienie. Zamaskował je poprawieniem okularów na nosie, który to ruch doprowadził do perfekcji. Nikt nie potrafił poprawiać okularów w taki sposób, w jaki robił to Yakushi Kabuto! A kto wie — może nawet potajemnie prowadził jakiś kurs dla tych wszystkich inteligencików, coby także sprawiali dobre wrażenie, dosuwając szkła na szczyt nosa?
— Sądziłem, kapitanie, że zapytacie raczej, co mam na myśli, mówiąc o specjalnym stanowisku, a nie o to jak się ma Uchiha. Złe założenie, mój błąd — wzruszył ramionami. — Uchiha ma się na tyle świetnie, że radosny i świeżutki jak stokrotka stawi się tutaj, jak tylko skończymy rozmowę. W tej chwili stoi przed wejściem i czeka na swoją kolejkę, jeśli mogę to ująć w ten sposób.
Kakashi odkaszlnął niespokojnie, odwracając wzrok:
— W takim razie, khm, co mieliście na myśli, Yakushi?
— Och, naprawdę interesują was takie rzeczy, kapitanie? Bo myślałem, że kondycja Uchihy zdała się być tematem dalece bardziej absorbującym, niż jakieś rozważania na temat tego małego bagna, w któreśmy się wpakowali.
— Yakushi — Kakashi zmarszczył brwi. —  Pamiętajcie, kto jest waszym przełożonym.
— Nie śmiem zapominać o takich sprawach, kapitanie. Po prostu badanie ludzkich zachowań i reakcji tudzież ich analiza to moja pasja, której nijak nie potrafię porzucić — Kabuto wstał. — Takiej trucizny używają tylko ANBU z Konohy. Nikt inny.
— Jesteś pewny?
— Czy to miało mnie obrazić, kapitanie? Cały czas pracuję z ANBU i bezbłędnie potrafię wskazać jakiego rodzaju trucizny używamy my, a jakiego inne wioski.
ANBU… z Konohy? Zdrada na najwyższych szczeblach hierarchii shinobi? Czy hokage o tym wie? Psiamać, czy w ogóle ktokolwiek oprócz nich o tym wie? Hatake musi się jak najszybciej skontaktować z Yukimurą! Ciekawe, czy da radę złapać go przez radio?
— Yakushi — zadecydował szybko — razem z Małpą spróbujecie nawiązać łączność radiową z dowództwem. Musimy to zaraportować — Kabuto przytaknął i opuścił Kakashiego, ale zamiast od razu skierować swoje kroki do Mitarashi i poinformować ją o zarządzeniu kapitana, chłopak przystanął i jak gdyby nigdy nic, nawiązał rozmowę z Itachim.
A przecież nie mieli czasu!
— Uchiha, kapitan jest już wolny. — Kakashi usłyszał wysoki ton głosu Kabuto. — Ach, tylko jak skończycie wszystko to, co zamierzacie kończyć, nie zapomnij przyjść do mnie ponownie, dobra? Ostrożności z truciznami, nawet jeśli znam je jak kolegów z podwórka, nigdy za wiele, szczególnie, że jutro czeka nas raczej ciężki dzień.
— Yakushi, wydaje mi się, czy ty właśnie coś imputowałeś? — odezwał się Itachi.
— Nie miałbym odwagi, Uchiha — zaśmiał się Kabuto, a Kakashi usłyszał, jak klepie Itachiego po plechach; znajdowali się bardzo blisko jego własnego namiotu. — Hatake to diabeł wcielony, miałem raz przyjemność widzieć go w akcji. A człowiek który z własnej winy wpakował się w pułapkę i nie posłuchał rozkazu, powinien się przekonać o takich rzeczach na własnej skórze, prawda? Czyli nic straconego, Uchiha. I och, byłbym zapomniał, słyszałem, że podobno ty też masz rangę kapitana. A może się mylę? Może to tylko plotki, że ktoś o takiej randze, nie umie dostosować się do zaleceń. — dodał złośliwie.
— Nie dotykaj mnie — stwierdził zimno Itachi i przedarł się przez wodoodporny materiał.
— Tylko nie zapomnij przyjść. Jeśli zbytnio się przemęczysz, możesz zasłabnąć. Lepiej powiedz Hatake, żeby cię zbytnio nie nadwyrężał.
I tak Uchiha pojawił się w dużym, jak na polowe warunki nawet luksusowym, namiocie dowódcy. Był wciąż blady i wyglądał na nieszczególnie „świeżutkiego” (jak to określił jego stan przedtem Kabuto),  ale sadząc po przygryzionej wardze i zmarszczonych brwiach, był strasznie wściekły.
— Więc przyszedłem tak jak kazaliście, Kocie.
— Nie ma potrzeby być aż tak formalnym. Siadaj, Itachi, i powiedz mi, czemu, do diabła, nie zrobiłeś tego, co kazałem?
Itachi jednak milczał, niegrzecznie wpatrując się prosto w oczy Kakashiego. Taak, trucizna, mogła osłabić trochę jego ciało, ale woli — nigdy!
— Po jaką cholerę zostałeś ninją — kontynuował Kakashi — nie potrafiąc zrozumieć pojęć tak podstawowych jak „padnij”? Jak rozumiem ryzykowanie życia, okazywanie idiotycznej odwagi, ciebie po prostu bawi?
— Hatake — odpowiedział w końcu Uchiha. — Co z tego, że dzisiaj ty jesteś liderem drużyny, skoro obaj jesteśmy ninja tej samej rangi? Kapitan nie może wydać drugiemu kapitanowi rozkazu. Hierarchia poszłaby się kochać, gdyby coś takiego było możliwe, nie mam racji?
Palce Kakashiego stukały o blat stolika z nieukrywanym zirytowaniem.
— Ktoś taki jak ty nie ma prawa nazywać siebie kapitanem, Uchiha. Skoro masz braki w byciu zwykłym funkcjonariuszem, nie widzę powodu, dla którego miałbyś pracować jako dowódca. Zły dowódca to zło najpodlejsze i od tego wyjątków nie ma. Kapitan powinien być wzorem, ma dbać o oddział, a nie rzucać podwładnymi jak pionkami na samobójcze walki.
— Więc teraz będziesz nawiązywać do… mojej ostatniej misji, tak Hatake? To zagranie jest niskie i zdecydowanie niewarte mojego czasu.
— Siadaj, Uchiha! — zagrzmiał, chwytając go mocno za przód uniformu. — Nie odejdziesz, dopóki ja nie powiem, że możesz. Ninja bez rozkazu przełożonego, nie ma prawa nawet dupy sobie podetrzeć, a co dopiero samowolnie oddalać się albo nadziewać na pułapki, cholera! Nie zamierzam stracić żadnego członka drużyny przez głupotę, czy to moją czy też ich własną. I powiem ci, Uchiha, że ten twój honor, ten pierdolony honor o którym w tak zawoalowany sposób wspomniałeś, jest gówno warty! Czy to, że ktoś wyda ci rozkaz, który jest niewątpliwie tym rozkazem, którego niewykonanie może skończyć się śmiercią, tak wiele ujmuje ci tej twojej klanowej dumy? Czy twoja śmierć jest warta większej chwały twojego klanu? O ile chwałą dla niego jest śmierć z powodu totalnego skretynienia, bo chyba to usiłowałeś dzisiaj nam wszystkim pokazać!
Honor? Klanowy honor zabrzmiał tak śmiesznie w ustach Hatake — ktoś, kto zdecydował poświęcić dobro swojego rodu na rzecz dobra Wioski nie dbał o honor klanu. Dbał tylko o swój własny, którego w odpowiednim czasie także będzie musiał się wyzbyć na rzecz koniecznej w tym przypadku zdrady. Ale póki co, póki co wciąż ma prawo zachować jakieś szczątki godności!
— Puść mnie, Hatake. Jesteśmy ludźmi na poziomie, mam nadzieję, że utrzymamy jakoś ten stan do końca i do rękoczynów nie dojdzie.
Kakashi przestał tak mocno ciągnąć materiał, ale uścisku nie rozluźnił.
— Itachi — powiedział już łagodniej — wszyscy ludzie dookoła ciebie też się starają, też dają z siebie wszystko dla dobra misji. Nie każdy z nas może wszystko, Itachi, i to jest normalna rzecz, że ja polegam na mojej drużynie, a wy polegacie na mnie. Powinieneś w końcu zauważyć w reszcie drużyny istoty ludzkie, a nie kupkę żywego mięsa o określonych zdolnościach bojowych. Może prosząc o zaufanie, proszę o zbyt wiele, ale ja w żadnym wypadku nie chcę dla ciebie źle. Itachi, ja cię kocham.
Itachi zamrugał gwałtownie i zagapił się twarz Kakashiego z wyrazem szoku wypisanym na obliczu. Ciche jak szept słowa wyrwały się z jego ust bez żadnego przemyślenia:
— Jak to?
— Jak?... Zwyczajnie, jakoś po prostu. O tak. — Materiał munduru ANBU został po raz kolejny pociągnięty do góry. Składany stolik zatrzeszczał pod dość ciężkim ciałem Kakashiego, a jego usta pozbawione ich zwykłej materiałowej osłony wylądowały krótko na miękkich wargach zdumionego Itachiego.
— Pogniotłem ci mundur — stwierdził Kakashi zaraz po tym, gdy zauważył, że zbyt długie leżenie na tak starym stoliku może zaowocować kilkoma nieprzyjemnymi urazami i przerwał ich pocałunek. — Muszę sprawdzić, czy już nawiązano połączenie z dowództwem. Poczekaj tutaj, Itachi, naszą rozmowę dokończymy za chwilę.
Impregnowany materiał namiotu zaszeleścił, gdy Kakashi opuścił go szybkim krokiem. Itachi pozwolił sobie na głęboki wdech dopiero wtedy, gdy był pewny, że Hatake znajduje się dość daleko.
Ach… więc go kocha? Czemu to zaszło tak daleko? Czemu zakochał się akurat w Itachim? Czy nie było żadnych innych ludzi, w których Kakashi mógłby się zakochać, co byłoby niewątpliwie lepszym wyborem, niż miłość do przyszłego zdrajcy? Itachi nie potrafił tego do końca zrozumieć, ale to nie zmieniało faktu, że nagle zrobiło mu się dziwnie gorąco. I tak… duszno. Z zaskoczeniem odkrył, że na policzkach pojawiły się rumieńce, a tętno radośnie przyspieszyło.
Uchiha miał nadzieję, że taka rewelacja (która mimo pewnej niewłaściwości, była przyjemna) nie sprawi, że zasłabnie. Kabuto byłby wtedy zapewne tak zadowolony i dumny ze swoich przewidywań, że przebywanie z nim stałoby się czynnością niewykonalną.
Chcąc odwrócić swoją uwagę od tych różnych myśli, przejrzał papiery dowódcy, które leżały tuż pod jego nosem. Ten z lekka pognieciony szkic jakiejś maszyny wzbudził jego zainteresowanie (bo czytanie jakichś naukowych wywodów autorstwa Kabuto do ciekawych lektur nie należało) — tym bardziej, że sam Itachi miał już raczej do czynienia kilka razy z takim modelem pułapki.
I to nie tylko jako jej ofiara — pomyślał, uświadamiając sobie pewną nieprzyjemną rzecz.
— Same szumy, cholera — powiedział Kakashi, wpadając ponownie do namiotu — Albo coś się popsuło, albo nie możemy załapać odpowiedniej częstotliwości.
— Kakashi — odezwał się Itachi mimo wyschniętego jak wiór gardła. —  To projekt Kondo Ryuuichiego, ten prototyp był opracowywany przez niego i chociaż raz go zaprezentował dowódcom, nigdy go nie dokończył. A to… to jest wersja działająca.
Dłoń, która trzymała kartkę zatrzęsła się, gdy coś podobnego do jęku zabrzmiało w przestrzeni:
— Mój Boże! Przecież umarli nie zmartwychwstają!