Uwaga!

Fanfiction yaoi, czyli traktujące o związkach męsko-męskich. Blog zawiera również treści erotyczne.
Nie lubisz, nie czytaj - ja do niczego nie zmuszam.
Możesz skomentować dowolną notkę, każdy komentarz zostanie przeczytany! :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ItaKaka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ItaKaka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 sierpnia 2010

"Wszechświt" Rozdział 5 (ItaKaka)

Większa część rozdziału jest bardziej skoncentrowana na wszelkich innych akcjach, niż romans Itachiego i Kakashiego, ale druga część, podczas której nareszcie znalazłam rytm, trochę to nadrabia ;)
Rozdział 5
— Kondo Ryuuichi — powtórzył Kakashi. — Coś mi się kojarzy… Wysoki, jasne włosy, z blizną na lewym policzku?
Itachi kiwnął głową, chowając dłoń między udami, żeby Hatake nie widział, jak bardzo się trzęsie. Już i tak ten okrzyk przed chwilą zabrzmiał żałośnie. Być może aż tak żałośnie, żeby Hatake wziął za jakiegoś niezrównoważonego chłopaczka. A nie powinien.
Mimo usilnych starań Itachiego, Kakashi jednak zauważył. Nie było zresztą możliwości, żeby tego nie zrobił — tym bardziej, że przez ostanie kilka minut wpatrywał się wyłącznie w siedzącego na podłodze chłopaka. 
To ten facet zginął na ostatniej misji Itachiego i chociaż Itachi tak usilnie próbował pokazać swoją obojętność na śmierć, jednak go to dotknęło. To dobrze, cholera — może Uchiha kiedyś przestanie udawać, że jest niedostępną dla nikogo i niczego bryłą lodową pływającą gdzieś na środku oceanu i zacznie zachowywać się bardziej ludzko w stosunku do innych. W końcu nie jest Robocopem, prawda? Musi okazywać jakieś uczucia.
— To on zginął na twojej ostatniej misji, tak?
— On i Murasaki, nieważne — uciął Itachi i zagapił w swoje kolana i zaciśnięte pięści.
— Itachi — powiedział Kakashi, kładąc mu dłoń na ramieniu. — Czytałem raporty, wiem co się…
— Oczywiście, że nie wiesz, Hatake. Masz jeszcze jakieś pytania? — powiedział, wstając. Szkic, który do tej pory tkwił w jego ręku został wręczony Kakashiemu. Proste linie kreślone czarnym tuszem stanowiły dla niego pokręcony labirynt, z którego nie potrafił znaleźć wyjścia. Podobnym, choć zgoła innego rodzaju, labiryntem były oczy Itachiego i cholera, Kakashi chciałby mieć okazję, żeby patrzeć się w nie tak długo, żeby wyłuskać z nich odpowiedź na wszelkie wątpliwości, jakie miał.
— W sumie to mam — odezwał się Kakashi po krótkiej chwili. — Nie wiesz, kto oprócz Kondo i dowódców mógł mieć dostęp do tego projektu?
— Ty, ja, może setki innych ludzi? — parsknął Itachi. — Nie mam pojęcia, jak właściwie wyglądają u nas zabezpieczenia, bo sam nigdy się tym nie zajmowałem, ale sądząc po tym, chyba bardzo źle. Jak tak dalej pójdzie, każdy będzie mógł sobie wejść i wziąć z kwatery wszystko, co tylko zechce.
— Szlag — zaklął Hatake. — Te problemy mnożą się jak króliki, jakiś cholerny okres godowy? Czy chociaż raz jakaś misja nie mogłaby stać się prosta?
— Mam ci odpowiedzieć?
— Jeśli znasz odpowiedź.  — Kakashi pozwolił sobie na delikatne zmrużenie oczu w uśmiechu. — Ale co do tamtego… Zawsze możesz ze mną pogadać. O wszystkim. Jeśli chcesz nawet teraz, mamy czas dopóki nie uzyskamy łączności z bazą.
— Nie, dziękuję.
— Nie chcesz mi zaufać?
— To nie to. Ja… Uch, muszę wyjść, źle się czuję.
— Będziesz mdlał? To jeszcze ta trucizna? Zawołać Kabuto?
— Nigdy nie sądziłem, że potrafisz aż tak panikować, Hatake. Po prostu muszę odetchnąć świeżym powietrzem, mogę?
— Nie panikuję, po prostu się o ciebie martwię.
— W twoim wydaniu, Kocie, wygląda to raczej identycznie — odparł Itachi prostując się na pełną wysokość.
Ścianka namiotu wybrzuszyła się i Mitarashi Anko niemal zderzyła się z Uchihą przy wyjściu z, niemałych rozmiarów, namiotu Hatake.
— Dowództwo na linii, Kocie.
***
Droga minęła Sugiyamie Miki zaskakująco szybko — nawet ten czas, który zmarnowała, analizując fragmenty papierów i projektów Ryuu zdawał się nie opóźniać jej podróży. A teraz, idąc za tłustym, spoconym mężczyzną o świńskich oczkach (którego wygląd zewnętrzny mógł doskonale dopasować się do obrazu dowolnego rynsztoka), czuła, że jest bliżej celu, niż kiedykolwiek przedtem. Aż sama się zdziwiła, że wynajęcie morderców jest tak proste, jak… jak chociażby kupno telewizora. Ale takiego kradzionego telewizora, ma się rozumieć, ostatecznie nie byłą to dla niej sobotnia wycieczka po supermarketach.
— Ten zakręt w prawo i jesteś na miejscu, panienko. — Sugiyama wzdrygnęła się z obrzydzenia, gdy mężczyzna wyciągnął ku niej nieszczególnie czystą dłoń. Banknot za przysługę, teraz uwalany czymś, czego pochodzenia kobieta wolała nie znać, zniknął w czeluści bezdennej, bo zapewne podziurawionej jak sito, kieszeni.
Jeżeli wierzyć słowom tego pijaka, to ci ninja, z którymi spotka się za chwilę, będą też tymi, których schwytanie zawierała aktualna misja tego łajdaka Uchihy.
Sugiyama Miki spojrzała w niebo czerwieniejące na krańcach.
Już niedługo...
***
Antena wystająca znad ciemnozielonego, wodoodpornego materiału była prawie tak wysoka jak dowolne drzewo w tej części lasu, w której aktualnie znajdowała się drużyna ANBU. Stację radiową umieszczono pod brezentem rozwieszonym na dość wysokich palach. Miało to, w razie deszczu, ochronić punkt łączności z dowództwem przed wodą, która mogła uszkodzić delikatne elektroniczne komponenty. Ale chwilowo takie zabezpieczenie okazywało się być kompletnie niepotrzebne — nic nie wskazywało na to, że nadchodzi jakaś większa ulewa.
— Tutaj Kot, mam wiadomość, kod czerwony — powiedział raz jeszcze Kakashi rozdrażnionym tonem. — Zawołaj głównego dowódcę.
„Kod czerwony?” — zainteresował się Itachi. Kody stosowało się tylko w określonych procedurami sytuacjach i stosowanie ich bez powodu groziło poważnymi sankcjami. Kod czerwony był drugim w skali ważności kodem bezpieczeństwa. Pierwszy był tylko czarny, ale oznaczał takie sprawy, które zagrażały istnieniu nie tylko samej Konohy, ale także jakiejś dużej części innych terenów. Dodajmy, że ta duża część była naprawdę „spora” i nie oznaczała tylko jakiegoś średniego kraiku o populacji nie przekraczającej 70 milionów, a obszar zasadniczo większy obszarowo.
Czy niebezpieczeństwo tych pułapek było aż tak wielkie, by ustalać tak wysoki priorytet? Nie no, powinno być coś jeszcze…
Pytającym spojrzeniem powiódł po twarzach reszty drużyny. Anko wyglądała na zdziwioną co najmniej tak jak on sam, a Kabuto zagryzł wargi i wpatrywał się w Kakashiego, uderzając dłonią o swoje uda. Nie wyglądało na to, że tutaj znajdzie odpowiedź. Chyba, że ta nagle postanowiłaby się objawić tuż przed nim wykaligrafowana na ozdobniej papeterii. No, może chociaż na zwyczajnej kartce w kratkę… Ale chyba nic takiego zdarzyć się nie miało. Będzie musiał poczekać na dalszą część rozmowy Hatake.
— Tak, jestem pewny i cholera, naprawdę, sekretarki nie powinny bawić się w telegrafistki! Zawołaj Yukimurę.
Między brwiami Kakashiego pojawiła się mała zmarszczka. Palce w zniecierpliwionym staccato uderzały o bok urządzenia, które z daleka wyglądało jak dość duże, prostokątne pudełko w czarnym kolorze. Tylko od zwyczajnego kartonu było dużo, dużo cięższe i zdecydowanie bardziej skomplikowane technicznie. Oraz oczywiście bardziej kosztowne.
Uchiha nienawidził radiostacji od czasu, kiedy zetknął się z nimi po raz pierwszy na szkoleniu. Nie cierpiał składania przez nie raportów i używania całej tej procedury radiowej. To okropne, że ich misja została zakwalifikowana jako taka, na której łączność z kwaterą jest priorytetem. Inaczej dostaliby służbowe komórki (które słynęły z tego, że bateria rozładowuje się szybciej, niż zdoła się powiedzieć: Misja wykonana, powracamy do Konohy) i przynajmniej szopka z używaniem komend byłaby niepotrzebna.
— Wiadomość, kod czerwony — powtórzył Hatake, gdy tylko w głośniku odezwał głos Yukimury. — Wynikły komplikacje. Over.
— Rozpocznij nadawanie — zazgrzytał dowódca przez elektroniczne trzaski.
— Podejrzewana zdrada funkcjonariusza ANBU Konohy. Projekty pułapek Kondo Ryuuichiego zostały wyniesione z bazy. W promieniu trzech kilometrów od nas znaleźliśmy trzy urządzenia miotające kunaie zbudowane na ich podstawie. Sokół sądzi, że ostrza zostały zatrute toksyną naszego wyrobu. Jedna osoba lekko ranna, ale to nic poważnego. Parametry misji zmienione, prawdopodobnie na rangę S. Ścigamy nukeninów. Koniec raportu, over.
— Roger. Zweryfikuję, wait out.
W przestrzeni odzywały się jedynie ciche trzaski, do czasu kiedy Anko, kompletnie ignorując wszystkie możliwe praktyki związane z ze swoją pozycją jako funkcjonariusza, krzyknęła na Kakashiego:
— Hatake, niech cię szlag! Czemu nic nam nie powiedziałeś?! Myślisz, że co? Że czytamy tobie w myślach?
— Nie było czasu — odezwał się zamiast Kakashiego Kabuto. — O wszystkim dowiedzieliśmy się nawet nie przed godziną. I, cóż ukrywać, myślę, że nie ma zbyt wielkiego sensu babrać się w domysłach, kiedy można wszystko dokładnie sprawdzić w bazie. Co też właśnie robimy, a że dopiero teraz, to już wina niedawnego braku sygnału.
— Widzę — syknęła Anko. — Tylko nie lubię być ostatnią osobą, która jest informowana o kodzie czerwonym. Następnym razem to o kodzie czarnym dowiem się z autopsji?
— Bez przesady, Mitarashi, do apokalipsy chyba jeszcze trochę czasu zostało. Chociaż jak tak dalej pójdzie, to daję Konosze jakiś tydzień względnego spokoju i…
— Och, zamknij mordę, Yakushi. Nie chodziło mi o żadną z tych twoich popieprzonych analiz.
— Jak to ścigamy nukeninów? — zapytał Uchiha przerywając świeżo rozpoczętą kłótnię.
Hatake odłożył nadajnik i wyszedł spod polowego zadaszenia.
- Mgła przemilczała, że ci mężczyźni, których mieliśmy znaleźć i zaprowadzić do ich wioski, to przestępcy. Ci bracia Fukuyama figurują również w księdze Bingo, Jastrząb znalazł ich podobizny i zameldował o tym mnie. Niby mała komplikacja, z którą moglibyśmy sobie sami poradzić, ale jest jeszcze jedna rzecz, o której właśnie raportowałem Yukimurze.
— Ta zdrada?
— Dokładnie, ta cholerna zdrada i zamieszanie z pułapkami Kondo. Nie wiem, kto dał radę podszyć się pod nieżywego ninję i zaiwanić to wszystko z ANBU, ale ten ktoś musi być piekielnie dobry, skoro zdołał zrobić to wszystko pod nosem dowódcy. Chociaż to wszystko uświadamia nam tylko, jakie genialne zabezpieczenia funkcjonują w kwaterze głównej. Konoha, cholerny wzór bezpieczeństwa! — prychnął Hatake i kopnął w leżący niedaleko niego kamień. — Kurwa, nic tylko sobie do nas pójść i rozwalić wioskę naszymi własnymi, niesamowicie tajnymi projektami broni!
— Kocie, tutaj Yukimura, sprawdziłem. Over  — odezwał się ponownie Yukimura. Hatake natychmiast dopadł do transceivera i odpowiedział:
— Zgłaszam się. Rozpocznij nadawanie.
— Potwierdzam, bracia Fukuyama są nukeninami zbiegłymi z więzienia o zaostrzonym rygorze. Przesiadywali wyrok za rozboje w tym tę sławną masakrę klanu Tachiki. Czekam na rozmowę z mizukage, na temat tego zatajenia. Póki co, nie dysponujemy żadnymi informacjami na temat specjalnych umiejętności i technik przestępców. Nie było żadnych informacji o jakiejkolwiek kradzieży w kwaterze, potrzebujemy więcej czasu na weryfikację ostatnio wydanych rzeczy i ludzi którzy dostali się do środka. Przeprowadzamy teraz przyspieszone śledztwo w tej sprawie. Na wszelki wypadek hokage został powiadomiony. Czekajcie na połączenie za około dwie godziny. Over.
— Zrozumiałem.
— Doślemy do was małe wsparcie, powinno przybyć nad ranem. I uważajcie na siebie, Kocie. Dopóki tego nie wyjaśnimy, bądźcie ostrożni. Nie wiemy, jaki cel miała Mgła, nie mówiąc nam o tej ucieczce. Póki co kontynuujcie swoją misję i czekajcie na dalsze instrukcje, over.
— Willco. Out.
***
Drewno w ognisku trzasnęło rozgłośnie w ciemności sączącej się z ogarniającego obozowisko lasu. Jasnopomarańczowe iskierki uniosły się, oświetlając niezbyt wesołą twarz Kakashiego.
Od drugiej transmisji minęło pół godziny. I przez cały ten czas Kakashi siedział tutaj sam, rozmyślając nad tym, jaką dziwną ścieżką biegnie jego życie. W sumie nie dziwił się, że mizukage nie powiedział Konosze o tym, że ci bracia Fukuyama to najgorsze szumowiny, jakich można było spotkać wiosce Mgły, a nawet w więzieniach na terenie całego kraju i szczerze pragnął, żeby wieść o takim zaniedbaniu z jego strony (a może bardziej ze strony więziennych strażników) nie rozeszła się po świecie. Tylko, że teraz wychodzi na to, że rozejdzie się po wszystkich krajach ościennych jak echo w górach, a kto wie — może nawet spowoduje lawinę w postaci dymisji kage?
Ech, pieprzyć to. Polityki ni w ząb nie zrozumiesz, dopóki nie znajdziesz się w samym środku tych wszystkich zawirowań. Chociaż - zamyślił się głębiej Hatake. — Jakby nie patrzeć, jest w samym środku zawirowań politycznych i mimo to nadal nie rozumie tej… hmm, dyplomacji. No bo, przepraszam bardzo! Jak wynika z nieco pokrętnych wiadomości od mizukage, faceci uciekli z wiezienia dwa tygodnie temu, poszukiwania zostały rozpoczęte w całym Kraju Wody, oczywiście, ale zdało się to na nic.
Kakashi westchnął ciężko i pomacał po wielu różnej wielkości kieszeniach, poumieszczanych na jego plecaku. Cholera, cholera! Zapaliłby sobie, a fajki jak zwykle wyparowały w najmniej odpowiednim momencie… No nic, przemęczy się trochę, bo raczej w takim lesie nie ma co szukać kiosku, nie?
Tss, szukanie tutaj kiosku, miało takie wielkie szanse zwieńczenia sukcesem, jak poszukiwanie tego złodzieja projektów. Bo chyba nie trzeba wspominać, że chociaż lista została utworzona w tempie ekspresowym, to jej weryfikacja może ciągnąć się (co najmniej) przez kilka dni.
Jakkolwiek bądź, Fukuyamowie uciekli przez granicę i chwilowo sprzymierzyli się z wioską Deszczu — aktualnym wrogiem Konohy. Razem poorganizowali kilka zasadzek na wrogie oddziały, a potem albo Fukuyamom się znudziło, albo coś poszło nie po ich myśli i prysnęli z powrotem do Mgły, mordując przy okazji wszystkich strażników granicznych, którzy mieli pecha natrafić na nich podczas patrolu. A pech to był wprost niewypowiedziany — ci goście byli, ujmując jednym słowem, psycholami. Ci którzy mieli jako takie szczęście, zostali rozkrzyżowani na ścianach wieży granicznej i wydali swoje ostatnie tchnienie, będąc tylko przebijani naładowanymi czakrą ostrzami. Ci, którym tego szczęścia zabrakło, po potraktowaniu genjutsu tracili zmysły i dusili się własną śliną, ewentualnie w sztucznie wywołanym szale bitewnym rozrywali swoich kompanów na strzępy i  dopiero potem w amoku zabijali siebie. Bogowie, jaka okropna śmierć…
W ciemni, rozświetlanej jedynie przez przegrzebywane co jakiś czas długim patykiem ognisko, bardziej poczuł niż zobaczył, że ktoś się zbliża. Spiął wszystkie mięśnie w razie czego gotowy do skoku i szybkiego unicestwienia wszelkiego niebezpieczeństwa, które odważyłoby się próbować podejść go od tyłu. Ale nie skoczył, ani nie podziurawił tego kogoś kunaiami, bo ten ktoś miał farta, że najpierw trochę niepewnie chrząknął, a potem tonem Uchihy stwierdził, że nie daje rady zasnąć i równie dobrze może sobie usiąść tutaj, przy ognisku razem z Kakashim i zupełnie niepotrzebnie pogapić się w ogień.
I od teraz gapili się razem w pełgające po drwach płomienie, nie ruszając ani na krok od ustawionych wokół niego, nadających się do siedzenia pniaków.
— Robisz się strasznie gadatliwy wieczorem, Itachi — zauważył ironicznie Kakashi. — Jak z raną?
— Oczywiście jeszcze się całkiem nie zagoiła, ale w niczym nie będzie mi przeszkadzać.
— To dobrze… Wszystko zależy od jutra, powinniśmy. Musimy dać z siebie wszystko, żeby nikt z nas nie stracił życia w głupi sposób, rozumiesz? Pewnie teraz już tak — odpowiedział sam sobie, zauważając, że Itachi nie ma ochoty dodawać nic od siebie.
Hatake stęknął:
— Dlaczego nie pójdziesz do namiotu odpocząć chociaż trochę? Wystarczy, że jedna osoba trzyma wartę i naprawdę, ktoś kto tylko siedzi skulony jak sowa na gałęzi nie jest zbyt przyjemnym towarzysko dodatkiem do stania na straży. No, papierosy by były, nie masz?
— Nie palę, poza tym nie mam jeszcze osiemnastki.
— O ile dobrze pamiętam, ta magiczna granica wieku nigdy nie była dla mnie problemem… Jeżeli chodzi alkohol, też jakoś nie miałeś z tym problemów. Poza tym, brawo, odezwałeś się.
— Tak naprawdę chciałem pogadać — powiedział Itachi zwracając swój wzrok na Kakashiego. — Mówiłeś, że chętnie… posłuchasz.
Zmierzch najwyraźniej był granicą, po której przekroczeniu nawet Itachi trochę odmieniał swoje oblicze. Hatake czuł, że nie będzie to milutka pogawędka, ale nie mógł się oprzeć. Chciał, żeby te oczy patrzyły na niego, chciał zobaczyć jak ciemność księżyca odbija się w jego tęczówkach. Chciał wszystkiego, co dotyczy Itachiego, nawet jeśli okaże się nie być słodkim ciasteczkiem, oblanym różowym, błyszczącym lukrem.
— Uważam — zaczął z wahaniem w głosie — że to że ktoś z naszych podszył się pod Kondo i zabrał jego projekty jest… okropne. On… na to nie zasługiwał. Te raporty z mojej misji, ty tylko je czytałeś, nie byłeś na niej. Nie byłeś tam przy nich, z nimi. Mój raport nie odda wszystkiego. Żaden raport nie oddaje; równoważniki i krótkie rzeczowe sformułowania nie oddają niczego. Są suche jak trociny i tak też je się czyta. Całkowicie analitycznie.
Kakashi szturchnął raz jeszcze ognisko patykiem, rozgarniając popiół i odkrywając rozżarzone fragmenty drewienek.
— Wtedy gdy wracaliśmy już z tej wypełnionej misji i nagle okazało się, że wpadliśmy w zasadzkę… Ja chyba okazałem się na to wszystko zbyt słaby.
— Człowieku! — nie wytrzymał Kakashi. — Bez niczyjej pomocy zapieprzyłeś piętnastu ninjów! Nie byłeś słaby, tylko nieodpowiedzialny i egoistyczny.
Nieodpowiedzialny, egoistyczny — te słowa uderzyłyby w Itachiego, gdy nie fakt, że doskonale zdawał sobie sprawę, że jest inaczej. Chciałby taki być, chciałby zachować się egoistycznie i olać sprawę swojego klanu i szpiegowania… No, ale nie mógł. Trzeba wybrać mniejsze zło, dla Sasuke, dla wioski. A nawet dla… dla Kakashiego, którego oczy wpatrywały się w niego tak, jakby miał ogłosić jakąś niezwykle istotną dla losów Wszechświata nowinę. A Uchiha wątpił, że była aż tak ważna.
— Medycy mówili, że tamten atak genjutsu był zbyt silny — kontynuował cicho Itachi. — On i Murasaki szli w ostatniej linii. Ja… Mój Boże, to było szaleństwo, cholerna siła, atak prawie ścinający białko w mózgu. Potem był katon prawie tak silny jak mój własny i płaty skóry, które dosłownie odklejały się od ciała i krzyk… Bardziej ryk, zamieniający się z każdą sekundą w bulgoczące wycie.
Ciepła dłoń na barku Itachiego nie uspokoiła go ani trochę, gdy zupełnie jak nie on wyrzucał z siebie całe zdania. Wszystkie tamte chwile z ostatniej misji.
— Z Murasakiego nie zostało nic. Kondo… To był jego przyjaciel i on też… Ale on dostał genjutsu, a potem rzucił się do przodu. Widziałem jego oczy, nie panował nad sobą. Ciął na odlew, jakby był sterowany pilotem. Ruchy zbyt szybkie do zauważenia dla kogoś bez sharingana, ciął, ale on nie chciał. Nie chciał. A jeśli ja nie… jeśli to nie ja bym się poświęcił, oni wszyscy, rozumiesz, Hatake? Oni wszyscy by tak skończyli. Smród zbyt szybko gnijącego mięcha na drodze, uwalanego piaskiem, oblazłego muchami. Krew która nie ma czasu skrzepnąć, krew, krew… Lejąca się z ran, z nieba wraz ze słońcem. Słońce krwawiące na pustynny piasek… Nie było czasu na cokolwiek innego.
— Itachi. Dosyć — powiedział Kakashi, zaciskając dłoń bardziej. — Tego już nie dasz rady zmienić. To było.
— Tak, było — powiedział w roztargnieniu, strącając dłoń ze swojego ramienia. Ale ona uparcie powracała na to samo miejsce, znowu i znowu. — Było. Było też wiele innych rzeczy. Przepraszam.
— Za co?
— Nie myśl sobie, że ja tak zawsze… że zawsze jestem taki nienormalny, niestabilny. To tylko ten raz, wiesz?  
Ciało Itachiego dygotało. Kakashi czuł, że było naprężone co najmniej tak, jak struna dobrze nastrojonej gitary.
— Wiem, że nie jesteś, Itachi. Cieszę się, że mnie o tym opowiedziałeś. Kocham cię.
— Przestaniesz — odparł twardo Itachi. — Przestaniesz, oczywiście, że przestaniesz. Każdy by przestał.
Kakashi zamknął mocno w swoim uścisku jego telepiącą się postać. Tak, żeby Uchiha nie mógł się poruszyć, tak żeby przestał się trząść w ten sposób, jakby stał na trzaskającym mrozie w samych gatkach. Jakby stał tam całkiem sam, pośród wielkiej białej pustyni zbroczonej krwią…
— Nie przestanę. Kocham cię, Itachi. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że kocham cię od naszego pierwszego spotkania. I jak chcesz, powtórzę to tyle razy, ile będziesz chciał. — Odsunął się trochę od niego, ale gdy zauważył jakiś nagły błysk paniki w ciemnych oczach Uchihy, delikatnie pociągnął go na mech obok siebie. Itachi przyległ do jego piersi, a ramiona Hatake ponownie objęły jego wciąż nieco drżące ciało.
— Przestaniesz — odezwał się bolesny, cichy szept. — To ja… Ja sam zabiłem Kondo.
Chwila ciszy stała się niemal namacalna, a Itachi na brak jakiegokolwiek odzewu ze strony Kakashiego stężał cały. Wiedział. Wiedział, że tak będzie, nie powinien aż tak się uzewnętrzniać. Z chwilą, gdy tamto zdanie poszło w eter, całe to „Kocham cię, Itachi”, tamten pocałunek w namiocie Hatake, noc Sylwestrowa — stały się nieważne. Nie, nawet nie „nieważne” — zniknęły… A może nigdy ich nie było? Może nigdy nic nie było i wszystko, to że ramiona Hatake jeszcze go obejmują, że jeszcze nie zostawił go samego, jest tylko kłopotliwą dla nich obu pomyłką? Tym bardziej, że ten wielki, rażący błąd jeszcze przed kilkoma sekundami zdawał się być prawidłowy, jak nic innego na świecie. Jak nic innego nigdy.
Itachiemu przemknęło przez myśl, że co tam, gorzej już być nie może. Że ewentualnie mógłby się jeszcze tylko poryczeć, ale nie, nie zrobi tego. Mimo że w ustach czuł nieprzyjemną gorycz, jego oczy pozostawały suche i bolesne od całkowitego niemrugania. Równie dobrze, może powiedzieć resztę.
— Zabiłem go. Patrzyłem na niego, na jego przerażone oczy, na paskudny, wykrzywiony grymas, który nosił wtedy zamiast uśmiechu i chwyciłem katanę. I wbiłem ją prosto w pierś. I dopchnąłem, dopychałem dopóki nie przeszła na wylot i jego ręce nie przestały się poruszać, szukając kogoś, kogo mogłyby rozmiażdżyć. A uśmiech, ten ohydny uśmiech, który wyglądał jakby ktoś wziął i naciął mu twarz maczetą stworzył ranę długą od ucha do ucha, i ten uśmiech zniknął, bo Kondo leżał twarzą w piasku. Nie wiem, co bym zrobił, gdy wtedy nie upadł w taki sposób, nie chciałem na niego patrzeć. Nawet teraz, jak tylko usłyszę jego imię, to wszystko wraca jak koszmar, jak okropny wyrzut sumienia. Coś czego nie mogę się pozbyć.
Ręka na plecach Itachiego poruszyła się i przejechała mocno po łopatkach w nieco zbyt ostrej pieszczocie.
— Zostaw mnie, Hatake. Chyba rzeczywiście powinienem iść spać.
— Nie przestałem — powiedział Kakashi i cmoknął krótko czoło Itachiego. — Nadal mogę całkiem szczerze mówić, że cię kocham.
„Kocham?”
— Jesteśmy ninja — mówił dalej Hatake. — Wszyscy posiadamy pewną zakres wspomnień, których wolelibyśmy nie mieć, a które… Są konieczne, są typowe dla naszej profesji i są straszne i ważne. Żeby pamiętać, żeby móc pamiętać, po co zostało się ninja i dlaczego do cholery ja to jeszcze znoszę, jakim cudem nadal jestem psychicznie prosty, a nie pogięty jak spinacz do papieru. Ty zabiłeś przyjaciela… Ja też zabiłem przyjaciela, ale jestem, żyję nadal i mogę teraz tylko starać się, by inni też żyli, a nie umierali głupio i młodo w tragicznym akcie młodzieńczej brawury.
Skąpe „tak” było jedynym, co Itachi był zdolny wykrztusić z siebie, zahipnotyzowany cichym głosem starszego mężczyzny. I to krótkie potwierdzenie mógłby, chciałby powtarzać w nieskończoność, żeby upewnić się, że to dzieje się naprawdę. Że to nagle nie jakaś cholerna wirtualna rzeczywistość, że Kakashi… Że Kakashi wcale nie zrezygnował z Itachiego, kiedy tylko tamten zdecydował się być bardziej szczerym.
To wszystko brzmiało jak bajka. Co prawda taka bardziej słodko-gorzka, kwaśnawa jak owoc granatu i tak jak on krwawoczerwona, ale Itachi lubił granaty. Wyjadanie łyżeczką ze środka owocu cierpkich, galaretowatych pestek było bardzo przyjemne. Tak przyjemne, jak delikatne muśnięcie na jego wardze; jak gładki, śliski język wsuwający się do jego ust i zapach mięty przenikający dotykające jego policzka jasne włosy Kakashiego.
Ognisko już tliło się słabym czerwonawym blaskiem, będącym pamiątką po wesoło trzaskającym ognisku. Było późno, Kakashi tuląc się do  Itachiego zauważył z przykrością, że już niedługo zacznie dnieć.
— Lepiej naprawdę idź się położyć, trochę wypoczynku ci nie zaszkodzi.
— Hm? — mruknął Itachi, zaciskając bardziej ręce na torsie Hatake.
— Poza tym niedługo Kabuto przyjdzie mnie zmienić, umawialiśmy się na trzecią.
Itachi poruszył się na słowo „Kabuto” i zaskakująco szybko wyplątał się objęć Kakashiego:
— Może to nie jest taki zły pomysł… - uśmiechnął się na moment. - Kakashi - dodał, przez chwilę obracając to słowo na języku, jakby miało jakąś interesującą fakturę lub smak. A zresztą, może miało?
— To miłej nocy, Itachi.
— Wzajemnie.
Po słabo słyszalnym zgrzycie zamka błyskawicznego do namiotu, w lesie nie odezwało się już nic bardziej podejrzanego od ćwierkania kilku ptaków, których nazw Kakashi nie znał. Ornitologia nie była jego konikiem, zdecydowanie… Oczywiście nawet taka miła cisza ma kiedyś swój koniec.
Pierwszą rzeczą, która spowodowała więcej hałasu był Kabuto…
— Wstałeś? — zapytał niepotrzebnie Kakashi. — Głupio pytam, ale nie masz może fajek? Kto jak kto, ale ty powinieneś coś mieć, a mam ochotę zapalić.
— Ostatnie trzy — odpowiedział Kabuto, dokonując szybkiej, wzrokowej kontroli ilości papierosów w paczce. — A co mi tam, częstuj się, Hatake. Nic podejrzanego?
— Nic — odpowiedział Kakashi powoli zaciągając się dymem. Uhu, Kabuto palił mocne, a to w obecnym stanie niezwykle pasowało Kakashiemu.
Drugą był wybuch…
Fanfiction niekontynuowane, przepraszam.

czwartek, 6 maja 2010

"Wszechświt" Rozdział 4 (ItaKaka)


Rozdział 4
Kakashi zrobił szkic, na którym przedstawił jak umiejscowiona była pułapka i w jaki sposób uruchamiany był mechanizm. Wiedział, że już kiedyś nawet spotkał się z maszyną uruchamianą przez poruszenie żyłki połączonej bezpośrednio z blokadą wewnątrz niewielkiego aparatu miotającego. Tylko chwilowo nie mógł sobie przypomnieć, kto korzystał z czegoś takiego. Zresztą, już i tak wystarczająco ogłupiło go odnalezienie na miejscu kunaiów, które z całą pewnością wyprodukowane zostały w Konosze — świadczył o tym chociażby mały wyżłobiony znaczek liścia na rękojeści.

Było mu gorąco. Stał w samym środku wirujących w tańcu ciał i było mu cholernie gorąco — tak bardzo, że gotów był uznać unoszący się siwy papierosowy dym za parę wodną ze znanej mu sauny.
Ścisnął szklaneczkę pełną jakieś wysokoprocentowego trunku i zaczął przepychać się do wyjścia z sali. Dziwna muzyka w guście organizatorów imprezki, ANBU z Korzenia, lasowała mu mózg tak skutecznie, że poczuł jak zaczyna mu się kręcić w głowie — koniecznie musiał odetchnąć czymś innym niż ten wszechobecny papierosowy dym! Co prawda te zawroty głowy, nie do końca skoordynowane ruchy i podobne sprawy nie wytworzyły się z winy biernego palenia czy też niedopasowania gustów muzycznych — nie wybiła jeszcze dwunasta, a on już był narąbany jak meserszmit. Cholera!
Ale udało mu się — wypadł z sali tanecznej na stosunkowo bezludny korytarz i zawisł na drzwiach od męskiej toalety. Drzwi się najwyraźniej zacięły, ale zanim zdążył powiedzieć coś więcej, niż słowo zbliżone znaczeniem do bardzo zirytowanego „A niech to!”, nacisnął klamkę mocniej, profilaktycznie efektywność wzmacniając kopniakiem. Puściły.
Na parapecie naprzeciwko Hatake, obok ciągu trzech kabin siedział ciemnowłosy chłopak. Świdrował go wzrokiem, a przynajmniej ninja odniósł takie wrażenie, bo było zbyt ciemno, aby mógł stwierdzić to na pewno.
No ale jednej rzeczy był pewien, obaj trafili tutaj w poszukiwaniu świętego spokoju i odpoczynku od całej tej kakofonii za drzwiami. I męska toaleta zapewniała im swego rodzaju azyl.
— Za chwilę północ — stwierdził chłopak, ściągając nogi z parapetu i odsłaniając kilka stojących tam butelek szampana. Zatrważająca większość z nich była odkorkowana i prawdopodobnie również opróżniona. — Może napijesz się ze mną? Jak widzę masz nawet własną szklankę.

Gdy Kakashi już uświadomił sobie, że wgapianie się od dziesięciu minut w ten sam ołówkowy rysunek i wspominanie ubiegłego Sylwestra zamiast analizowania budowy technicznej pułapki niewiele mu pomoże w rozwikłaniu tej zagadki, otrząsnął się z rozmyślań i odłożył szkic na mały, trochę rozklekotany stolik typu „rozłóż-złóż-chyba-że-akurat-coś-się-zacięło”. Stolik był stary, ale jary i jeszcze nigdy nie zablokował się na amen, dlatego ciągle był użytkowany przez Kakashiego.
Według Małpy i kilku notatek dostarczonych do Kakashiego wraz z mapą znajdowali się w lesie jakieś 80 kilometrów od granicy Kraju Ognia. Hmm, ten wymuszony, wcześniejszy postój opóźni ich spodziewane przybycie o jakieś dwie godziny, ale jeśli jutro się pośpieszą, uda im się to nadrobić i złapią…
— Kapitanie, tutaj Sokół — odezwał się głos Kabuto przy wejściu do namiotu. — Mam coś ważnego do zameldowania.
Kakashi miał złe przeczucia. A jeśli coś się stało z Uchihą i Kabuto nie dał rady…? Nienienie! Masz myśleć pozytywnie! Pozytywnie jak dziecko przed rozdawaniem prezentów na Gwiazdkę! No, ale uśmiech możesz sobie darować, Kakashi, naprawdę. Po co się starasz, skoro i tak nosisz na twarzy tę swoją maskę?
— Wejść — odezwał się w końcu Hatake.
Kabuto wszedł bez porcelanowej maski na twarzy — miał ją przypiętą do paska przy spodniach. Od razu położył mu przed nosem otwartą księgę Bingo. Zdjęcia dwóch mężczyzn umieszczone na sąsiednich stronach były Hatake znajome.
— Przecież-
— To nukenini z Mgły — odezwał się szybko Kabuto, siadając przed stolikiem po turecku. — Musiałem to sprawdzić, bo coś w tych ich facjatach nie dawało mi spokoju. I co znalazłem? To że Mgła zataiła przed Liściem malutki fakt ucieczki dwójki przestępców, wzmiankując tylko o zwykłych uciekinierach. ANBU Mgły z pewnością także ich ścigają, a my jesteśmy tutaj albo po to, by upewnić się, że ta dwójka na pewno zostanie schwytana, albo to jakiś większy spisek, kapitanie.
— W takim razie ważność i założenia misji zmieniają się. To będzie ranga A.
— To nie będzie ranga A, kapitanie — parsknął Kabuto, wręczając Kakashiemu kilka nabazgranych w pośpiechu notatek. Niezależnie jak długo Kakashi by się na nie gapił, prawdopodobnie i tak nie zrozumiałby tych wszystkich chemicznych pierdół, które rozpisał mu Kabuto. Dlatego też nawet się nie starał.  — To mi bardziej wygląda na S. Co powiecie, kapitanie, jeśli stwierdzę, że maczała w tym palce osoba z Konohy? I do tego taka na dość specyficznym stanowisku? Bo dowiedziałem się naprawdę ciekawych rzeczy, odtruwając Uchihę.
— Co z nim? — Pewny siebie uśmieszek na licu Kabuto został zastąpiony przez zdziwienie. Zamaskował je poprawieniem okularów na nosie, który to ruch doprowadził do perfekcji. Nikt nie potrafił poprawiać okularów w taki sposób, w jaki robił to Yakushi Kabuto! A kto wie — może nawet potajemnie prowadził jakiś kurs dla tych wszystkich inteligencików, coby także sprawiali dobre wrażenie, dosuwając szkła na szczyt nosa?
— Sądziłem, kapitanie, że zapytacie raczej, co mam na myśli, mówiąc o specjalnym stanowisku, a nie o to jak się ma Uchiha. Złe założenie, mój błąd — wzruszył ramionami. — Uchiha ma się na tyle świetnie, że radosny i świeżutki jak stokrotka stawi się tutaj, jak tylko skończymy rozmowę. W tej chwili stoi przed wejściem i czeka na swoją kolejkę, jeśli mogę to ująć w ten sposób.
Kakashi odkaszlnął niespokojnie, odwracając wzrok:
— W takim razie, khm, co mieliście na myśli, Yakushi?
— Och, naprawdę interesują was takie rzeczy, kapitanie? Bo myślałem, że kondycja Uchihy zdała się być tematem dalece bardziej absorbującym, niż jakieś rozważania na temat tego małego bagna, w któreśmy się wpakowali.
— Yakushi — Kakashi zmarszczył brwi. —  Pamiętajcie, kto jest waszym przełożonym.
— Nie śmiem zapominać o takich sprawach, kapitanie. Po prostu badanie ludzkich zachowań i reakcji tudzież ich analiza to moja pasja, której nijak nie potrafię porzucić — Kabuto wstał. — Takiej trucizny używają tylko ANBU z Konohy. Nikt inny.
— Jesteś pewny?
— Czy to miało mnie obrazić, kapitanie? Cały czas pracuję z ANBU i bezbłędnie potrafię wskazać jakiego rodzaju trucizny używamy my, a jakiego inne wioski.
ANBU… z Konohy? Zdrada na najwyższych szczeblach hierarchii shinobi? Czy hokage o tym wie? Psiamać, czy w ogóle ktokolwiek oprócz nich o tym wie? Hatake musi się jak najszybciej skontaktować z Yukimurą! Ciekawe, czy da radę złapać go przez radio?
— Yakushi — zadecydował szybko — razem z Małpą spróbujecie nawiązać łączność radiową z dowództwem. Musimy to zaraportować — Kabuto przytaknął i opuścił Kakashiego, ale zamiast od razu skierować swoje kroki do Mitarashi i poinformować ją o zarządzeniu kapitana, chłopak przystanął i jak gdyby nigdy nic, nawiązał rozmowę z Itachim.
A przecież nie mieli czasu!
— Uchiha, kapitan jest już wolny. — Kakashi usłyszał wysoki ton głosu Kabuto. — Ach, tylko jak skończycie wszystko to, co zamierzacie kończyć, nie zapomnij przyjść do mnie ponownie, dobra? Ostrożności z truciznami, nawet jeśli znam je jak kolegów z podwórka, nigdy za wiele, szczególnie, że jutro czeka nas raczej ciężki dzień.
— Yakushi, wydaje mi się, czy ty właśnie coś imputowałeś? — odezwał się Itachi.
— Nie miałbym odwagi, Uchiha — zaśmiał się Kabuto, a Kakashi usłyszał, jak klepie Itachiego po plechach; znajdowali się bardzo blisko jego własnego namiotu. — Hatake to diabeł wcielony, miałem raz przyjemność widzieć go w akcji. A człowiek który z własnej winy wpakował się w pułapkę i nie posłuchał rozkazu, powinien się przekonać o takich rzeczach na własnej skórze, prawda? Czyli nic straconego, Uchiha. I och, byłbym zapomniał, słyszałem, że podobno ty też masz rangę kapitana. A może się mylę? Może to tylko plotki, że ktoś o takiej randze, nie umie dostosować się do zaleceń. — dodał złośliwie.
— Nie dotykaj mnie — stwierdził zimno Itachi i przedarł się przez wodoodporny materiał.
— Tylko nie zapomnij przyjść. Jeśli zbytnio się przemęczysz, możesz zasłabnąć. Lepiej powiedz Hatake, żeby cię zbytnio nie nadwyrężał.
I tak Uchiha pojawił się w dużym, jak na polowe warunki nawet luksusowym, namiocie dowódcy. Był wciąż blady i wyglądał na nieszczególnie „świeżutkiego” (jak to określił jego stan przedtem Kabuto),  ale sadząc po przygryzionej wardze i zmarszczonych brwiach, był strasznie wściekły.
— Więc przyszedłem tak jak kazaliście, Kocie.
— Nie ma potrzeby być aż tak formalnym. Siadaj, Itachi, i powiedz mi, czemu, do diabła, nie zrobiłeś tego, co kazałem?
Itachi jednak milczał, niegrzecznie wpatrując się prosto w oczy Kakashiego. Taak, trucizna, mogła osłabić trochę jego ciało, ale woli — nigdy!
— Po jaką cholerę zostałeś ninją — kontynuował Kakashi — nie potrafiąc zrozumieć pojęć tak podstawowych jak „padnij”? Jak rozumiem ryzykowanie życia, okazywanie idiotycznej odwagi, ciebie po prostu bawi?
— Hatake — odpowiedział w końcu Uchiha. — Co z tego, że dzisiaj ty jesteś liderem drużyny, skoro obaj jesteśmy ninja tej samej rangi? Kapitan nie może wydać drugiemu kapitanowi rozkazu. Hierarchia poszłaby się kochać, gdyby coś takiego było możliwe, nie mam racji?
Palce Kakashiego stukały o blat stolika z nieukrywanym zirytowaniem.
— Ktoś taki jak ty nie ma prawa nazywać siebie kapitanem, Uchiha. Skoro masz braki w byciu zwykłym funkcjonariuszem, nie widzę powodu, dla którego miałbyś pracować jako dowódca. Zły dowódca to zło najpodlejsze i od tego wyjątków nie ma. Kapitan powinien być wzorem, ma dbać o oddział, a nie rzucać podwładnymi jak pionkami na samobójcze walki.
— Więc teraz będziesz nawiązywać do… mojej ostatniej misji, tak Hatake? To zagranie jest niskie i zdecydowanie niewarte mojego czasu.
— Siadaj, Uchiha! — zagrzmiał, chwytając go mocno za przód uniformu. — Nie odejdziesz, dopóki ja nie powiem, że możesz. Ninja bez rozkazu przełożonego, nie ma prawa nawet dupy sobie podetrzeć, a co dopiero samowolnie oddalać się albo nadziewać na pułapki, cholera! Nie zamierzam stracić żadnego członka drużyny przez głupotę, czy to moją czy też ich własną. I powiem ci, Uchiha, że ten twój honor, ten pierdolony honor o którym w tak zawoalowany sposób wspomniałeś, jest gówno warty! Czy to, że ktoś wyda ci rozkaz, który jest niewątpliwie tym rozkazem, którego niewykonanie może skończyć się śmiercią, tak wiele ujmuje ci tej twojej klanowej dumy? Czy twoja śmierć jest warta większej chwały twojego klanu? O ile chwałą dla niego jest śmierć z powodu totalnego skretynienia, bo chyba to usiłowałeś dzisiaj nam wszystkim pokazać!
Honor? Klanowy honor zabrzmiał tak śmiesznie w ustach Hatake — ktoś, kto zdecydował poświęcić dobro swojego rodu na rzecz dobra Wioski nie dbał o honor klanu. Dbał tylko o swój własny, którego w odpowiednim czasie także będzie musiał się wyzbyć na rzecz koniecznej w tym przypadku zdrady. Ale póki co, póki co wciąż ma prawo zachować jakieś szczątki godności!
— Puść mnie, Hatake. Jesteśmy ludźmi na poziomie, mam nadzieję, że utrzymamy jakoś ten stan do końca i do rękoczynów nie dojdzie.
Kakashi przestał tak mocno ciągnąć materiał, ale uścisku nie rozluźnił.
— Itachi — powiedział już łagodniej — wszyscy ludzie dookoła ciebie też się starają, też dają z siebie wszystko dla dobra misji. Nie każdy z nas może wszystko, Itachi, i to jest normalna rzecz, że ja polegam na mojej drużynie, a wy polegacie na mnie. Powinieneś w końcu zauważyć w reszcie drużyny istoty ludzkie, a nie kupkę żywego mięsa o określonych zdolnościach bojowych. Może prosząc o zaufanie, proszę o zbyt wiele, ale ja w żadnym wypadku nie chcę dla ciebie źle. Itachi, ja cię kocham.
Itachi zamrugał gwałtownie i zagapił się twarz Kakashiego z wyrazem szoku wypisanym na obliczu. Ciche jak szept słowa wyrwały się z jego ust bez żadnego przemyślenia:
— Jak to?
— Jak?... Zwyczajnie, jakoś po prostu. O tak. — Materiał munduru ANBU został po raz kolejny pociągnięty do góry. Składany stolik zatrzeszczał pod dość ciężkim ciałem Kakashiego, a jego usta pozbawione ich zwykłej materiałowej osłony wylądowały krótko na miękkich wargach zdumionego Itachiego.
— Pogniotłem ci mundur — stwierdził Kakashi zaraz po tym, gdy zauważył, że zbyt długie leżenie na tak starym stoliku może zaowocować kilkoma nieprzyjemnymi urazami i przerwał ich pocałunek. — Muszę sprawdzić, czy już nawiązano połączenie z dowództwem. Poczekaj tutaj, Itachi, naszą rozmowę dokończymy za chwilę.
Impregnowany materiał namiotu zaszeleścił, gdy Kakashi opuścił go szybkim krokiem. Itachi pozwolił sobie na głęboki wdech dopiero wtedy, gdy był pewny, że Hatake znajduje się dość daleko.
Ach… więc go kocha? Czemu to zaszło tak daleko? Czemu zakochał się akurat w Itachim? Czy nie było żadnych innych ludzi, w których Kakashi mógłby się zakochać, co byłoby niewątpliwie lepszym wyborem, niż miłość do przyszłego zdrajcy? Itachi nie potrafił tego do końca zrozumieć, ale to nie zmieniało faktu, że nagle zrobiło mu się dziwnie gorąco. I tak… duszno. Z zaskoczeniem odkrył, że na policzkach pojawiły się rumieńce, a tętno radośnie przyspieszyło.
Uchiha miał nadzieję, że taka rewelacja (która mimo pewnej niewłaściwości, była przyjemna) nie sprawi, że zasłabnie. Kabuto byłby wtedy zapewne tak zadowolony i dumny ze swoich przewidywań, że przebywanie z nim stałoby się czynnością niewykonalną.
Chcąc odwrócić swoją uwagę od tych różnych myśli, przejrzał papiery dowódcy, które leżały tuż pod jego nosem. Ten z lekka pognieciony szkic jakiejś maszyny wzbudził jego zainteresowanie (bo czytanie jakichś naukowych wywodów autorstwa Kabuto do ciekawych lektur nie należało) — tym bardziej, że sam Itachi miał już raczej do czynienia kilka razy z takim modelem pułapki.
I to nie tylko jako jej ofiara — pomyślał, uświadamiając sobie pewną nieprzyjemną rzecz.
— Same szumy, cholera — powiedział Kakashi, wpadając ponownie do namiotu — Albo coś się popsuło, albo nie możemy załapać odpowiedniej częstotliwości.
— Kakashi — odezwał się Itachi mimo wyschniętego jak wiór gardła. —  To projekt Kondo Ryuuichiego, ten prototyp był opracowywany przez niego i chociaż raz go zaprezentował dowódcom, nigdy go nie dokończył. A to… to jest wersja działająca.
Dłoń, która trzymała kartkę zatrzęsła się, gdy coś podobnego do jęku zabrzmiało w przestrzeni:
— Mój Boże! Przecież umarli nie zmartwychwstają!

sobota, 24 kwietnia 2010

"Wszechświt" Rozdział 3 (ItaKaka)

 Drużyna ANBU rozrasta się i w związku z tym chciałam na samym początku napisać, kto nosi jaką maskę (chociaż nawet jeśli nie zapamiętacie, jestem prawie pewna, że się nie pogubicie) - Kakashi - maska kota, Itachi - maska jaszczurki, Anko - maska małpy i Kabuto - maska sokoła. Maski ścisłe wiążą się z pseudonimami operacyjnymi, jakich używają :)
Rozdział 3
— Itachi, ale jesteś tego pewny?
— Tak, panie hokage, przemyślałem wszystko dokładnie.
— Nie chcę cię do tego zmuszać. Rozumiesz, ja nie mogę wymagać od nikogo, żeby w celu uniknięcia rzezi, zdradził swój klan. Przemyśl to sobie raz jeszcze, czy na pewno możesz zostać szpiegiem dla starszyzny wioski?
— …Tak.
***
Los, jak się okazało, czasem także uśmiecha się do mścicieli. Jest to uśmiech gorzki i sarkastyczny, ale dzięki odrobinie starania, można dostać to, czego całym sercem się pragnie. I takim też cynicznym uśmiechem Fortuny obdarzona została Sugiyama Miki, kiedy ubrana w czerń przemierzała ulice Konohy.
            Przypadek sprawił, że wpadła na rannego ninję, wychodzącego ze szpitala. Przypadek sprawił także, że zarówno ten mężczyzna, jak i jej narzeczony pracowali kiedyś razem dla jednego dowódcy. I chociaż widziała go tak naprawdę drugi raz w życiu, wiedziała że uda jej się dowiedzieć tego, czego dowiedzieć się chciała.
Nie mogło zresztą być inaczej.
Sugiyama Miki była piękną kobietą. Była też kobietą bezbronną i załamaną z powodu śmierci Ryuuichiego. Siłą rzeczy wzbudzała współczucie i uaktywniła u spotkanego mężczyzny coś na kształt instynktu opiekuńczego. Chciał zrobić coś, co podniesie ją na duchu, co sprawi, że jej zielone oczy rozbłysną na nowo chęcią życia.
Powiedział jej, to co chciała. Oczywiście, że jej powiedział. Zresztą, kto normalny by tego nie zrobił?
Wargi pomalowane czerwoną szminką wykrzywiły się nieładnie nad czarnym kołnierzykiem koszuli:
— Uchiha Itachi — rzekła, ściskając w dłoni kartonowe pudełko z rzeczami Ryuu. W środku znalazła ich wspólne zdjęcie i dwa bilety do teatru, które nigdy nie zostaną wykorzystane. — Kobiety nie wybaczają.
W niewielkim plecaku wylądował komplet kunaiów.
***
Kakashi usłyszał pukanie i lekka materia snu zerwała się tak szybko jak pajęczyna, o którą ktoś zahaczył nieuważną ręką. Zerwana odgłosem nocna siateczka sennych powidoków zalepiła mu powieki w kącikach oczu.
— …Khhto tam?... — wymamrotał niewyraźnie, wtulając głowę bardziej w puchową poduszkę.
— Hej, Hatake! Otwórz no, bo trochę mi się zmarzło. — Kakashi obrócił głowę w stronę okna i spojrzał się nieprzytomnym wzrokiem człowieka, który został obudzony o godzinie pół do piątej rano. Jakiś mężczyzna kucał na parapecie i nieustannie stukał w okienną framugę.
Kakashi próbował skojarzyć ten z grubsza humanoidalny kształt z czymś znajomym:
— Yamada…?
— No otwórzże wreszcie! Chyba nie chcesz sobie kupować nowej szyby, co?
— Aaaaa… — ziewnął i z niechęcią odrzucił koc. — Co ty tutaj robisz?
— Szef powiedział, że mam dopilnować, żebyś się zjawił na misję na czas — Yamada, wyszczerzył ząbki i zamknął otwarte okno, odcinając tym samym napływ ochłodzonego przez noc powietrza.
— Wieczorem dostałem informację — przytaknął Kakashi, zakładając na twarz swoją nieodłączną maskę z ciemnego materiału. Yamada był chyba jedynym człowiekiem, który dość często widywał srebrnowłosego ninję bez tej części odzieży. Ale nie przesadzajmy, wszystkie inne części garderoby Kakashi zawsze miał na swoim właściwym miejscu.
— Ale czy to znaczy, że znowu będziesz mi matkował?
— Na to wygląda — westchnął cierpiętniczo Yamada, otwierając szafę i wyciągając z niej mundur ANBU. — Pilnowanie, żebyś się nie spóźnił, nie jest fajnym zadaniem. Zaprawdę powiadam ci, Hatake, do wyższych rzeczy jestem stworzony.
— To zrób mi śniadanie.
— Chyba cię-
— Może być omlet — przerwał mu — mąkę mam szafce nad lodówką — Kakashi zmrużył oczy w uśmiechu, ściągając górę od piżamy. — Jestem pewny, że to jest najwyższa szafka u mnie w domu.
***
Uchiha stał wyprostowany jak struna od chwili, gdy wszyscy pojawili się w pomieszczeniu. Nie poruszył się ani o milimetr, a Kakashi nie mógł nawet stwierdzić czy mrugał, bo jego twarz zdobiła porcelanowa maska.
— „… do wykonania misji zostanie oddelegowany oddział specjalny funkcjonariuszy ANBU pomniejszony o jednego żołnierza” — mówił Yukimura. — „Hatake Kakashi jako dowódca oraz Uchiha Itachi, Mitarashi Anko i medyk, Yakushi Kabuto”. — Zwinął zwój i położył przed sobą na biurku.
W pomieszczeniu zapadła cisza, przerwana szurnięciem sandała stojącej po prawej stronie Kakashiego Anko.
— Z powodu braków kadrowych będzie was tylko czwórka. Ale misja na szczęście nie polega na ściganiu nukeninów, więc… Kocie — zwrócił się do Hatake — liczę na was.
— Przyjąłem. — Kakashi zasalutował.
Yukimura mrugnął, ale gdy otworzył oczy, ninjów już nie było. Z biurka zniknął także zwój z opisem misji. To mimo wszystko był bardzo dobry oddział i nawet jakby wyniknęły jakieś kłopoty, poradzą sobie ze wszystkim. Kakashi już powinien o to zadbać i głównodowodzący był pewny, że w istocie zadba o wszystko.
— No to teraz druczki… — wymruczał, odnajdując długopis na blacie.
***
Soczyście zielona, miękka trawa na wzgórzu niedaleko Konohy ugięła się pod stopami czwórki ANBU. Zwój z zapisem misji został rozwinięty po raz wtóry
— Małpo, proszę o krótkie zreferowanie głównych celów misji — zaczął urzędowym tonem Kakashi.
— Tak od razu małpo, no wiecie kapitanie? Od inwektyw zaczynamy? — Anko przekrzywiła głowę i założyła ręce na ramiona. — No okej no… Z Wioski Mgły, z którą jesteśmy aktualnie w sojuszu, zniknęła dwójka mężczyzn. Są to jakieś ważne osoby czy coś takiego, w każdym razie mamy ich zdjęcia i wiemy jak wyglądają. Kierują się prawdopodobnie w kierunku Kraju Ognia, no i właśnie dlatego to my mamy ich znaleźć i z powrotem przyprowadzić do Mgły. Tyle.
— No właśnie nie tyle — zirytował się Hatake. — Nie słuchaliście głównego dowódcy, Małpo? „W razie stawianego oporu nie zadawać żadnych ciężkich obrażeń, jeżeli konieczne cel pozbawić przytomności…” — odczytał.
— Pieprzenie — odezwała się zniecierpliwiona Anko. — Kapitanie, wy myślicie, że ile będziemy tutaj stać i powtarzać jakieś cholerne regułki? My nie mamy się tego wykuć na pamięć, my mamy to wykonać! I pierdolić te zalecenia o nieużywaniu przemocy!
— Robię to co konieczne — zgrzytnął zębami. — Nie chcecie chyba potem odpowiadać za niesubordynację i rozminięcie z założeniami wypełnienia zadania, co Małpo?
Przez chwilę dwójka ludzi w szaro-czarnych mundurach mierzyła się wzrokiem; zza okrągłych otworów w białych maskach zdawały się strzelać elektryczne iskierki — takie to były spojrzenia.
— Dobra. — Poddała się w końcu Mitarashi, unosząc ramiona w górę w geście rezygnacji. — Wy tutaj szefujecie, kapitanie, mnie nic do tego. Już się nie będę wtrącać, ani ciuteczki, nawet mimo że ja bym to zrobiła kompletnie inaczej…
— Chyba-
— Do rzeczy, Kocie. — Zza maski jaszczurki wydostał się głos Itachiego, ucinając tym samym wypowiedź Hatake. — Im więcej czasu poświęcimy na omawianie misji, tym bardziej oddalą się nasze cele.
Kakashi westchnął; to będzie ciężka misja. Strasznie, wręcz niewysłowienie ciężka.
— Ruszamy na północny-wschód — zdecydował, zwracając wzrok na idealnie błękitne niebo. — Może uda nam się ich złapać jutro rano jeszcze zanim przekroczą granicę.
***
Giętkie, pokryte liśćmi gałęzie chlastały szybko przemieszczających się ninjów po odsłoniętych ramionach. Biały płaszcz dowódcy jednostki furkotał, przy każdym mocnym odbiciu od gałęzi.
— Kapitanie. — Niespodziewanie obok Kakashiego pojawił się ktoś inny. Do tej pory sam prowadził oddział, a reszta posłusznie i niezauważenie poruszała się za nim, ale teraz najwyraźniej Yakushiemu coś się nie spodobało.
Hatake jęknął wewnętrznie, Yukimura musiał zdrowo puknąć się w głowę, skoro dobrał takich członków drużyny. Następnym razem jak się spotkają, wygarnie mu to osobiście i to w kilku bardzo dobitnych słowach. Hatake Kakashi już nigdy w życiu nie chce wykonywać misji razem z panną Mitarashi i tym młodym, utalentowanym medykiem! A tym bardziej być dowódcą takiej jednostki.
Ale jeśli chodzi o Uchihę Itachiego kwestia wykonywania razem misji powinna być rozważona przez Yukimurę dokładniej — szczególnie jeśli chodzi o misję przeznaczone dla małych, dwuosobowych oddziałów infiltracyjnych…
— Tak, Sokole? — odpowiedział spokojnie, przeskakując na ułamaną gałęzią i odbijając się od kolejnego grubego konaru. — Macie jakieś obiekcje?
— Nie podoba mi się ta misja — powiedział cicho Kabuto. — Mam złe przeczucia co do tego wszystkiego.
— Od złych przeczuć jeszcze nic nikomu się nie stało.
— Nie rozumiecie mnie, kapitanie. Ja nie jestem jednym z tych paranoików, którzy srają w gacie, gdy tylko usłyszą niespodziewany szelest.
Chwilka, tamto drzewo z przodu. Kora jest trochę obdrapana z jednej strony — Kakashi wytężył wzrok, przymykając powieki — a u góry jest coś wbitego. Coś małego i błyszczącego…
— Coś mi się tutaj nie podoba, tylko jeszcze nie bardzo wiem co — dodał Sokół.
Za jakieś kilka sekund znajdą się na tyle blisko, by to zbadać dokładniej. To chyba jakiś haczyk?...
— Będę zadowolony, gdy to ustalicie i wtedy mnie poinformujecie... — Coś cienkiego, otarło się o łydkę Hatake.
Żyłka? Haczyk z żyłką?... Jasna cholera — pułapka!
— Na ziemię! — krzyknął Kakashi — Wszyscy padnij!
I w chwili, gdy okrzyk opuścił jego usta, a ręce popchnęły Kabuto z ogromną siłą w krzaki, grad błyszczących ostrzy poleciał w stronę Hatake. Dwa zdołał odbić ochraniaczem na przedramię, a trzeci ze świstem minął jego głowę.
Lecz jedno uderzenie serca później, zanim mógł pozwolić sobie na odetchnięcie z ulgą i pogratulowanie świetnego instynktu, do jego uszu dobiegło stłumione stęknięcie.
Stęknięcie zabrzmiało jak bardzo ciche: „argh!”, prawdopodobnie nawet w zapisie tego dźwięku nie powinien występować wykrzyknik. Ale w tamtej chwili, kiedy las prześwietlony słonecznymi promieniami wraz ze światłem odbitym od powbijanych w drzewa srebrzystych ostrzy był tak nierealnie cichy i nieruchomy w swojej podrasowanej adrenaliną jasności, odgłos ten zabrzmiał jak wystrzał armatni.
A Kakashi domyślał się, kto mógł wydać owo stęknięcie. Szczerze mówiąc nawet nie potrzebował się obracać, żeby zobaczyć, kto aktualnie trzyma się za krwawiące udo.
I nie zdziwił się ani trochę, kiedy na własne oczy potwierdził swoje przypuszczenia, co do aktualnej kondycji fizycznej Itachiego Uchihy.
Jaszczurka znajdował się kilka metrów za nim i chwiał się trochę na trzęsących nogach. Porcelanowa maska zakrywała jego twarz, ale nawet jakby Uchiha nie posiadał jej na twarzy, zapewne nie dałby po sobie poznać żadnym grymasem, że coś jest nie w porządku.
— Wydałem rozkaz! — huknął Kakashi, szybkim krokiem podchodząc do opartego o pień ANBU. — Krzyknąłem „na ziemię!”, krzyknąłem „padnij!”! Którego mojego rozkazu nie zrozumieliście, Jaszczurka? Powinienem was odesłać na badania słuchu, a potem z powrotem do Akademii, kurwa mać!
Itachi nie powiedział nic, tylko zatrząsł się trochę bardziej, a na skórze jego ramion pojawiła się gęsia skórka.
— Jaszczurka? — Kakashi, złapał Uchihę za ramiona. — Psiakrew, żyjecie?!
Po poluźnieniu sznurków przytrzymujących maskę na twarzy, ta wolno opadła na mech, odsłaniając bladą twarz Itachiego i ciemne, trochę zamglone oczy.
— Jestem… okej, kapitanie. — Kropla potu stoczyła się po jego błyszczącej niezdrowo twarzy i zatrzymała na wygiętych w parodii sarkastycznego uśmiechu ustach.
— Małpa, Sokół, do mnie! — zarządził Kakashi, pomagając Uchisze delikatnie osunąć się po drzewie. Itachi zamknął oczy i pochylił głowę, żeby plama słońca, świecącego przez liście nie padała na jego twarz.
Tak naprawdę Kakashi nie miał ochoty go zostawiać, chciał go mieć przy sobie bliżej, chciał go trzymać w swoich ramionach. Chciał, żeby to on sam został ugodzony przez ten cholerny nóż!
Gdzieś w głębi niego, coś szeptało, że to może być koniec. Taki ostateczny koniec-koniec, po którym nie da się zażartować, że tak naprawdę ciąg dalszy będzie i wszystko będzie fajnie i super, i w ogóle.
Nie — pokręcił energicznie głową, próbując zniwelować jakiś gorzki posmak, który pojawił się na jego języku niewiadomo skąd, i spływał do gardła, drażniąc je nieprzyjemnie — nie, to się nie skończy. Jeszcze przecież na dobre się nie zaczęło, prawda? To byłoby bardzo głupie, gdyby epilog nastąpił przed właściwym początkiem.
— Sokół, zajmiecie się nim. — Kakashi nie dał po sobie poznać, jak dziwne uczucia w nim buzują i skrył się za maską rzetelnego dowódcy. — Kunaie były zatrute, a jad prawdopodobnie wniknął już w krwiobieg. Małpa, ustalicie nasze położenie na mapie i rozłożycie obóz. Nie sądzę, żebyśmy mogli podróżować dalej w takim stanie.
Dla Kakashiego w takim razie została analiza budowy użytej właśnie przed chwilą pułapki. Wydawało mu się, że kiedyś słyszał o kimś, kto używał właśnie takiego mechanizmu… Ale na sucho nie zdoła przecież dowiedzieć się niczego — musi zbadać sposób jej funkcjonowania. I najlepiej jak zbada wszystko jak najszybciej, bo kto wie co może ich czekać dalej?
— Później będę chciał rozmówić się z Jaszczurką osobiście — powiedział jeszcze, podnosząc zakrwawiony kunai, leżący niedaleko Uchihy. — Małpo, gdy już trochę wydobrzeje, poinformujecie go o tym.
— Tajest.
Ostrze dziwnie pasowało do ręki Kakashiego, z wyglądu ten stop metalu także wyglądał znajomo. Zdawało się być zupełnie takie samo jak wszystkie inne, które trzymał w futerale na prawym udzie.
Czyżby więc…?