Uwaga!

Fanfiction yaoi, czyli traktujące o związkach męsko-męskich. Blog zawiera również treści erotyczne.
Nie lubisz, nie czytaj - ja do niczego nie zmuszam.
Możesz skomentować dowolną notkę, każdy komentarz zostanie przeczytany! :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 października 2014

"Hypnotised" Rozdział 5 (KakaNaru)

LOL, zapomniałam wrzucić na bloga, chociaż napisane już było... trochę czasu temu. Przepraszam. Teraz sobie przypomniałam, bo zaczęłam prace nad kolejnym rozdziałem (no i w międzyczasie coś tłumaczę, ale nie jestem pewna, czy tekst tłumaczony Wam się spodoba - pomijając, że chwilowo nie mam zgody i coś się na nią nie zapowiada :p).



Wszystkie kwestie krajoznawcze/statystyczne są faktem i niektóre generalnie są niewyjaśnialne, o czym można przeczytać na początku rozdziału.

Dodatkowo, tym razem, odległości podaję w wielkościach natywnych, coby dodać realizmu miejscowego. ;) Co jest przydatne w tym rozdziale: 1 mila = 1, 6 km.

Część V

W porównaniu do innych miast Wielkiej Brytanii z Glasgow jest coś bardzo nie tak.
Nie chodzi chyba o położenie, ani o surowszy klimat niż na południu, w Londynie, gdzie Kakashi przeżył większą część swojego życia. Nie chodzi raczej też o w znacznej części piękną, wiktoriańską architekturę, ani nawet o historię miasta. To że coś nie było w porządku, widać było dopiero po przyjrzeniu się statystykom. To największe obok Edynburga miasto Szkocji, położone jeszcze nie w górach, ale praktycznie u ich stóp, raczej dość rozwinięte przemysłowo, ma wyraźnie niezbyt dobry standard długości życia mieszkańców. Żeby nie powiedzieć, że średnia długość życia generycznego glaswegiana jest bardzo kiepska.
I, co zabawniejsze, nikt tak naprawdę nie jest pewny, dlaczego to miasto położone nad rzeką Clyde, pełne długich kamienic z czerwonego lub żółtego piaskowca, ze świętym Mungiem i łososiami w godle może poszczycić się długością życia niższą nie tylko od położonego o niecałych pięćdziesiąt mil na wschód Edynburga, ale też od tej w Strefie Gazy. Naukowcy rozkładają bezradnie ręce, mamrocząc coś o „efekcie Glasgow” i całą sprawę starają się podsumować surowym klimatem, a może zanieczyszczeniami, a tak w ogóle to tą kulturą, wiedzą państwo, o czym mówię, o tej niewyedukowanej młodzieży, co zbiera się w gangach. To na pewno o to chodzi! O chuliganów. [1]
Faktem było, że istotnie mężczyzna urodzony we wschodniej części miasta rzadko dożywał wieku pięćdziesięciu pięciu lat. Faktem było też, że czasem strach wybrać się na wieczorny spacer, szczególnie w okolicach Calton, położonego na East Endzie, ale tak niska średnia długość życia naprawdę mogła być tłumaczona tylko jakimś specyficznym efektem Glasgow. To sprzyjało chyba też większej liczbie psychopatów niż w innych częściach Wielkiej Brytanii. A przynajmniej tak właśnie widniało to w statystykach.
Może wszyscy tutaj zostają kiedyś psychopatami, pomyślał Kakashi, powoli spacerując chodnikiem położonym tuż nad rzeką. I wszyscy umierają względnie młodo. Psychopaci chyba zawsze umierają młodo.
No, albo Glasgow to jedno z tych miast, gdzie rzeki zamiast dawać życie, właśnie życie z ludzi wysysają i doprowadzają ich na skraj szaleństwa i depresji, zamykając w kwadratach czystych ulic z kamienicami wyrastającymi z każdej ich strony. Może to ta poranna mgła znad Clyde, która mlecznym obłokiem spowija miasto, jest trucizną, która wlewa się w płuca i umysły mieszkańców, zostawiając ich chorych i szalonych. Te białe, pulchne, kłęby dymu może tak naprawdę są po prostu śmiertelną pułapką, w którą nieświadomie łapią się wszyscy glaswegianie, oddychając powietrzem tylko pozornie identycznym jak w reszcie Brytanii.
A któż to może wiedzieć… Kakashi przystanął i odpalił papierosa, wpatrując się w dal. Bardzo lubił rzeki. Szczególnie te płynące przez serca miast i miasteczek. I lubił też mosty nad nimi przewieszone. Jak wychodził na spacer nogi zawsze niosły go w pobliże rzek. To nie było zależne od niego — wychodził z domu i szedł na północ. Tak po prostu jakoś go do tej wody ciągnęło.
Rzeka Clyde tego dnia stanowiła widok całkiem śmiertelny, niepiękny — zupełnie szara pod takimże niebem, z drobnym deszczem siąpiącym z góry na niewielu przechodniów. Port też był wypełniony całkiem pustymi statkami, jak doczesnymi skorupami niegdyś świetnego przemysłu stoczniowego. Dopasowała się do reszty szarości, surowości miasta. Do braku perspektyw, bezrobocia i potrzebie ciągłego porównywania się z południem, z Anglią, z Anglikami i z całą ich cholerną angielskością.
Kakashi skręcił już z mostu i ruszył obok stadionu Rutherglen, znajdującego się w katolickiej dzielnicy Toryglen — mieszkał zupełnie niedaleko, może dwadzieścia minut od tego miejsca, w Mount Florida. Jego kamienica nie wyróżniała się niczym specjalnym, jego lokum też wyglądało całkiem zwyczajnie — kuchnia, łazienka, dwa pokoje i korytarz. Nie za duże, nie za małe, całkowicie idealne do mieszkania i utrzymania. Kupił je już z meblami, więc — chociaż akurat to porządnie sfatygowało jego portfel — oszczędził sobie latania po sklepach i wybierania pasujących do siebie dywanów, kanap i kolorów farb. Nie miał ani świetnego gustu, ani czasu na takie zajęcia, a wyposażenie było i dość ładne, i całkiem komfortowe do mieszkania dla kawalera. Jedynym minusem był brak balkonu, ale z tym, po kilku latach, Kakashi nauczył się jakoś żyć. Wystarczyło tylko zmusić się do wychodzenia przed budynek z papierosem. Może też to ma jakiś dobry wpływ na kondycję, ta konieczność wspinania się po schodach…
Był piątek po południu; dwudziesty piąty kwietnia. Kakashi zakluczył drzwi do mieszkania, oparł się o nie i uświadomił sobie, że nie wiedział, co ze sobą zrobić. Znowu nie wiedział.

***

Motocyklem przez miasto. Prawie całkiem starty biały napis „South” na drodze. Czerwień, pomarańcz, zieleń, wreszcie zieleń — kolory rozmazujące się przed oczami. Ile na liczniku? Pewnie z osiemdziesiąt, może dziewięćdziesiąt mil, ocenił w myślach, nie patrząc na deskę rozdzielczą. Na pewno sporo. Po zderzeniu ze ścianą byłby mielonką. Po zderzeniu z innym autem najprawdopodobniej też byłby mielonką. Musi zwolnić. „Stay in lane”, ograniczenie do trzydziestu mil, linia ciągła, światła po prawej stronie — Clyde Tunnel. Ciemniej, biało, długa lampa nad nim w półokrągłym sklepieniu podrzecznego tunelu, czerwień samochodowych lamp odbijająca się w płytkach. Tunel i ciąg białych lamp skręcały lekko w lewo. Ciemniej, znów biało… Ledwo widać napis: „Stay in lane” przy wyjeździe z tunelu. Zwolnił na tyle, by móc wykierować… Droga A739 prowadziła na Govan tuż koło Głównego Południowego Szpitala; koło kilku pubów, od których chciał rozpocząć zabawę tego wieczora.
Kiedy parkował, coś ściskało go w dołku — jak ktoś uderzył go tam pięścią i nie cofnął dłoni.
Nieważne.
Zamknięcie oczu.
Zimna, smukła butelka w ręce — krople wody spływały po szkle, zostawiając mokre, okrągłe ślady na kontuarze.
Jedna, druga… czwarta szklanka. Wszystkie z czymś kolorowym na dnie, z cienkimi powłoczkami barwy jak powidokami po światłach z ulicy, z klubu, z ulicy, z pubu, z ulicy…
Kolejne mgnienie oka.
Oddech na policzku, czyjś język w ustach, paznokcie wbite w czyjeś plecy.
— Nie, żadnych numerów. — Głos zgubił się w hałasie, a potem w czyimś gardle. — I nie u mnie.
Zapach papierosów, moczu, potu i lateksu — ten ostatni mdlący i przez chwilę dominujący w zimnej, klubowej toalecie.
Znów zamknięcie oczu — zawieszenie jakby w niewiedzy, kiedy wydarzenia po prostu przepływały mu przez palce. Działy się niezależnie od niego; tak nieistotne były, tak bardzo nie miał na nie wpływu. Wszystko tak czysto biologiczne, tak czysto fizjologiczne, że nawet niekoniecznie sensowne. To mija i przychodzi, mija i przychodzi, mija i…
Świadomość przyszła do niego nagle i stanowiła uczucie, jakby wynurzył się z basenu po długich chwilach spędzonych pod wodą. Wszystkie bodźce, przedtem rozmyte, teraz uderzyły w niego całą mocą — zbyt jasnym światłem, dźwiękiem radia, zapachem piwa i dotykiem weluru pod palcami. Trzeźwiał już w autobusie w Toryglen bardzo wcześnie rano w sobotę. Lampy już zgasły, a jasnoszare niebo pokrywały ciemne wstążki chmur. Później, jak już zaśnie i się obudzi, będzie musiał wrócić po motocykl i zapłacić bajońską sumę za parking.
Niedługo majowe święto bankowe i długi weekend, pomyślał, opierając czoło o zimną szybę. Może odwiedzi matkę. Może tam w końcu się uspokoi.

***

            W kolejny poniedziałek, zupełnie niespodziewanie Kakashi dostał wiadomość elektroniczną na swoją służbową skrzynkę e-mail. Nie znał tego aliasu, a wiadomość miała enigmatyczny temat: „Czego nie zdążyłem”. Kliknął, raczej pewny, że to jakieś zaległe sprawozdanie od jednego z tych leniwych studentów, którym fakt braku odpłatności za studia rzutował bardzo na ilość olewactwa wkładaną w edukację, ale… zaskoczył się.

Sehr Geehrter Herr…

Mail był długi, po niemiecku i do tego rozpoczęty tym wyszukanym hasłem. Dopiero niżej napisano imię i sam tekst wiadomości. I Kakashi już wiedział, że to niekoniecznie taki mail, jaki się spodziewał dostać kiedykolwiek. 

Kakashi,

Przeglądałem ostatnio notatki Sasuke i stwierdziłem, że bardzo fascynują mnie nanorurki i Pana szare oczy. To drugie jednak znacznie bardziej i chętnie wskazałbym to Sasuke jako ciekawszy przedmiot badań, gdyby nie fakt, że wtedy byłbym o Pana chyba zwyczajnie i nieprzytomnie zazdrosny. Najchętniej zgłębiałbym tę kwestię sam. A jeszcze chętniej z Panem.

Sucho w ustach.
Naruto.

Zdaję sobie sprawę z tego, że fakt otrzymania ode mnie maila jest dla Pana dość niespodziewany — sam nie spodziewałem się, że go napiszę, ale jak wydusiłem Pana adres od Sasuke, to dalej już samo poszło. Zresztą po tych trzech miesiącach istnieje pewne prawdopodobieństwo, że mnie Pan nawet nie kojarzy. Nieważne. Piszę, bo czułem, że jak nie napiszę, to coś mi ucieknie. 

Jak zwykle żadnych zobowiązań, tak jakby co — trudno zobowiązywać się przez jednego e-maila. To nie umowa.

Co chciałem napisać, to to że faktycznie się do Ciebie przywiązałem. Trochę przez głupotę, ale przyznaję, że niestety nie należę do geniuszy i na takie braki u mnie powinno się raczej zawsze brać poprawkę. Bardzo więc możliwe, że mocno schrzaniłem całą sprawę i niepotrzebnie zaangażowałem się aż tak w coś, co od samego początku miało dość marne rokowania. Może dla Ciebie jednak właściwszym rodzajem związków są związki chemiczne i nie powinniśmy (albo nie powinienem się pakować) w żadne inne ich rodzaje. 

Ten mail miał być krótki, jakiś link, enigmatyczny podpis i tyle. Ale w miarę patrzenia w okno wpisywania wiadomości, tym mniej mi się to podobało i ostatecznie nic nie wysyłam. Samo słowo pisane, żadnych linków. Ale dziękuję za płytę. Kupiłem sobie identyczną koszulkę i również wyglądam teraz jak uczestnik jakichś rekolekcji. 

Nie wiem…
Raz przeszło mi też przez myśl, że z rana kupuję bilet i lecę do Glasgow Cię szukać. Byłem wtedy wcięty i nie wiem, co by to rozwiązało, bo skończyłbym pewnie gubiąc się w mieście i śpiąc w jakimś zaułku. Raczej bym Cię nie znalazł. To byłoby typowe dla mojego życiowego pecha, więc wolałem po prostu wytrzeźwieć.

I tak — tęsknię. To chciałem w sumie napisać od początku, ale piszę na końcu, bo jakoś tak wyszło. I „do widzenia”, czy może „żegnaj”, którego nie miałem ci tak naprawdę okazji powiedzieć. 

Naruto
PS Naprawdę nie chciałem pisać epopei w mailu, bo tak się maili nie pisze, ale chyba to zrobiłem. Przepraszam. I nie musisz wcale odpowiadać. Chyba lepiej będzie, jeśli tego nie zrobisz.
 
Nie miał pojęcia, co zrobić. Zatrzasnął laptop, wstał od biurka, wykonał te cztery kroki, jakie dzieliły jego biurko od drzwi i okrążył tak pomieszczenie ze trzy razy, gryząc kciuk i podejrzliwie patrząc na grafitową powłokę komputera. W końcu otworzył pokrywę laptopa, wpisał żądane hasło dostępu i przeczytał maila jeszcze dwa razy. Niczego to nie zmieniło. Za trzecim razem, po kolejnej wycieczce od biurka do drzwi i od drzwi do biurka, również nic nie zaskoczyło. Stał zgięty wpół nad biurkiem i marszczył brwi i czoło.
            Był w kropce.
Pisać, nie pisać? Co pisać, co może naprawdę odpisać. Czy można cokolwiek?
Przepraszam, miałem nadzieję, że nie napiszesz.
Przepraszam, miałem nadzieję, że to koniec.
Przepraszam, mogłem ci powiedzieć, że to koniec.
Przepraszam, ale chyba jestem tchórzem i tego nie zrobiłem.
„Der Feigling”, „tchórz”, ależ to śmieszne słowo. Z tym przyrostkiem zdrabniającym sugeruje niewielkość winy tchórzostwa. Jakby to wszystko, wszystkie te akty tchórzostwa zawsze, były tak naprawdę całkiem głupie i nieistotne.
…może były?
Chciałby, żeby były, żeby naprawdę udało mu się to sobie wmówić i nie czuć się tak paskudnie sam ze sobą nad otwartą wiadomością.
Przepraszam, mam nadzieję, że nie stałeś pod drzwiami dwóch godzin i ich w końcu nie wyważyłeś, bojąc się, że coś mi się stało.
Przecież on zupełnie mógłby to zrobić, gdyby nie znalazł mnie nigdzie…
Przepraszam, myślałem, że wiesz, że to się skończy…
Przecież mógł nie wiedzieć.
Kakashi nachylił się jeszcze bardziej nad biurkiem, opierając łokieć o blat i targając włosy roztargnionym ruchem.
Albo mógł wiedzieć, mogłem mu o tym nawet powiedzieć, że to tylko semestr, ale mogło mu wylecieć z głowy. Mógł też nie chcieć wiedzieć.
Proszę, nie dręcz mnie…
Szybki odgłos pukania do drzwi. Trzy stuknięcia zaraz po sobie. Kakashiemu serce stanęło w gardle, nagle podskoczył i się wyprostował.
Naruto…?
— Kakashi?
Drzwi się otworzyły, stał za nimi John MacDougall, asystent w sąsiednim zakładzie. John nie tylko nazwisko miał typowo szkockie, wygląd szedł z nim w parze. Dość krępa sylwetka i kręcone włosy o kolorze jasnego, rudawego brązu, tak jak piegi, którymi usianą miał twarz i kawałek szyi widoczny znad kołnierzyka koszulki polo.
— Tak? — zapytał Kakashi, głosem nadal dziwnie napiętym.
— Będziesz zajęty w następną środę wieczorem? Alistair jest na zwolnieniu, to chyba wiosenna grypa, czy coś równie paskudnego i brakuje nam kogoś do drużyny w pub quizie[2]. Zgodzili się na zastępstwo, jeżeli podamy nazwisko do dzisiaj.
Nie miał przecież nic do roboty, czemu nie?
— Nie, w porządku. O dwudziestej?
— Cudownie. O dwudziestej trzydzieści. To w Solid Rock Cafe, na Hope Street. Kiedyś tam chodziliśmy chyba wszyscy.
— Tak, trafię bez problemu. Dzięki.
— Dzięki, do zobaczenia.
Dziwne uczucie niepokoju towarzyszyło Kakashiemu przez cały dzień. Czuł się, jakby faktycznie czekał aż wpadnie na Naruto; jakby oczekiwał, że ten naprawdę przyleci do Glasgow go szukać. Wieczorem, z ulgą, wślizgnął się przez drzwi mieszkania i oparł o ścianę pod wieszakami.
Przepraszam, że tęsknisz.
Wszystko było takie trudne. Czuł się zmęczony. Naprawdę potrzebuje tego długiego weekendu.
Na maila póki co nie odpisał nic i nie wiedział, czy odpisze.

***

Trzydziestego kwietnia rano Kakashi telefonicznie zamówił najpierw torcik dla swojej matki, którą miał zamiar odwiedzić w sobotę. Lubiła słodycze, więc torcik marcepanowy był koniecznością. Miał małe deja vu, kiedy prosił by nie przesadzali z dekoracjami, bo i tak większość z nich jest niejadalna i potem nie wiadomo, jak taki deser kroić. Chyba za często zamawiał torty w tej cukierni, że już mu się cała ta akcja z ciastem wbiła w pamięć do tego stopnia. Potem poszedł do laboratorium i o trzynastej zjawił się na uczelni odebrać swój przydział papierologii na długi weekend. Liczył, że zdoła się z tym uporać już do piątku i nie będzie musiał ze wszystkim nadganiać w poniedziałek. Nie wyobrażał sobie też targania papierzysk do matki, bo tam i tak nigdy nie mógł się skupić na tyle, żeby zrobić cokolwiek. Tam po prostu nie robił nic poza jedzeniem, rozmowami i spacerami nad brzegiem Morza Północnego.
Część papierów wyjął ze skrzynki, część powinna leżeć na biurku w jego gabinecie — i tam też skierował swoje kroki moment później. Wolną ręką nacisnął na klamkę. Mruknął z zadowoleniem, kiedy drzwi nie opierały się i po prostu otworzyły — ktoś musiał być w środku, więc nie było potrzeby gimnastykować się z kluczami.
— Cześć — rzucił do wnętrza pokoju, a ściślej do pleców Edwarda, jednego z kolegów, z którymi dzielił pomieszczenie. I do jeszcze jednej osoby…
— Cześć, Kakashi. Naruto przyjechał już ładną chwilę temu.
To się nie działo.
— Cześć. — Naruto pomachał Kakashiemu z dodatkowego krzesła przy biurku Edwarda. Siedział tuż pod oknem, pod światło i Kakashi ledwo widział jego twarz, ale nie mógł się pomylić.
— Nie byliście umówieni trochę wcześniej? — zapytał Edward, obracając się na krześle i przewieszając jedno z ramion przez jego oparcie. — Naruto siedzi tutaj już trzecią godzinę; zdążył wypić po kawie ze mną, z Johnem i nawet z kierownikiem.
— Byliśmy umówieni…? — Wbił wzrok w twarz Naruto z żądaniem odpowiedzi, ale ten tylko uniósł palec do ust, jakby nakazując milczenie. I nic, ani słowa wyjaśnienia więcej, tylko ten palec przy ustach, którego Kakashi nawet za dobrze nie widział.
— Nie byliście? — zainteresował się Edward.
— Byliśmy — stwierdził Naruto, ale zaraz dodał: — A może, och, może zapomniałem ci powiedzieć, jak się żegnaliśmy, że to o dziesiątej? Zadzwoniłbym, ale chyba przypadkiem gdzieś zawieruszył mi się twój numer.
— Pewnie tak — Hatake prawie wysyczał to przez zęby. — Co mamy zamiar omawiać na naszym spotkaniu?
— Ten wspólny projekt, Kakashi — odezwał się Edward. — Kierownik wyraził zainteresowanie, więc jeśli to przejdzie wyżej i nawiążemy współpracę z jakąś firmą petrochemiczną, których w pobliżu niemało, to są ogromne szanse na dofinansowanie.
— Możemy również porozmawiać o tym, jak mnie zostawiłeś, ale to tak między wierszami. Chemia przede wszystkim — mruknął Naruto. Kakashi usłyszał jak filiżanka stuka o blat biurka.
— Zaraz, Boże, o czym wy obaj, do diabła, mówicie? Jaki wspólny projekt? — nie wytrzymał już Kakashi. — I Naruto nawet nie jest chemikiem, do jasnej cholery. Jest pieprzonym literaturoznawcą. Nie wmówicie mi, że zdołał się przekwalifikować w trzy miesiące!
— Może jest zdolny — rzucił Edward, a Kakashiemu zrobiło się słabo. Musiał odłożyć papiery na biurko i przycupnąć na jego skrawku. — I nawet chce prowadzić innowacyjne badania nad syntezą dodatków do paliw rakietowych. Może z tym Szkocja będzie mogła zacząć konkurować z NASA.
— Sasuke zgodził się pożyczyć mi swoje notatki — wyjaśnił Naruto, rozpierając się wygodniej w rogu pokoju, między krzesłem i oknem. — A profesor Orochimaru udostępnił laboratorium. Mają tam straszną kawę, wiesz, Kakashi?
— U nas jest podobna. Smakuje bardziej jak drożdże niż jak kawa, okropność — zauważył Edward.
— Ta jest przecież smaczna.
— Tę kupowałem sam. Moje osobiste kawowe zapasy, trzymam ją w biurku pod kluczem, hihi.
— Nie… ja wychodzę. — Kakashi nagle skoczył na równe nogi. Zrobiło mu się biało przed oczami, kiedy szybkim ruchem zbierał papiery z biurka i przyciskał do piersi, modląc się, by nic mu nie wypadło.
— Nie porozmawiamy? — Głos Naruto tak blisko jego ucha, że byłby wypuścił wszystko, co trzymał, gdyby nie zaciskał palców na dokumentach aż tak kurczowo.
Kakashi odwrócił się powoli i napotkał szeroki uśmiech Naruto. Uśmiechał się i uśmiechał ciągle i ciągle, kiedy Kakashi starał się znaleźć słowa, jakich powinien użyć. Znaleźć nie mógł; miał za to wrażenie totalnego paraliżu, chwilowej afazji. Uśmiech Naruto, o ile było to możliwe, poszerzał się, aż wszystko nie zaczęło w tym uśmiechu znikać łącznie z Naruto — jakby był kotem z Cheshire. Od czubków palców, przez łokcie i łydki, po tors — znikał, roztapiał się w sobie, w tym wygięciu warg. Tak jakby ten mężczyzna przed Kakashim nagle przestał istnieć, tak jakby nagle został wymazany ze świata, łącznie z resztą tego świata.
Edwarda też już nie było.
Pokój był pusty.
Kartki wypadły Kakashiemu z rąk i zupełnie bez dźwięku upadły na ziemię. Wszystkie gładkie, białe. Nigdy niezapisane.
Po chwili — kiedy spuścił z nich wzrok — i one, i podłoga zniknęły. Nie było przed nim zupełnie nic.
Tak jakby wszystko się skończyło.

***

Kakashi poderwał się na fotelu, ciężko dysząc. Kartki rozłożone na torsie zsunęły się na drgające w spazmatycznych oddechach podbrzusze, a potem z szelestem spadły na podłogę. Te jednak były zapisane, a okazjonalnie nawet ozdobione jakąś adekwatną ryciną.
— Boże… — wychrypiał sam do siebie, mrużąc oczy w żółtawym świetle lampy. Gardło miał suche jak wiór, a tamto musiało mu się po prostu śnić. Rany, ale jakiż to był durny sen! Co mu siedzi w głowie, do jasnej cholery.
Kakashi nie potrafił jednak wyjaśnić, dlaczego ten durny sen aż tak nim wstrząsnął. Gdyby to były drastyczniejsze rzeczy, jakieś pożary, wypadki, tragedie, to wtedy oczywiście, ale niespodziewana wizyta i zniknięcie? Dlaczego czuł w piersiach jakąś dławiącą pustkę, podchodzącą do gardła i zaciskającą się na nim ciasną obręczą? Przełknięcie śliny teraz prawie bolało.
Prawą ręką otarł spocone czoło i w szarym półmroku poranka zerknął na budzik — po piątej. Był więcej niż pewny, że nawet jeśli się bardzo postara, w końcu zabierze się do spania porządnie, w łóżku, i tak już nie zaśnie. Nie po tym kopniętym śnie, w którym Naruto najpierw został chemikiem, potem przyszedł, gapił się na niego i zauśmiechał aż do, chyba, końca świata. Jedyny plus był taki, że skoro Hatake faktycznie już nie spał i nie zaśnie, to może wziąć się za robotę.
Kakashi zsunął nogi z kwiecistego podnóżka i przeszedł do niewielkiej łazienki na piętrze. Odkręcił kran i ochlapał twarz lodowatą wodą, a potem podsunął pod strumień kubek od mycia zębów i wypił wodę duszkiem. Dużo lepiej, przynajmniej włosy nie lepiły się już do twarzy i to w gard… Ale to coś w gardle nadal go dławiło. Myślał, że wystarczy, że napije się wody i drapanie zniknie — bo powinno — ale to nadal siedziało tam w środku i uciskało jego krtań. A niech to!
Odchrząknął kilka razy, ale to średnio pomogło. W kuchni, na parterze, zerknął przez okno na termometr. O piątej rano w Arbroath wciąż było lodowato, tylko cztery stopnie, ale może krótki bieg trochę go orzeźwi i pozwoli się ogarnąć. Śniadanie zje, jak wróci, a potem dokończy pracę. Może uda mu się wszystko skończyć jeszcze przed obiadem.
Arbroath mieściło się na wybrzeżu Morza Północnego, na północny-wschód od Glasgow, jakieś siedemnaście mil za Dundee, a od samego Glasgow oddalone było o niecałe sto mil. Było tutaj jeszcze chłodniej niż w Glasgow, a pogoda bywała jeszcze bardziej ekstremalnie deszczowa z samego tylko względu na bliskość morza. Z domu matki Kakashi do wybrzeża miał jakieś pięć minut drogi spacerem, wystarczyło przejść ulicą do końca, przez boisko i już prawie był na plaży.
Zakluczył brązowe drzwi frontowe i wsunął klucz do kieszeni w bluzie. Zeskoczył ze schodków i poskakał chwilę w miejscu. Z jego ust unosiła się para, a zimny wiatr kłuł w policzki, przez moment chciał wrócić do domu po czapkę, ale zrezygnował. Przecież to góra godzina, tyle wytrzyma. Mimo to rzucił okiem na wąski, piętrowy dom matki, jakby oceniając, ile czasu zajęłoby mu znalezienie i odzianie się w coś cieplejszego.
Nie. Za dużo.
Chuchnął w urękawiczone dłonie i szybkim marszem podążył do końca ulicy, mijając piętrowe bliźniaki i znacznie częściej występujące w całym mieście nieduże, parterowe domki, imitujące tradycyjną rybacką zabudowę. Na tle tych niewielkich domków, dom matki Kakashiego zdawał się całkiem porządnie odstawać i stylem, i stosunkową nowością. Miał dopiero jakieś piętnaście lat.
Kakashi przecisnął się wąską wyasfaltowaną ścieżką między domami i znalazł się na terenie Victoria Park, a dokładniej na wydeptanych w trawie ścieżkach prowadzących na położone niżej boisko do piłki nożnej. W szarości poranka dwie białe bramki prawie raziły. Musiały zostać niedawno odmalowane. O piątej rano nikt jednak nie grał w piłkę nożną, a mokra trawa praktycznie lepiła się do spodni Kakashiego, kiedy schodził dziką ścieżką na teren boiska. Przez głowę przemknęła mu myśl o nadchodzącym mundialu. Ciekawe, jak bardzo tym razem reprezentacja Anglii spieprzy sprawę.
Przeciął boisko (trawie przydałoby się małe strzyżenie) i wyszedł prosto na King’s Road. Zamierzał przebiec stąd chodnikiem aż na drugi koniec miasta, omijając jednak doki, bo nie miał pewności, czy będą tak łaskawi, żeby przymknąć oko na jego bieganie również tam.
Powoli ruszył; wiatr świszczał mu w uszach i Kakashi żałował, że jednak nie zdecydował się wrócić po czapkę. Zaczynało się przejaśniać, choć niebo nadal było całkiem szare, tak samo jak morze — trudno było stwierdzić, gdzie jest horyzont, a gdzie znajduje się granica między niebem i wodą. Wybrzeże za betonowo-drewnianą barierą wyglądało jak mokry i rozkruszony bazalt.
Albo jak błoto, pomyślał. Paskudne, lepkie błoto.
Zmęczył się w połowie drogi powrotnej i musiał zrezygnować z truchtu na rzecz szybszego marszu. Trochę się zgrzał i czuł, że policzki ma pewnie całkiem czerwone i przemarznięte. Nic, czemu nie zaradzi ciepły prysznic. Miał nadzieję.
Do domu wrócił chwilę przed siódmą. Na zewnątrz było już prawie całkiem jasno i temperatura podniosła się do sześciu stopni. Po południu może będzie nawet z czternaście, jeśli nie zacznie padać. Zresztą, nieważne, i tak miał zamiar siedzieć w domu i skończyć poprawiać te wszystkie prace, które zostały mu jeszcze do sprawdzenia przez weekend. Miał co prawda skończyć z nimi wcześniej, żeby weekend mieć całkiem wolny i spędzić go tylko z matką na jakichś bzdurnych rozmowach, ale nie do końca zdążył. Wciąż zostało mu jeszcze jakichś trzydzieści sztuk, co stanowiło jednocześnie dobrą wymówkę, żeby jednak nie spędzać z rodzicielką całego dnia. Spędzenie całego dnia mogłoby okazać się traumatyczne w skutkach.
Kiedy dopijał kawę, schody na piętro zaskrzypiały.
— Kakashi? — usłyszał głos swojej matki, a potem zobaczył ją w drzwiach kuchni w landrynkowej koszuli nocnej z kwiatowym printem. — Nie śpisz już? — Nie było chyba na świecie bardziej niepotrzebnego pytania. — To ja może zrobię śniadanie.
Odrobinę skrzywił się, zakrywając grymas ogromnym emaliowanym kubkiem. Wiedział, że po dwóch dniach u matki, już przytył ze cztery kilo i tak naprawdę nie może nic z tym zrobić, bo nie sposób odmówić ogromnego śniadania i takiegoż obiadu z deserem. A że przyjeżdżał do matki stosunkowo rzadko, ta chyba czuła obowiązek dokarmienia swojego jedynego syna, który mimo prawie czterdziestki na karku nadal się nie ustatkował i do tego nie potrafił gotować.
Stukał paznokciami o kuchenny blat, kiedy na patelni smażyły się kiełbaski. Cała tona kiełbasek. A potem pojawił się na niej bekon.
— Pójdę wziąć prysznic — mruknął.
Na górze szybko włączył komputer i sprawdził pocztę.
Żadnego nowego maila od Naruto.
Sam też nadal nie napisał odpowiedzi na poprzedniego, mimo że minęło już pół tygodnia. I nadal nie wiedział, co z tym zrobić.

***

Jednak „coś z tym zrobić” musiał już w kolejny wtorek. W kolejny wtorek Naruto naprawdę siedział na krześle w korytarzu, gdzie znajdowało się biuro Kakashiego. Kakashi szybko wrócił za załom korytarza i aż uszczypnął się z wrażenia — kolejny koszmar?
Ale to nie był sen, skóra na dłoni była już czerwona i bolesna od podszczypywania, a Naruto jak siedział na krześle, tak siedział i chyba coś czytał dla zabicia czasu.
Krew huczała Kakashiemu w uszach, kiedy stał przytulony do ściany w korytarzu.
I co teraz?

***
[1] Chodzi mi o specyficznie szkocką, głównie glaswegiańską, kulturę takich młodzieżowych gangów, zwaną „ned culture”. „Ned” nie ma dobrego polskiego odpowiednika, zresztą nawet potem do tego dorobiono backronim "Non-Educated Delinquent”, co oznacza, że generalnie to nie ma też specjalnie dobrego angielskiego określenia. W całym UK zresztą kultura (lub „kultura”) chuligaństwa jest dość szeroko obecna, a „ned” jest tylko jedną z jej odmian. W Glasgow psychologowie widzą też korelację między „ned culture” a liczbą psychopatów i tutaj też między tym a „Glasgow effect”. Polecam artykuł na Wiki, opisujący pokrótce to zjawisko, jeśli kogoś interesuje. http://en.wikipedia.org/wiki/Glasgow_effect
 
 [2] Pub quiz to generalnie jest konkurs zagadek drużynowych odbywający się regularnie w praktycznie każdym brytyjskim pubie. Zagadki to najczęściej pytania dotyczące wiedzy ogólnej (ale mogą to też w formie krzyżówki, fotografii, klipu, etc.) i każda drużyna za odgadniętą zagadkę zdobywa punkty. Nagrody są składkowe, z reguły jest to po prostu piwo, czasem jakieś gadżety, drobne kwoty pieniężne, choć czasami te sięgają nawet 100 funtów. Jest więc o co rywalizować. ;> W UK w niektórych pubach prowadzi się nawet ligę pubową, gdzie drużyny rywalizują ze sobą dłużej i o znacznie większe nagrody. W Polsce również pub quizy się odbywają, ale nie w każdym pubie i nie na taką skalę — jest to raczej ciekawostka niż częsta praktyka.

sobota, 21 grudnia 2013

"Hypnotised" Rozdział 4 (KakaNaru)


Na początek może o tej parodii ankiety, co mam ją po prawej - wygląda na to, że ponad 60% odwiedzających ma ochotę na pizzę. :D Dziękuję za podzielenie się tak ważną opinią!
 
Betowała: Ski, loff bardzo, że męczę Cię już czwarty rozdział i nie narzekasz. <3

Moje wyżyny kompetencji w researchu, czyli dodatkowe konsultacje (których mam nadzieję jednak nigdy nie powtarzać): G.

Swoją drogą, tak przy okazji, dowiedziałam się, że strzeliłam w miasto lepiej niż myślałam — okolice Düsseldorfu zamieszkuje największa japońska społeczność w kontynentalnej Europie.

Za to rypnęłam się w datach. Strona konferencji, na którą wysyłam Kakashiego, nie działała mi przez jakiś okres czasu i daty wzięłam sobie z kapelusza. Jak się okazało, są naprawdę niewłaściwe, dlatego uprzejmie proszę o przełknięcie tej błędnej daty nadsyłania streszczeń prezentacji – reszta jest już jak najbardziej w porządku. ^^”

Ostrzeżenia: Pojawia się delikatna scena erotyczna. Generalnie nie jest to nic, co może komuś załatwić jakąś traumę, wypieki na policzkach, czy zafundować porządną i dogłębną powtórkę z anatomii z fizjologią, ale i tak nie mam zielonego pojęcia, czy coś takiego już wymaga dodania jakiegoś indeksu w tytule, bo na +18 to się na bank nie łapie. ;)

Uwagi: Przepraaaaszam…? (Ale wciąż mamy co najmniej jeden rozdział przed sobą!) I przynajmniej w końcu skończyłam z Düsseldorfem, co miałam zrobić już dwa rozdziały wcześniej. XD
Cały fanfik jest dla Ird, i w sumie chciałam wkleić rozdział na Święta i mam nadzieję, że to nie jest, mimo wszystko, nieudany prezent…

Część IV

Najpierw zmarznięte i trochę mokre od deszczu palce na twarzy, potem drżące, ale nadal dziwnie zdeterminowane usta i zimny nos prawie wciskający się w policzek. Bo padało, cały dzień i cały wieczór — na zewnątrz wszystko było mokre i w świetle ulicznych latarni błyszczało jakby powleczone cieniutką warstwą lakieru. I powietrze było wilgotne i ciężkie, kiedy wciskało się przez uchylone okna i również zimnym powiewem przez drzwi do przedpokoju.
Gwałtowniej.
Drzwi już trzasnęły; cieplej, bez przeciągu. Rozpinane suwaki, guziki, zrzucane kurtki i koszule; torba i buty od dawna na podłodze. Mokre włosy i ciepła skóra pleców pod palcami, zimne ręce na karku i klatce piersiowej, kolejne zgrzyty zamków błyskawicznych, trzeszczenie materiału i usta, usta, usta. Nadal chłodne, słodko-gorzkie, jakby od miętówki. Ciekawe i podniecające; ten smak który zostawał na języku i w kącikach ust. Wargi na wargach, na policzkach, na szyi, tuż pod żuchwą — skrzypnięcie kolejnych drzwi, do pokoju, jęk łóżka pod ich ciężarem.
            Było dość ciemno; światło z kuchni padało białawym prostokątem przez otwarte drzwi do przedpokoju. I to… uczucie, to rozgorączkowanie, prawie nieprzytomność umysłu — dawno nie czuł się aż tak. Jakby był pijany z pożądania, które kiełkowało gdzieś od jakiegoś czasu, ale dopiero w tej chwili spadło na niego jedną, wielką falą, porywając i nie dając szans na sprzeciw. Nie żeby chciał się sprzeciwiać. Dotyk nagiej skóry i oddech, gorący i trochę porwany z ekscytacji, który czuł na ustach — elektryzowały. Napięcie w powietrzu niemalże trzaskało, tak jak trzeszczały sprężyny w materacu, kiedy obaj kotłowali się na prześcieradle, ściągając z siebie ostatnie dzielące ich tekstylne bariery.
            Nie było pytań — nawet jakby chciał, nie umiałby znaleźć na nie miejsca w tej przestrzeni między nim a Naruto. Granice Kakashi musiał wyczuć sam, domyślić się ich w tej chwilowej gorączce, a w razie ich dotknięcia cofnąć się na pewniejsze terytorium. I tych granic nie myślał ruszać, nie tak szybko i nie w tym momencie, kiedy obaj zdawali się być nie do końca przytomni. Może potem; może na pewno…
Skóra na brzuchu była prawie całkiem gładka, dopiero poniżej pępka pod opuszkami palców czuć było wpierw drobne, potem trochę gęstsze włosy. Kilka centymetrów niżej, niżej niż wystające lekko kości bioder, skóra jeszcze delikatniejsza, z kilkoma wyczuwalnymi żyłkami — członek już w erekcji. Jeden dotyk — praktycznie stęknięcie wyrwane z ust Naruto i ręce ciasno zaplecione na karku. Pocałunek wyszedł teraz wilgotny i namiętny, potem już to wszystko zbiegło się prawie w jedno — w biodra przyciśnięte do bioder, dwóch erekcji i dłoni między nimi.
Łańcuch spotkań więc, tych których Kakashi nie potrafił przewidzieć i które co i rusz go zaskakiwały, skumulował się w tym jednym spotkaniu mającym miejsce dnia kolejnego po wizycie w kawiarni. I było najbardziej zaskakujące ze wszystkich i to począwszy od faktu, że był już późny wieczór, kiedy do drzwi mieszkania na Chlodwigstraße zadzwonił dzwonek. I za drzwiami stał Naruto z trochę nerwowym uśmiechem na ustach i tą pożyczoną płytą w ręce. Miał mokre włosy i równie mokrą kurtkę na sobie.
— Dobry wieczór — powiedział — mam nadzieję, że nie przeszkadzam za mocno. Bardzo jest pan zajęty?
            Kakashi chyba wolał nie zgadywać, jaką miał minę, kiedy uświadomił sobie, że jego obsesyjna halucynacja z ostatnich dni złożyła mu wizytę w jego mieszkaniu i to wieczorem. Dość późnym.
            — Nie, tylko trochę  — odpowiedział Hatake, chociaż, tak naprawdę to w pracy tonął po uszy i w ogóle nie potrafił się na niej skupić.
            — Przyniosłem płytę i bardzo dziękuję za pożyczenie, i… — blondyn zaczął mówić dziwnie napiętym głosem, a potem przerwał, jakby się zaciął. Kakashi tylko stał naprzeciw w otwartych drzwiach. — Boże, jak pan to strasznie wszystko utrudnia! Chcę być z panem szczery, tak bardzo-bardzo szczery — mówił teraz tak szybko, że prawie połykał głoski — i powiem panu prosto z mostu. Pan mi się podoba. Tak mi się pan podoba, że chciałbym pana pocałować.
            Czy Kakashi był tym zdziwiony? Trochę — z jednej strony byłby ślepy, gdyby stwierdził, że niczego nie widział, a z drugiej spodziewał się, że większość z tego była po prostu jego życzeniem i nadinterpretacją jednego, czy drugiego dłuższego spojrzenia, czy jakiegoś bezpośredniego komentarza, który odnosić miał się do czegoś zupełnie innego. Nie utrudniał już jednak nic Naruto. Nie utrudniał też samemu sobie — odsunął zmarszczki, siwe włosy na bok — i wszystko potoczyło się samo i to takim tempem, że obaj mieli pełne prawo być zaskoczeni takim obrotem spraw. Że pocałunek był nie jeden, a kilka, i nie były tylko przy drzwiach, a również na łóżku, a tak w ogóle, to finał zwieńczyła atrakcja wcale od pocałunku inna.
Gdy tak pomyśleć, Kakashi chyba był bardziej ogłupiony niż Naruto (chociaż nie mógł wiedzieć tego z całkowitą pewnością), bo to wszystko było już raczej angażowaniem się bardziej, niż angażował się przez kilka poprzednich lat. W sensie, dzielili jakieś wspólne zainteresowania, Kakashi znał jego imię, a Naruto jego adres w Düsseldorfie — to było sporo.
Jeżeli na świecie są ludzie, których można określić słowami „mistrzowie pierwszych razów” — pierwszych randek, pierwszych pocałunków i pierwszych stosunków, z których każdy jest zamkniętym rozdziałem i po którym nigdy nie nadchodzą kolejne — Kakashi raczej od dłuższego czasu w tej grupie tkwił i nieczęsto się z niej wychylał. I nie wiedział, czy na pewno chce się wychylać tym razem. A może nawet wychylić się tak bardzo, żeby w końcu z ram tej grupy wypaść na dobre. To byłoby dość trudne, zważywszy i na przyzwyczajenie, i na pewnego rodzaju strach przed zobowiązaniem i przywiązaniem. I na dobrą sprawę Kakashi nie był w stanie zdecydować o tym w przeciągu tych kilku minut.
            Leżeli potem dłuższą chwilę na łóżku i na zewnątrz nadal padał deszcz. Było słychać go za oknem — nieustanne, głośne stukanie kropel o szybę i parapet. Czuł przy sobie zapach Naruto — już ciepłej skóry, spermy i wody kolońskiej. Trochę morski i słony, trochę świeży i cytrusowy zapach, potem dopiero, na dalszym planie, czuć było wiatr i deszcz, którymi chłopak musiał przesiąknąć na tej wieczornej, jesiennej słocie.
            Naruto przewrócił się na łóżku i po chwili Kakashi znów poczuł jego usta na swoich, ramiona i nogi znów go obejmujące.
            — Wiesz, że tak naprawdę niczego ci nie obiecuję? — Kakashi jednak zdecydował się jakoś zwerbalizować swoje nieposkładane myśli. — Wolałbym nie obiecywać; obietnice prowadzą tylko do rozczarowań.
            — Nie szkodzi, to nie ma znaczenia, chociaż Mark Twain napisał kiedyś, że, tylko nie próbuj się śmiać z mojego akcentu, better a broken promise than none at all — odpowiedział mu Naruto, wciąż z twarzą blisko Hatake i z rękoma opartymi na jego klatce piersiowej. — Czyli może czasami warto coś obiecać, chociaż nie jestem pewny, czy w kilku przypadkach naprawdę rozczarowanie nie bywa zbyt wielkie, żebyśmy powinni decydować się na to zawsze.
            — Nie pamiętam nic z Twaina — wymamrotał Kakashi — tylko coś o chłopcach, trupach i jaskiniach. I murzynach na tratwach.
— To sporo i nawet nieważne. Chociaż to akurat jeden z tych wielkich pisarzy amerykańskich. I mówiąc o obietnicach… podobała mi się tamta piosenka o obietnicach właśnie, z tej płyty co chyba leży teraz gdzieś w korytarzu, zaplątana w kurtki i koszulki. Co ty na to, żebym ją teraz puścił?
            I tak zastał ich trzeci tydzień ich znajomości.
            I jednocześnie tylko dzień przed wysłaniem streszczenia prezentacji na konferencję…

***

            Praca wrzała, notatki latały wokoło, a palce prawie nieustannie uderzały w klawisze klawiatury. Stuk, stuk, stuk, nawiązanie do hipotezy, stuk, stuk, dowód statystyczny, stuk, stuk, tutaj będzie analiza wykresu…
            Abstrakt miał skończony i wychuchany do perfekcji jeszcze przed dziewiątą rano. Maila zatwierdzającego od profesora Orochimaru odebrał po dwunastej, kiedy siedział w biurze i starał się dopisać coś bardziej szczegółowego do prezentacji. I, zaskakująco, wciągnął się w to na tyle, że spóźnił się prawie dziesięć minut na swój własny wykład z polimerów. Za to przynajmniej twarze studentów zupełnie niezaskakująco wyglądały na zawiedzione.
Tak po prawdzie, Kakashi chętnie by sobie ten wykład odpuścił i raczej skorzystał z tego nagłego natchnienia, które pozwalało tej jego cholernej prezentacji w końcu rosnąć wprost proporcjonalnie do czasu nad nią spędzanego. Przedtem niestety tekst po prostu znikał, skoro Kakashi usunął z niego kilka porządnych fragmentów uznanych za coś, czego nie mógł powiedzieć poważny uczony w poważnej prezentacji na takiejże konferencji.
Ale skoro już stanął przed drzwiami do auli i nawet drzwi te odkluczał, nie miał już zbytnio wyboru. Jakaś raczej mniejsza niż większa chmara studentów weszła do sali w krok za nim i rozsiadła się na krzesłach, niebosko hałasując.
Jego wena będzie musiała trochę poczekać… Odłożył swoje papiery na bok, w czeluściach torby znalazł pendrive’a z prezentacją w niezastąpionym PowerPoincie i sięgnął po mikrofon.
            — Dzień dobry — zaczął, włączając projektor. Ekran mignął biało, potem pojawiło się ciemne tło, na które powoli wskoczył napis: Previously on Lost (in chemistry)… Usłyszał krotki chichot (rzecz nudziła się wszystkim dopiero pod koniec semestru — wtedy musiał sięgać po inne hasła) i dopiero wtedy kontynuował: — Omówiliśmy polietyleny i polipropyleny, liznęliśmy temat ich polimeryzacji i katalizatorów, do których to dzisiaj wrócimy i skończymy obgadywać w większych szczegółach. Zacznijmy od ostatnich slajdów, w ramach krótkiego streszczenia…
            Prawie równocześnie z końcem wykładu rozdzwonił się telefon Kakashiego. W sumie tyle co mu zostało do powiedzenia, to tylko: „Do zobaczenia za tydzień”, więc nawet nie przeciągał tej minuty, jaka teoretycznie mu została. Nie to żeby w tych ostatnich chwilach w ogóle ktokolwiek go słuchał, sądząc po szmerze, jaki coraz wyraźniej dawał o sobie znać wśród kręcących się na krzesłach przyszłych chemików.
            Telefon tym razem był służbowy, z Glasgow, i dotyczył propozycji umów na letni semestr zajęć — jedno laboratorium z analitycznej (coś co raczej budziło jego spore wątpliwości, bo to nie do końca była jego branża), organiczna i zapowiadane już znacznie wcześniej nanomateriały, jego konik.
            Kakashi pakował się, trochę marudząc do telefonu na propozycję tej pierwszej umowy. Bo teoretycznie to on mógł, tym bardziej, że musiał czymś sobie wypełnić pensum dydaktyczne, ale tak praktycznie to jednak wolałby nie. Nie wspominając, że musiałby nad sylabusem do zajęć przesiedzieć więcej czasu niż zwykle przesiadywał, a w ogóle to…
            — Dzień dobry…?
            Przekręcił głowę w stronę wejścia do sali — zza framugi wychylała się blond głowa Naruto. Zabawne, wcale nie umawiali się na ten dzień, ani na tę godzinę i właściwie to ciekawe, skąd on wiedział gdzie Kakashi aktualnie się znajduje? Chyba nikt mu przypadkiem nie zainstalował jakiejś aplikacji śledzącej w telefonie…
Nie minęła właściwie sekunda, a Naruto zza framugi wychylił się już cały i przybliżył do biurka.
            Nawet dobrze — ta rozmowa teraz nie prowadziła w sumie do niczego i mogłaby się bezsensownie przeciągnąć jeszcze o dziesięć minut, a i tak ostatecznie przecież poprosiłby o wysłanie szkiców umów.
            — Can’t really talk right now — uciął więc krótko rozmowę w słuchawce. — I’ll be obliged if you send me the drafts via email. I’ll take a look at them later and ring you then, okay?
            Telefon stuknął odłożony na biurko.
            — Przypuszczam — odezwał się Kakashi już w stronę Naruto — że przypadkiem pomyliłeś wydział humanistyczny z chemicznym i również przypadkiem znalazłeś się akurat pod aulą? Niecodziennie widzi się literata w tych murach; wszechobecność nauk ścisłych trochę ich przytłacza.
            — Haha, nie, tak naprawdę zrobiłem to dość celowo i nawet kryje się za tym dłuższa, wręcz dwuwątkowa historia. — Naruto błysnął uśmiechem. — Głównym wątkiem jest to, że właśnie skończyłem swoje zajęcia, ale zanim wyszedłem na nie z mieszkania, Sakura kazała mi zanieść Sasuke kanapki, bo najwyraźniej zapomniał. Ja na jego miejscu bym ich zapominał codziennie, bo Sakura jest akurat jedną z tych osób, które od kuchni należy trzymać z daleka pod groźbą otrucia, a w najlepszym przypadku po prostu ciężkiej niestrawności.
            — Drugą z takich osób jestem ja, jak sądzę? — konwersacyjnie zapytał Kakashi, opierając się o biurko.
            — Nie do tego stopnia akurat. Jej ostatni tort z bitą śmietaną okazał się być tortem z masłem, co prawda słodkim, ale zawsze… W każdym razie, wracając do wątku głównego, z mojego wydziału tutaj jest rzut beretem i zaniosłem Sasuke te nieszczęsne kanapki. I nie, możesz uwierzyć, że nie był bardzo z tego powodu zadowolony.
No a teraz wątek poboczny, a w tymże ja i ty. Już dzisiaj rano przypomniałem sobie, że tak w zasadzie to nie mam twojego numeru telefonu i pomyślałem, że byłoby to niezmiernym komunikacyjnym ułatwieniem, gdybym jednak go miał. I, będąc u Sasuke w laboratorium, bo on ostatnio chyba stamtąd nie wychodzi, po prostu dowiedziałem się, gdzie jesteś. I tak oto znalazłem się tutaj, żeby zadać pytanie o ten numer właśnie.
            — Nikt nigdy nie prosił mnie o numer w taki sposób.
            — Najwyraźniej nikt inny nie cierpi na taki słowotok jak ja. Czasem myślę, że to powinni leczyć, ale tak na dobrą sprawę nie bardzo wiem u jakiego specjalisty. 
            — Sam nie mam pojęcia — parsknął śmiechem Kakashi i zerknął przelotnie na zegarek. — Teraz muszę wyjść z sali i zdać klucz. Nasz mały biznes skończymy u mnie w biurze, jeśli nie masz nic przeciwko i masz chwilę. Muszę jeszcze wziąć komputer.
            Kakashi spakował wszystkie papiery do torby i razem z Uzumakim opuścili pomieszczenie.
            — Byłeś już może w Rheinturm, tak fatycznie, definitywnie i na serio? — zapytał Naruto, kiedy wchodzili po schodach do biura Kakashiego. — Ostatnio mówiłeś, że kojarzy ci się z Berlinem, ale tak właściwie to nie wiem, czy naprawdę zdążyłeś się wdrapać tam na taras widokowy i zerknąć na panoramę? Bo jak nie, to miałbym nawet propozycję.
            — Nie, jeszcze nie. Zwiedziłem głównie kilka klubów, trochę centrum i biblioteki; to niezbyt wiele. — Kakashi otworzył drzwi do małego biura zapchanego kilkoma biurkami i regałami. Spakował komputer i sięgnął po kurtkę wiszącą na wieszaku przy drzwiach.
            — To co powiesz na wycieczkę jutro? Tam jest obrotowa restauracja, jak będą miejsca, to nawet możemy coś zjeść. Jak nie, zawsze mogę jakoś skombinować nam chociaż kawę.
            — To proszę o telefon jutro rano. — Kakashi napisał numer na kartce i podał ją Naruto.
            — To teraz — uśmiechnął się Naruto, schowawszy kartkę do kieszeni dżinsów — jakaś szansa, że ktoś teraz wejdzie?
            — Ogromna.
            Naruto więc ograniczył się tylko do zarzucenia ramion na kark Kakashiego i głośnego pocałunku w usta.
            Zapisanie tego numeru i oddanie karteczki było kolejnym krokiem Kakashiego w stronę angażowania się — odkrył to jakieś pół godziny później, kiedy stał na przystanku, czekając na autobus. Nie pamiętał, kiedy komukolwiek takiemu jak Naruto dał swój numer telefonu; nie pamiętał kiedy również taki numer telefonu przyjął. Licząc od tego momentu, chyba musiało to być już naprawdę kilka lat temu…

            *** 

            Faktycznie do Rheinturm wybrali się około jedenastej rano i miejsc w restauracji niestety nie zastali — wszystkie stoliki były już zajęte, więc udali się na taras widokowy. Naruto za to skombinował kawę w termosach i mimo paskudnej pogody z nieustającą i lodowatą mżawką oraz zachmurzonym niebem, wycieczka na szczyt Wieży Reńskiej była przyjemna. Kawa była naprawdę smaczna i gorąca, widok był ładny, a Naruto przez większość czasu produkował się jako przewodnik, co chwilę wychylając się i machając rękoma, wskazując, gdzie jest coś, na co warto by zerknąć w wolnym czasie.
— O — przebiegł bardziej na lewo, prawie potykając się o jakieś krzesło, i wskazując ręką bliżej nieokreśloną przestrzeń między kanałami wypełnionymi wodą (któryś z nich na pewno był Renem), łódkami i kawałkami lądu — a tam kiedyś mieszkałem jeszcze z Jiraiyą, moim opiekunem, jak chodziłem do podstawówki. Ale podstawówki stąd nie widać w ogóle, a Jiraiya mieszka teraz po drugiej stronie rzeki i widzę się z nim może raz na tydzień, czy dwa.
            — Nie masz rodziców? — zapytał Kakashi wtedy. Zupełnie nagle i nietaktownie jak na dobrze wykształconego Brytyjczyka. Raczej nie spodziewał się tego po sobie.
            — Nie — odpowiedział Naruto. — Ponoć to była trochę patologiczna rodzina akurat; ojciec pił i ciągle był bezrobotny, a matka miała depresję i co jakiś czas jakieś chore jazdy. Jiraiya mówił, że te blizny na twarzy to też przez nią. Po prostu kiedyś wyjęła nóż z szuflady i mi to zrobiła. — Naruto wyciągnął rękę i wskazał palcem na sześć dobrze widocznych blizn na twarzy; Kakashi zauważył je już trochę wcześniej. — Więc muszę się całkiem cieszyć, że nawet ich nie pamiętam.
            — Nie chciałeś ich nigdy… nie wiem, spotkać? — Szli dalej naokoło tarasu widokowego.
            — Nigdy nie widziałem w tym sensu. I raczej nie mam ochoty. Nie wiem, co mógłbym im powiedzieć: „Dzień dobry, pamiętacie może dziecko, które kiedyś mieliście? No cóż, to ja.” Całkiem bez sensu. Zakładając, że jeszcze żyją, bo tego też nie wiem. Jiraiya był lepszym ojcem niż ktokolwiek inny mógł być, nawet jeżeli on sam jest dość, no, powiedzmy, że ekscentryczny. Ale miłość do literatury mam po nim; Jiraiya jest pisarzem. I chyba nawet w większości pisze takie powieści, jakie lubisz.
            — Porno?
            — Bardzo mocno porno — zaśmiał się Naruto. — Ale nie dali mu mnie dlatego, że pisze porno. Oprócz tego prowadzi sklep, więc ma całkiem akceptowalny przychód.
            — Czy…
            — Nie, to nie sex-shop, to sklep spożywczy akurat. Ale gdybym nie wiedział, też bym pewnie strzelił w to pierwsze. Pasowałoby do kontekstu.
Och, a wiedziałeś, że wieża, na której aktualnie stoimy, służy też za największy na świecie zegar cyfrowy? Jeśli wytrzymamy ze sobą tak do szesnastej i będzie już ciemno, i nadal będziemy w pobliżu, to ci pokażę.
            Potem w tym zimnym, siąpiącym wciąż deszczu przeszli się promenadą, żeby w końcu wylądować na obiedzie w jakimś niewielkim lokalu w bocznej uliczce. I to zdecydowanie podobało się Kakashiemu; było miło. Nawet bardzo.
            — Ty też masz bliznę — zauważył Naruto, dolewając sobie coli do szklanki. — Nie zwróciłem uwagi wcześniej.
            — Taaak, to mniej traumatyczne niż twoje i akurat przez moją głupotę. Szczęście, że to tylko blizna i może teraz mam tylko trochę słabszy wzrok w tym oku. Takie rzeczy zdarzają się, jak wpuszczą cię do laboratorium na okrutnym kacu i każą pracować, kiedy ty całkiem nie pamiętasz, czym jest BHP i jesteś bardziej chętny uznać, że to jakaś dziwna nazwa drinka, którego przedawkowałeś poprzedniego wieczoru. Byłem tak nieuważny, że coś mi po prostu… no, wybuchło. Szczęśliwie jednak mój kac skończył się na wizycie w szpitalu i tej bliźnie, chociaż mogłem równie dobrze zrobić sobie jeszcze jakąś większą krzywdę. Teraz zawsze zakładam gogle i maseczki; widziałeś pewnie, ile mam ich w mieszkaniu. Wolę nie nadwerężać mojego szczęścia już bardziej.
            — Boże, straszne. Dobrze, że się trzymam tej literatury; tutaj nic nie wybucha. Przynajmniej nie tak naprawdę. Wolę nawet nie wiedzieć, co potrafiłbym popsuć, gdyby ktoś położył jakieś żrące paskudztwa koło mnie.
            — Teraz bawię się raczej w chemię organiczną, bardziej w nanotechnologię i materiały węglowe, a to jest chyba trochę bezpieczniejsze od kwasów. I dla mnie ciekawsze.
            — Cokolwiek powiesz. Do rozumienia chemii było mi zawsze dość daleko, więc muszę to wziąć na słowo, że ciekawe. Na tyle żeby to studiować?
            — Najwyraźniej. Nie masz innego przykładu chemika w mieszkaniu? — uśmiechnął się Kakashi.
Sasuke był całkiem dobrym przykładem, jeżeli chodziło akurat o to pytanie. Kiedy ostatnio pili razem kawę z wydziałowej kawiarki (przeokrutnie mocną; ten ekspres nie robił chyba żadnej innej) rozmawiał z nim o niczym innym, tylko o węglu.
            — W zasadzie nigdy nie pytałem o to Sasuke. On zawsze był mocno nadambitny i w zasadzie wszyscy nauczyciele od razu zaproponowali mu pójście do gimnazjum. Ja miałem średnią, która ledwo wystarczała, żebym tam poszedł i gdyby nie Jiraiya, pewnie wyładowałbym w szkole realnej co najwyżej*. No ale tak naprawdę, mimo że z Sasuke znamy się hoho i trochę dłużej, jakoś tak nigdy nawet nie zapytałem, dlaczego akurat ta chemia i w ogóle dlaczego kariera naukowa. Wydaje mi się to niego tak pasować, że nawet nie pomyślałem, żeby pytać. Więc pytam ciebie, skoro już o tym pomyślałem.
            — No… dla mnie to akurat było ciekawe na tyle, żeby to studiować. Potem pomyślałem, że taki chemik może też wcale nieźle zarabiać, ale to trochę później. Nikt wybierając studia, chyba nie myślał aż tak poważnie o tym, ile będzie zarabiał i co właściwie ma zamiar robić później. W zasadzie tego ostatniego nie sposób przewidzieć.
            — No trochę nie. Ja nadal nie wiem, na przykład. I w sumie nie wiedziałem też, że jednak pójdę na literaturę. W sensie, że zrezygnuję z tamtych poprzednich, z mediewistyki. I… och, idzie nasz obiad. — Naruto kiwnął głową w kierunku kelnera zmierzającego z tacą do ich stolika.
            Talerze z jedzeniem stuknęły o blat stolika.

*** 

Kakashi zdziwił się trochę, kiedy szóstego grudnia dostał prezent nie tylko od Naruto który rano wpakował się do jego mieszkania na herbatę „bo jakoś tak miał po drodze”, ale nawet od Sasuke (też dostarczony przez Naruto). Na początku właściwie zdziwił się tak generalnie, bo dawanie sobie prezentów na świętego Mikołaja raczej nie należało do żadnej brytyjskiej tradycji i nie umiał na poczekaniu wytrzasnąć prezentu innego niż wyjęte z szafki opakowanie sypanego Earl Greya. Naruto jednak nawet nie wydawał się zły, że swój nieduży breloczek w kształcie liska i wielką czekoladę wymienia na kartonik z herbatą, o której Kakashi nawet nie wiedział, czy lubi. Dzięki Bogu, że chociaż nie była napoczęta!
— No dobra — chrząknął wtedy dość zawstydzony tą sytuacją. — To wieczorem zapraszam cię na kolację. A Sasuke podrzucę później czekoladę na biurko.
Jak to z reguły bywa z takimi kolacjami, ta skończyła się jakoś rano — śniadaniem. Kilka kolejnych skończyło się też podobnie do tej, aczkolwiek nie zawsze o porach odpowiednich na spożywanie śniadań. No i nie zawsze zaczynały się kolacjami. Fakt jednak był taki, że Kakashi nawet, chwila za chwilą, przyzwyczajał się do Naruto. Do tego że był gdzieś blisko, że zaraz zadzwoni, że zaraz przyniesie mu kawę z kuchni albo przyniesie obiad zawinięty w styropian, gdy Kakashi zasiedzi się w laboratorium i zapomni o wszystkim poza chemią. I tak to było — widzieli się co dwa, trzy dni, czasem codziennie, jak się zdarzyło, a czasem kilka dni pod rząd. Za wyjątkiem tych kilku dni, kiedy Kakashi wyjechał na Święta zobaczyć się z matką, on i Naruto widzieli się zdecydowanie bardzo często.
Jeżeli były jakieś bariery, jeżeli faktycznie były jakieś bariery od samego początku — te bariery opadały z każdym kolejnym dniem, z każdą kolejną spędzoną razem minutą i każdą przegadaną godziną. Czasami o nich myślał — że może faktycznie nie powinien, że on przecież do takich rzeczy nie jest stworzony i nie może — ale to przychodziło i odchodziło, zawsze zbywane myślami, że to w końcu tylko do jakiejś połowy lutego, tylko coś około miesiąca, nie dłużej. Przecież nie będą się szukać przez pół Europy, komu by się chciało…
— Denerwujesz się trochę? — zapytał Naruto, kiedy wyjeżdżali z Düsseldorfu na autostradę A44 prowadzącą w stronę lotniska.
Uzumaki jakimś cudem perswazji pożyczył od Sasuke samochód tylko po to, żeby móc pożegnać Kakashiego na lotnisku przed wylotem na konferencję do Lizbony.
— Nie, przed czym? Przed tym, ze terroryści porwą mój samolot, czy przed jakąś spektakularną klapą na konferencji? Z samolotem tak naprawdę nic nie zrobię, jeśli pojawią się terroryści, a od kwestii klapy zawsze będę miał profesora obok; w razie podchwytliwych pytań, to on będzie odpowiadał. A profesorowie odpowiadają tak, że nawet jak nie na temat, to nie masz jak się do tego przyczepić, bo, cóż, to profesor.
— Pewnie nie możesz się doczekać aż sam będziesz jakimś.
— Nooo, to by ułatwiło wiele rzeczy. Zamiast tłumaczyć w rozbudowany sposób, dlaczego tak, a nie inaczej, mógłbym skończyć na: „bo tak”. Oszczędziłoby mi to sporo czasu.
Naruto pokręcił głową, zwalniając odrobinę i wjeżdżając na autostradę.
— Serio, oni naprawdę prawie wszyscy są tacy! I bardziej się przejmowałem tym samolotem — uściślił Uzumaki. — Nigdy nie leciałem samolotem, nie mam pojęcia, jak to jest i… wtedy, jak pojechałeś do matki trochę się bałem. Nie wiem, idiotyczne, ale teraz też tak sobie myślę, że co jakby, no, na przykład ci terroryści.
— Sądzę, że jeśli coś takiego miałoby zdarzyć się naprawdę, to po wszystkim… byłoby mi naprawdę obojętne. — Kakashi wzruszył ramionami, ale Naruto chyba nie mógł tego widzieć wpatrzony w oświetloną regularnie rozstawionymi lampami wstęgę drogi rozciągającą się przed maską samochodu. Mimo że było kilka minut po siódmej, już było ciemno, ale takie są, oczywiście, uroki zimy i połowy stycznia. — Naruto, nie ma sensu zajmować się czymś takim. Czy miałbym szansę coś zrobić? Prawdopodobnie nie. Jeśli miałbym szczęście, może wtedy; jeśli to byłby amerykański film, może na pewno. Teraz pytanie, czy istnieje jakieś prawdopodobieństwo, że to wszystko to amerykański film  o katastrofach.
— Mógłby. One zawsze kończą się szczęśliwie.
— Taaaak. — Kakashi postukał palcami o futerał na laptopa leżący mu na kolanach. — Zadzwonię do ciebie, jak wylądujemy. Czyli za… — zerknął na zegarek. — Za jakieś pięć, sześć godzin.
— Lepiej, żebyś to zrobił. Mam jutro zajęcia o ósmej i jak nie zadzwonisz, to nie zasnę. A tak to zostaną mi jakieś trzy godzinki spokojnego snu.
— Ustawię sobie przypomnienie na komórce — zaśmiał się Kakashi.
W oddali już widać było białą, wyglądającą trochę jak stadion bryłę düsseldorfskiego lotniska. W środku, jak przypomniał sobie Kakashi, wyglądało na coś pomiędzy szpitalem — przez rażącą czystość i białość prawie wszystkich elementów wystroju wnętrza — a halą targową — przez wysokie sufity i nieco industrialne metalowe przęsła podtrzymujące dach.
— Terminal A, tak? — zapytał Naruto, po raz kolejny zmieniając pas.
— Tak — potwierdził Kakashi. — Chyba zaczyna padać śnieg — zauważył po chwili, kiedy Naruto już parkował. — Mam nadzieję, że nie zrobi się z tego śnieżyca, bo nie wylecimy.
— Albo nie doleci-
— Nawet nie kończ — przerwał mu Kakashi. — Rozmawialiśmy o tym przed kilkoma minutami i mimo że moje stanowisko się nie zmieniło, raczej nie mam ochoty o tym myśleć.
Drzwi samochodu trzasnęły, alarm piknął. Śnieg zaczął padać trochę mocniej, Kakashi naprawdę miał nadzieję, że jego lot nie zostanie przesunięty w czasie z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych. Ale mają jeszcze jakieś półtorej godziny, to dużo czasu na poprawę pogody.
Powoli ruszyli z Naruto do wejścia do terminalu.
— Wiesz, tak sobie myślę — odezwał się Naruto — to chyba drugi raz w tym roku, jak śnieg faktycznie pada. I może trzeci raz tej zimy, jeżeli weźmiemy pod uwagę Mikołajki.
Tak, w końcu padał śnieg. Dopiero w środku zimy, dopiero pod koniec stycznia, prawie pod sam koniec pobytu Kakashiego w Niemczech. Naruto chyba nie był tego tak naprawdę świadomy, ale tak na dobrą sprawę został im miesiąc takiego „bycia razem”, jak do tej pory. I jak śnieg padał i wreszcie było trochę mroźnie, tak te bariery Kakashiego, które zawsze koło siebie stawiał, topniały. On naprawdę stawał się tak bardzo podatny na wszystko, co reprezentował sobą Naruto, uświadomił sobie — tę młodość, bezpośredniość i to wszystko wymieszane z jakąś determinacją, że tak naprawdę można mieć wszystko, czego się chce, jeśli człowiek wystarczająco ciężko na to pracuje. Podatny i trochę bezbronny; jakby naprawdę nie mógł z tym walczyć i po prostu poddawał się Naruto. I dziwne, i przerażające.
— Jedź zanim rozpada się na dobre. — Kakashi zatrzymał się kilka metrów przed drzwiami terminalu. — Wolałbym, żebyś wrócił do domu bezpiecznie i bez stłuczek. Pamiętam, co Sasuke by ci zrobił, gdybyś chociaż zarysował to jego superauto.
— Och, z pewnością by mnie unicestwił w jakiś ekstrawagancki sposób, jak przystało na takiego drania jak on. Wiesz, że ostatnio je woskował? Dlatego teraz błyszczy jak lusterko — uśmiechnął się Naruto. — No, to co — chrząknął niepewnie, nie bardzo chyba wiedząc, co teraz. — No… to cześć, zadzwoń, jak dolecicie. — Uścisnął Kakashiemu dłoń i chyba naprawdę miał na tym skończyć, odwrócić się i wrócić do samochodu, ale, cóż, nie wyszło.
Kakashi pociągnął Naruto za rękę i krótko, choć mocno pocałował. Mokre od śniegu rzęsy zamrugały, łaskocząc go po policzku, a zaskoczone usta nawet nie zdążył należycie odpowiedzieć. Dopiero potem puścił jego dłoń i odsunął się o krok.
— Do zobaczenia niedługo — pożegnał się Kakashi i po kilku sekundach dodał: — I załóż kaptur, jest trochę zimno. Przeziębisz się jeszcze.
Później, jeszcze czekając na samolot i pijąc kawę wraz z Orochimaru, dostał od Naruto smsa:
Lepiej żebyś naprawdę zadzwonił. Mówiłem serio o tym, że nie zasnę. I przyjadę po ciebie na lotnisko. Chyba. Jak Sasuke mi pożyczy samochód. Całuję bardzo gorąco. Już tęsknię.

***

Konferencja udała się lepiej niż można było sądzić. Prezentacja Kakashiego i Orochimaru przyciągnęła (raczej nazwiskiem profesora) prawie pełną salę zainteresowanych. Jakby tego było mało, uznali oni, że faktycznie te badania podążają w naprawdę interesującą stronę, a organizatorzy zaproponowali im nawet jedną z głównych prezentacji — taką co powinna przyciągnąć ludzi na konferencję samym tytułem i nazwiskami prezentujących — w roku przyszłym, jeśli obaj zdecydują się kontynuować współpracę i badania i, rzecz jasna, zdecydują się wziąć udział w konferencji. I Kakashi, i Orochimaru byli z takiego obrotu spraw zadowoleni. Nie mogliby nie być.
— Mam nadzieję, że pozostaniemy w kontakcie nawet po tym, jak już wrócisz do Glasgow, Hatake — prawie wymruczał to profesor Orochimaru na wieczornym bankiecie jakoś w momencie, kiedy ten powoli przestawał być oficjalny, a jeszcze nie wyglądał jak jakaś całkowicie nieuroczysta popijawa. Cała prawda o bankietach naukowych wyglądała tak, że po upływie kilku godzin raczej wyglądały jak popijawy w pubach — tylko w otoczeniu nakrytych białymi obrusami stołów i drogich żyrandoli. Tak było chyba z każdą, na której był Kakashi od czasu, kiedy wreszcie było go stać na udział w bankietach.
— Oczywiście, będę zachwycony, mogąc kontynuować z panem współpracę — natychmiastowo odpowiedział Kakashi. I naprawdę był zachwycony — nie co dzień dostaje się szansę kontynuowania badań wraz z jednym z tych „głośnych” nazwisk w świecie chemii. Nie co dzień dostaje się taką okazję do zabłyśnięcia.

***

Kakashi i Naruto tak w zasadzie nigdy nie rozmawiali o tym, kiedy Kakashi wyjeżdża. Naruto jednak, jak uważał Hatake, musiał o tym wiedzieć. Pewnie wspomniał mu kiedyś o tym, że ta wymiana to tylko na okres jednego semestru. A jak nie on wspomniał, to na pewno wspomniał mu o tym Sasuke, że Kakashi zostaje w Düsseldorfie do połowy lutego i nie dłużej. Naruto musiał o tym wiedzieć, tylko nie mówił. Czasami Hatake zastanawiał się, czy powinien to powtórzyć Naruto, tak dla pewności, żeby ewentualnie nie robić mu wielkich nadziei nie do spełnienia, ale to uciekało. Jak już pojawiała się okazja, był to tylko moment — wypełniony wahaniem i niezręczną ciszą — i po tym momencie już tylko to, co grało w ich relacji rolę najbardziej namacalną. Może to nagłe uderzenie gorąca, pożądanie i ten odpowiedni moment mijał zepchnięty na bok przez jakiś zapierający dech w piersiach pocałunek, przez jakiś elektryzujący dotyk i kończył się tym, że Kakashi nigdy nie pamiętał, że miał coś powiedzieć. Niepamiętanie było mu nawet na rękę, było trochę jak unik, trochę jak ta ostatnia bariera, która mu została przed tym faktycznym zaangażowaniem we wszystko, co tak ochoczo robił Naruto.
Dla Kakashiego chyba byłoby to jednak zbyt wiele — tak myślał zawsze w tych momentach zwątpienia. Powiedzmy sobie szczerze, miał już prawie czterdzieści lat, w miarę ustabilizowane życie i wizję zawodowych sukcesów na horyzoncie. Jeśli dla Naruto musiałby trochę to życie nagiąć, jeżeli musiałby się dostosować i coś w sobie, nie daj Boże zmienić, z tego wygodnego, całkiem kawalerskiego życia zrezygnować… Nie. Nie, nie mógłby. Nie potrafiłby. Nie widział siebie z kimś na dłużej, nie widział siebie z kimś, do kogo się przyzwyczai zbyt mocno, a ten ktoś po prostu sobie potem pójdzie. Zupełnie tak jak zawsze robił to Kakashi. Przecież zawsze istniała taka możliwość, z tą różnicą wieku nawet tym bardziej pewna. I taki zaangażowany Kakashi zostałby któregoś najpewniej sam — tym bardziej samotny, że opuszczony.
I nic nie powiedział. Tak po prostu nie.
Czasami ludzie popełniają głupie błędy tylko dlatego, że myślą, że to najlepsze, co można zrobić w danej sytuacji. I są w stanie zrozumieć to dopiero, kiedy taki błąd popełnią i nie bardzo mogą już zawrócić i go naprawić, bo albo wszystkie mosty są doszczętnie spalone, albo nie chcą zauważyć, że tak naprawdę jeszcze można coś zrobić.
Połowa lutego — dzień wyjazdu nadszedł szybciej, niż myślał. Bardzo wczesnym rankiem wypił kawę i umył po sobie kubek. Walizka już spakowana, mieszkanie już całkiem uporządkowane i wysprzątane prawie na błysk. Na podłodze nie można było znaleźć żadnych notatek, na półkach ani jednej maseczki ochronnej i ani jednej płyty z muzyką. Wyglądało zupełnie ascetycznie i pusto tylko z telefonem komórkowym i kluczem do mieszkania na kuchennym stole — dwoma rzeczami, które jeszcze przez kilka minut nie znajdowały się na swoich właściwych miejscach.
Klucz miał zostać wrzucony do skrzynki pocztowej. Tak Kakashi umówił się z właścicielem mieszkania, że kiedy opuści lokum, tam zostawi klucz. Taksówka na lotnisko miała przyjechać za jakiś kwadrans, może trochę wcześniej, skoro było ledwo kilka minut po piątej i w mieście nie powinno być prawie żadnego ruchu. Teraz tylko poczekać chwilkę, wziąć walizkę i laptopa pod pachę, zamknąć drzwi na klucz i wyjść.
Kakashi po raz kolejny tego ranka wziął telefon do ręki, po raz kolejny otworzył książkę telefoniczną i otworzył w niej numer Naruto. I po raz kolejny odłożył go na stolik. Wstał z krzesła, przeszedł do okna i wyjrzał przez nie na ciemną ulicę za oknem. Tylko kilka zaparkowanych samochodów, żadnej żywej duszy, nikogo na horyzoncie. Cisza aż świdrowała uszy, prawie namacalna w tym ciemnym i prawie pustym mieszkaniu.
Zadzwonić, pomyślał i wyprostował się nagle, wsparty rękoma o parapet. Może powinienem jednak zadzwonić, dać mu jakiś inny namiar na siebie, może mój zwykły numer komórkowy, może mój e-mail, może adres…
Zadzwonić, czy nie. Tak, czy nie; nie, czy tak…
Nie, bez sensu. Sięgnął po telefon i otworzył tylną klapkę, wyjmując z niego najpierw baterię i potem kartę SIM niemieckiego operatora. Karta SIM wyładowała w koszu, a telefon w futerale na laptopa. Sekundy później usłyszał pojedynczy i krótki klakson taksówki. Przekręcany szybko klucz chrobotnął w zamku, a po chwili na korytarzu słychać było szybkie kroki w akompaniamencie kółeczek od walizki.
— Dzień dobry — powiedział do taksówkarza — na lotnisko proszę.
Siedząc już w samolocie, mignęło mu w myśli, że to może jednak był błąd. Dość spory błąd, którego w tym momencie nie miał jak naprawić.
Dodatkowo, nie wiedział, czy chciał i powinien.
W chmurach kłębiących się poniżej jeszcze tylko przez moment widział Düsseldorf wraz z Renem, wraz z portem i wieżą Reńską, a potem to wszystko zniknęło zastąpione przez inne krajobrazy Westfalii. Już niedługo powinni znaleźć się nad Morzem Północnym, już niedługo wróci do Szkocji zupełnie na stałe.

***

*W Niemczech jest trochę inny system edukacji niż w Polsce (na poziomie do wykształcenia średniego; szkolnictwo wyższe jest praktycznie identyczne) i generalnie po szkole podstawowej (czteroletniej) dziecko i rodzice już muszą decydować, czy chcą, żeby studiowało, czy żeby raczej znalazło sobie zawód. Gimnazjum jest mniej więcej jak nasze liceum, można po nim iść na studia i zdawać maturę; szkoła realna umożliwia zdobycie wiedzy ogólnej i zawodu — na studia można iść po zaliczeniu odpowiedniego kursu do matury i samej matury. Dodatkowo, żeby iść do gimnazjum trzeba mieć odpowiednio wysoką średnią ocen.
Jest jeszcze tzw. szkoła główna, która byłaby raczej czymś w rodzaju naszej zawodowej — i tam, jeśli ktoś by chciał studiować, musi iść przez szkołę realną i kurs maturalny. Rzadko kiedy jednak ludzie faktycznie decydują się na coś takiego.